Ciemna strona księżyca: porażka jako szansa na sukces

Problem porażki jest bardziej skomplikowany niż się to pozornie wydaje. Niby wiemy, że jest nieuchronna (w jakimś momencie życia), niby wiemy, żeby „się nie przejmować”, staramy się aby sobie z nią poradzić, a jednak wywiera poważne piętno na naszych działaniach i życiu. Czasem jedna porażka zmienia nasz cały świat powodując, że po niej zaczynamy podejmować złe decyzje w panicznej obawie przed kolejną porażką. Samonapędzający się mechanizm autodestrukcji bywa nie do zatrzymania. W lżejszej odmianie powoduje stagnację na lata. Dlatego warto korzystać z doświadczeń i tych, którzy takie porażki potrafią wykorzystać i tych, którzy zrozumieli po latach, że porażka ich złamała. 

Wielu ekspertów, badaczy, powołuje się na  przykłady i cytaty największych liderów z tzw. pierwszych stron gazet, którzy odnieśli największe sukcesy. Pełno jest przykładów sukcesów, które inni próbują kopiować. Jest to uzasadnione. Niemniej jest także bardzo wiele osób pozostających w cieniu, którzy taki sukces odnieśli, ale potem wpadli w „otchłań porażki”. Ci drudzy też posiadali cechy charakteru, siłę woli, i doświadczenie, a jednak przegrali.

Warto zatem zestawić doświadczenia tych wielkich – medialnych osobistości, które jednak swoją pozycję budowały bazując na nauce z tymi pozostającymi w cieniu, których doświadczenie jest często nie tylko wartościowe, ale też bardzo pouczające dla innych. Samo kopiowanie wzorców sukcesu może paradoksalnie doprowadzić do katastrofy kogoś nie uwzględniającego możliwości porażki.

Do pierwszej grupy autorytetów, które stały się także gwiazdami mediów zaliczam profesora Philipa Zimbardo. Profesor jest postacią i kontrowersyjną, ale także bardzo popularną. Jest jednocześnie naukowcem, który wciąż prowadzi zaawansowane badania naukowe, publikuje zarówno prace naukowe, jak i popularne. Profesor w swoich wykładach przedstawia wyjaśnienie słowa porażka – FAIL jako: First – pierwsza, Attempt – próba, In – w, Learning – nauce. FAIL

Takie podejście do porażki, pozwala na jej wykorzystanie w procesie budowania własnego potencjału, a to sprawia, że jest ona nie tylko mniej bolesna, ale także przydatna. Służy jako nauka zarówno tego, że nie wszystko da się przewidzieć, ale też uczy jak sami reagujemy na porażkę. To pozwala przewidzieć negatywne skutki i reagować następnym razem tak, by je minimalizować.

W teorii jednak wszystko wydaje się proste. Łatwo napisać słowo FAIL, wytłumaczyć i polecić stosowanie się do zasady. Przykład niegdyś wybitnego kickboksera i boksera, mistrza świata, który poniósł w swojej karierze tylko dwie porażki na ringu – Marka Piotrowskiego pokazuje, jak trudno jest tą zasadę zastosować.

Piotrowski, jak sam opowiada w filmie dokumentalnym pt „Wojownik”, żył zwycięstwami, sukcesami i nie wyobrażał sobie możliwości porażki. Taka presja rzeczywiście dawała mu niesamowitą motywację. Wygrywał wszystko. Gdy jednak doszło do pierwszej porażki w rewanżowej walce z Rickiem Roufusem (czerwiec 1991 rok), Wojownikowi świat się zawalił. Marek  nie był przygotowany na to co się stało.

Pozostała niesamowita waleczność, ale kłopoty zaczęły się piętrzyć. Po kilku kolejnych zwycięstwach, półtora roku od porażki zakontraktowano walkę z Robem Kamanem, co okazało się fatalnym błędem. Drugi pogromca Marka rozmawiając z naszym kickbokserem w filmie „Wojownik” ogromnie chwali jego wielkie serce do walki. Marek nie mógł jednak tej walki wygrać, bowiem był do niej zupełnie nieprzygotowany, a sam Kaman był bardzo silnym i brutalnie walczącym przeciwnikiem w najtwardszej formule dopuszczającej tzw. low kick, czyli kopnięcie w udo. Na filmie można zobaczyć jak wyglądały nogi Marka po tej walce, a jednak się nie poddał i dopiero sędzia widząc, że walka może doprowadzić do kontuzji, a nawet kalectwa Piotrowskiego przerwał masakrowanie naszego Wojownika, przepraszając go. Po latach Kaman oprócz wyrazów podziwu dla męstwa Marka dodał też, że „to było niemądre”. Zarówno Marek, jak i jego ówczesny menadżer dziś przyznają, że ta walka była poważnym błędem.

Do tego doszedł tragiczny rozpad małżeństwa, gdy żona oznajmiła mu, że syn którego razem wychowywali nie jest jego, a zaraz potem doszła poważna choroba, która uniemożliwiła dalszą karierę. Trzy lata po drugiej porażce, Marek stoczył ostatnią walkę. Nigdy już nie przegrał w ringu, jednak jak sam mówi, po tych dwóch porażkach, rozpadzie rodziny i informacji o postępującej chorobie został złamany.

Marek przeżywał porażkę, ale potrafi też ją dziś zrozumieć. Używa do tego bardzo ciekawej analogii. Porównał możliwość porażki do ciemnej strony księżyca. A więc wiemy, że ona tam jest, ale widzimy tylko tę jasną. Ciemnej nie chcemy widzieć i wypieramy ją także z umysłu. Boimy się jej, bo jej nie znamy. Nie chcemy się „dołować” – po co skoro wszystko idzie dobrze? Dziś psycholodzy sportowi pomagają zrozumieć porażkę wielkim gwiazdom, jednak co z pozostałymi, których nie stać na „prywatnego psychologa”?

Marek PiotrowskiWracając do profesora Zimbardo, jego lekcja (FAIL) nie jest tylko ładnie wyglądającą zbitką słów. On też przeżył swoją porażkę. Już samo wychowanie w dzielnicy Bronx było  dla niego ciężkim przeżyciem o czym opowiada przy okazji swoich wykładów i o czym pisał w książce „Efekt Lucyfera”. Wielki eksperyment, który uczynił go sławnym (Stanfordzki Eksperyment Więzienny) stał się równocześnie jego przekleństwem. Sam o tym z profesorem rozmawiałem wielokrotnie i wiem jak trudne to doświadczenie. Nauka korzysta z tego eksperymentu, jednak wielu nie potrafił wybaczyć tego, w jaki sposób został on zrealizowany, ani też nieliczenia się z konsekwencjami dla młodych ludzi w nim uczestniczących. Sam Profesor mówi dziś, że kiedyś badał zło – także w sobie samym, a dziś niejako w formie rehabilitacji bada dobro oraz to jak w owo zło nie popadać.

Profesor tak jak Marek zobaczył swoją ciemną stronę księżyca, tyle że w odwrotnej kolejności. Marek długo widział tylko tą jasną, a Profesor doświadczył bardzo wcześnie ciemnej i wiedział z czym ma do czynienia.

Czy jednak myślenie o porażce nie osłabia? Pewnie że tak! Nie chodzi o to by kalkulować czy lub kiedy porażka się pojawi. Chodzi o to, by mieć w głowie taki wentyl bezpieczeństwa w postaci zasady FAIL. Inaczej mówiąc, korzystając znów z wykładu prof. Zimbardo, nie ma porażek! FAIL rozszyfrowane przez profesora to szansa na naukę, a nie porażka. Zamiast porażek trzeba widzieć kolejne lekcje!

Nie planuj porażki, ale wiedz, że gdy do niej dojdzie, otrzymasz ważną lekcję która zbuduje Twój potencjał do podejmowania kolejnych wyzwań. Nie myśl zatem o porażce, tylko o lekcji. Dopiero w 1959 roku udało się sfotografować drugą stronę księżyca – niewidoczną z ziemi. Poznanie jej udowodniło, że nie ma tam żadnej wrogiej nam cywilizacji, żadnych potworów o czym pisano wówczas w pismach S-F. Okazało się, że poznanie drugiej strony księżyca było dla nas cenną lekcją i kolejnym ważnym krokiem w badaniu kosmosu.

Zimbardo i Marek

 

Reklamy

[VIDEO] Czasem trzeba się wkurzyć by coś zmienić!

Gdy wszystko zdaje się ułożone, sprawy się toczą swoim rytmem, a jednak czujemy, że coś jest nie tak, że codzienność nas „dusi”, że nie chcemy tak dalej, to być może trzeba się wkurzyć by spojrzeć obiektywnie na własne życie i zmienić to i owo.

sailing-800831_960_720

Sama kalkulacja dotycząca konieczności zmian we własnym życiu, może okazać się grą na czas. Inaczej mówiąc, wiemy że, widzimy nawet co, ale nie mamy motywacji by zmienić to co jest nie tak.

Wtedy właśnie potrzeba tej iskry, która pozwoli na „szarpnięcie” i podjęcie decyzji! Przypomina to nieco „paradoks współpracy” o którym pisałem dla Naszego Czasopisma, w którym ten kto wywoła taki pozytywny konflikt ratuje wszystkich przed „rutynowym” osuwaniem się w bylejakość.

Slajd1Dopiero takie pozytywne wkurzenie, pod wpływem „sportowej złości” może pomóc w jasnym zwizualizowaniu jeża. Nie pozwalajmy na to by nurt wody niósł nas gdzie popadnie. Przeszukajmy pokład łódki lub własny „bagaż doświadczeń”, a tam zawsze znajdziemy wiele przydatnych elementów.  Przede wszystkim odnajdziemy pochodnię (element przywództwa), która pomoże nam w spojrzeniu na mapę i kompas (strategia) pozwalające dotrzeć tam gdzie chcemy! Do tego wszystkiego często potrzebujemy „pozytywnego wkurzenia” – czyli zatrzymania po powiedzenia STOP. Następnie odwrócenie priorytetów  naszczycie umieszczenie tego co jest nam potrzebne. Odwracanie priorytetów nie oznacza, że nasze dzieci nie dostaną jeść, lub nie dostaną się do szkoły bo my zaplanowaliśmy sobie saunę na 8 rano. Plan budujemy racjonalnie ale to co „dla nas” uzyskuje priorytet w tym sensie że musi być umieszczone w takim planie TERAZ!

Ważne by ta decyzja, to pozytywne wkurzenie nastąpiło TERAZ! (o tym także w VIDEO)

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu.

Do Vlog

Do Blog

 

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Duchowość niejedno ma imię: budowanie siły wewnętrznej

Pamiętasz tekst o łódce na środku oceanu? Pisałem tam o tym, że zanim pozwolimy, aby sparaliżowała nas świadomość otaczającej potęgi żywiołu, musimy przeszukać pokład i poszukać wszystkiego, co może maksymalnie poprawić nasze położenie. Podobnie z chaosem/mgłą w codziennym życiu. Trzeba zdjąć na moment z ramion „plecak doświadczeń” i przeszukać go gruntownie. Przede wszystkim szukamy mapy z kompasem (strategia) i pochodni (przywództwo), ale też wielu innych elementów potrzebnych w życiu. Koncepcja jeża pozwala na znalezienie i wyznaczenie sobie celu strategicznego (mapa z kompasem). Natomiast jak odszukać pochodnię, która pozwoli rozproszyć ciemność/mgłę i umożliwi skorzystanie z mapy, kompasu oraz wytyczenie azymutu, dostrzeżenie przeszkód i co więcej poradzenie sobie z nimi? W niniejszym tekście o tym właśnie. 

W trakcie konferencji psychologicznej w SWPS Poznaniu wysłuchałem bardzo interesującego referatu nt duchowości i religijności. Ja sam mówiłem na tej konferencji o Efekcie Lucy Phere (Efekt Lucyfera – koncepcja profesora Zimbardo). Zestawienie takich dwóch tematów, skłoniło mnie do refleksji w kontekście koncepcji „Pozytywnego wojownika”, którego charakteryzuję w ramach projektu StratLider. Ideą jest uniknięcie Efektu Lucy Phere dzięki pogłębianiu własnej duchowości. Oczywiście nie chodzi o to, że tylko duchowość nas uchroni przed tym efektem, ale o to , że od niej trzeba zacząć.

W swoich aktywnościach mam okazję kontaktować się z ludźmi z zupełnie różnych środowisk. Często zaskakuje mnie jak bardzo te środowiska są w istocie podobne, a mimo to jak mylne mają pojęcie na temat wszystkich „innych”. Tak więc się składa, że jednego dnia uczestniczyłem w debacie „Pola dialogu”  z Janem Rokitą, organizowanej przez środowiska kościelne, a w drugim rozmawiałem z moimi znajomymi zdeklarowanymi ateistami, którzy w religii nie widzą zupełnie sensu. Innym razem z szefem szkoły walki Savate w Warszawie, a pamiętam też swoje doświadczenie z karate Kyokushin. Świetnie też rozmawiało mi  się z uczonymi muzułmańskimi z Bliskiego Wschodu w czasie konferencji w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Mam też lub miałem przyjaciół rozsianych po Bliskim Wschodzie – od Iraku po Egipt i Turcję, ale też we Francji, Bułgarii, Finlandii czy Wielkiej Brytanii.

Wszystkie te środowiska, na swój sposób szukają bądź rezygnują z duchowości. Co więcej niektórzy mają pokusę kwestionowania „prawdziwości” owej duchowości „innych”, skoro nie opiera się ona na kontekście np „mojej” religijności.

Zatem niejeden ksiądz katolicki powie, że prawdziwa duchowość wynika z religii katolickiej, niejeden ateista powie, że religia to budynki, zepsuci kapłani, instytucja, która utraciła duchowy wymiar. Niejeden muzułmanin powie, że katolik się myli, a skoro odszedł od „prawdziwego Boga”, to nie rozumie duchowości. Jeszcze gorzej wyrazi się na temat ateisty, który wg niego nie ma duszy. Niejeden pasjonat jogi powie, że on właśnie zrozumiał samego siebie i otaczający świat i będzie się naśmiewał z niemądrych kłótni katolika z muzułmaninem.

Wielokrotnie podkreślam, że nie jestem symetrystą. Nie jestem też matematykiem. Nie stawiam więc znaku równości pomiędzy tymi wszystkimi wartościami i nie szukam rachunku matematycznego. Każda z nich jest dla danej osoby najważniejsza i uważam, że nie ma w tym nic złego. Nie będę przekonywał katolika by uznał, że muzułmanin ma tak samo jak on rację, ani vice-versa. Nie chcę przekonywać medytującego ateisty, że musi uznać równość religii z jego postawą. To bez sensu. Chcę przekonać za to ich wszystkich, że warto się tolerować i szanować nawzajem, bo każdy z nich odnajduje swoją wersję duchowości. Jeśli chciałbym czegoś jeszcze, to tego, by przekonywać, że ich  duchowość jest wartościowa – duchowość, nawet jeśli nie akceptują sposobu w jaki do niej dochodzą. To daje płaszczyznę nie tylko do wzajemnego szacunku i tolerancji, ale też współpracy i zrozumienia.

Slajd2
Schemat zestawiający duchowość (środkowy zbiór) z wiarą, medytacją i jogą, które bez duchowości stają się „instytucjonalne”

Zatem można odnaleźć wiele „rodzajów” duchowości, ale w istocie chodzi o to samo. To czego doświadczamy w czasie modlitwy, jogi, medytacji to poczucie transcendencji, pozwalającej spojrzeć na siebie samego i na otaczający świat z innej perspektywy, nabranie dystansu do uwarunkowań i problemów, spojrzenie w głąb samego siebie, a potem lepsze zrozumienie świata jak w Johari window, które otwiera nas na nowe możliwości. Wymienione drogi do Duchowości nie wyczerpują tematu, jest ich znacznie więcej. Duchowość odnajdujemy w poezji, mam znajomego z czarnym pasem karate, który pisze piękne rzeczy i wydaje, często dzieląc się swoją twórczością na Fb. Inni odnajdują duchowość w muzyce poważnej. Dla ilustracji problemu skupię się jednak na wymienionych wcześniej przykładach.

Jeśli spojrzeć na duchowość religijną – katolicką, to czymże/kimże dla katolika jest Bóg? Musimy zdać sobie sprawę, że to nie jest postać z długą brodą w białej szacie lewitująca w chmurach lub gdzieś obok nas. Dzieci na wieść o tym, że Bóg jest wszędzie, często zaczynają dopytywać rodziców o różne niestosowne miejsca wprawiając ich w zakłopotanie 🙂

Kim/czym jest więc Bóg? „Bóg jest miłością” pisał apostoł Jan w swoim pierwszym liście (1 J 4, 7-8. 11. 19), „Bóg jest radością, dlatego przed swój dom wystawił Słońce” – pisał Franciszek z Asyżu. „Tylko Bóg może odpowiedzieć na pytanie o dobro, ponieważ On sam jest Dobrem” pisał z kolei Jan Paweł II (encyklika Veritatis Splendor, 9). 

Czy ten kto medytuje nie szuka w swoim życiu radości? Nie czeka na miłość? Nie chce dobra? To wartości podstawowe, których każdy chce doświadczyć. Może więc niejeden ateista wierzy bardziej niż w „Boga” (zaznaczam obecność cudzysłowia, bo ateista nadal nie wierzy w postać boga, w tradycję związaną z Biblią itd, widzi za to co dla wierzącego jest emacją Boga – czyli Miłość, Radość i Dobro)  niż katolik, który porzucił duchowość i uczestniczy tylko w Kościele instytucjonalnym. Ale z drugiej strony wiele osób chodzi na jogę tylko po to, by pochwalić się przed znajomymi swoją oryginalnością. Często zdradzają, że piekielnie się tam nudzą, ale ktoś im powiedział że tak trzeba. Jest to substytut tatuażu lub kolczyka w powiece czy wardze – dla odróżnienia się od „reszty”. Mówią wtedy, że religia to bzdury bo „ksiądz jeździ drogim samochodem”, ale za to joga jest cool. Samo takie stwierdzenie każe się zastanowić nad rozumieniem Duchowości przez taką osobę.

Wreszcie są też sztuki walki zatracające człon „sztuka” i skupiające się na bijatyce. Trening karate Kyokushin w latach mojej młodości rozpoczynał się od medytacji. Trener podchodził do tego tak poważnie, że szybko znikały kpiące uśmieszki z młodzieńczych ust. Co więcej, trener spokojnym głosem kierował  w trakcie medytacji swoimi uczniami. Mówił o koncentracji na oddechu, wyrzuceniu z głowy wszystkiego innego, spojrzeniu w głąb siebie… Podobnie w czasie treningu często zwracano uwagę na stronę duchową Sztuk Walki. Taka medytacja to nie nie tylko domena Karate. Uderzające są wspomnienia fotografa, który przebywał w czasie niemal godzinnej medytacji przed jedną z walk Marka Piotrowskiego, byłego mistrza świata w kickboxingu. Tak samo najwięksi bokserzy potrafili zawsze przed walką znaleźć wewnętrzną równowagę z której płynęła potem ich odwaga i w dużej mierze siła. Wielu trenerów zapomniało jednak tradycyjnego ducha Sztuk Walki i wystarczy im kilka symboli: pas, karatega/kimono, naszywki szkoły karate, rękawice… „młócka”, w ten sposób mamy „Karate instytucjonalne” – zapominające o duchowej stronie Sztuk Walki. Rodzice nie posyłajcie dzieci na takie treningi!

Każdą najpiękniejszą ideę można w ten sposób zepsuć. Jednak także prawdziwą duchowość można odnaleźć wszędzie. Znam przypadki ateistów lubiących pójść do kościoła by tam w spokoju pomedytować – a może to, co w istocie robią to nic innego jak modlitwa do „Boga”, który nie jest smutnym starcem, ale faktycznie Miłością, Radością, Dobrem? W niektórych szkołach podstawowych z kolei propagowane są plakaty zakazujące medytacji, jogi, a nawet negujące Wschodnie Sztuki Walki. Ponoć w nich wszystkich ukrywa się szatan. Tymczasem to co tam wymienione, to formy duchowości, które autor tego plakatu postrzega jako konkurencję dla Kościoła. Ten ktoś ma jednak na uwadze tylko Kościół instytucjonalny – bo tylko taki może walczyć, negować inność, szkalować i we wszystkim co nie „swoje” dopatrywać się zła. Znamy też ideologię salaficką głoszącą, że tylko islam jest prawdziwy. Ci zapewne chętnie skorzystaliby z tego samego plakatu tylko zmieniliby krzyż na półksiężyc i dorzucili chrześcijaństwo – reszty nie zmieniając. Wszak to salafici zabraniają także medytacji, jogi, wschoidnich sztuk walki! Podobieństwa są uderzające i wcale nie przypadkowe. Mam za to przyjaciół muzułmanów, którzy rozumieją duchowość identycznie jak w pozytywnych przykładach wcześniej wymienionych. Niejeden ateista z kolei będzie chciał usunąć z przestrzeni publicznej i krzyż i półksiężyc, bo ranią jego uczucia. Każdy z nich broni własnej „instytucji”, nie zważając na istotę Duchowości.

Tak na prawdę to ideologie niszczą duchowość. Ideologie są z kolei bardzo chętnie wykorzystywane przez polityków. Religia jest najpotężniejszym narzędziem w rękach ideologów politycznych!

Każdy niech szuka swojej Duchowości nie negując innych, bowiem w istocie wszyscy, którzy ją odnajdą są znacznie bliżej siebie niż sądzą. Odnalezienie swojej drogi do Duchowości daje siłę wewnętrzną, dzięki której będzie łatwiej pokonywać trudności, o wiele łatwiej nawiązywać współpracę. Taka Duchowość pozwoli na dystans potrzebny do przeczytania i zrozumienia mapy, wyznaczenia azymutu i dążenia do naszych celów. Szukajmy tej duchowości i nie negujmy innych jej „rodzajów” bo każdemu w istocie chodzi o Dobro, Miłość i Radość. To właśnie wartości, których poszukuje Pozytywny wojownik.

Do Blog

Współpraca StratLider i L’ExtremeEst

.facebook_1510270500133Projekt StratLider oraz Centrum Zimbardo ds Rozwiązywania Konfliktów zyskują nowego partnera w postaci szkoły boksu francuskiego Savate L’ExtremeEst.

Tym samym teorie na których opiera się StratLider, na temat współpracy, pracy nad sobą, zwiększaniem własnego potencjału zyskują wymiar praktyczny. W trakcie dzisiejszego mojego spotkania z Panem Krzysztofem Kalińskim, kierującym szkołą L’ExtremeEst, ustaliliśmy zarys planu przyszłej współpracy.jpg2

Już wkrótce zaprezentujemy efekty. Nie mamy wątpliwości, że ta współpraca przyniesie wielokrotnie przytaczany efekt synergii tak pożądany w bardzo różnych uwarunkowaniach.

cropped-czm-logo.jpgZarówno przywództwo jak i perspektywa strategiczna wymagają pracy nad sobą. Sztuki walki są doskonałą podstawą do szukania równowagi wewnętrznej. Oczywiście nie jest to jedyna metoda. Dorota Kościukiewicz-Markowska prowadząca Szkołę Szczęścia w Szczecinie, która jest także partnerem StratLider powie, że do odnalezienia równowagi najlepsze jest przystopowanie w tym niekończącym się biegu donikąd i uważność, czyli wejście w ciszę wewnętrzną, dzięki czemu uzyskamy nowy, świeży wgląd dotyczący nie tylko siebie, ale i otaczającego nas świata.

SZKOLA-SZCZESCIA-LOGO-png-300

Dorota ma rację. Takie podejście daje świetne możliwości, podobnie jak sztuki walki. L’ExtremeEst jest inną stroną tego samego medalu. Z resztą pamiętam jak sam uczestniczyłem te prawie 30 lat temu w treningach Kyokushin Karate i każdy zaczynał się od medytacji. Kilka minut klęczenia w ciszy, gdy trener spokojnym głosem mówił o oczyszczeniu głowy z tego wszystkiego co się wokół nas dzieje. Medytacja to nieodłączna cześć Sztuk Walki!

Psychologia społeczna pozwala zrozumieć mechanizmy wpływania na nas i daje szansę świadomego decydowania o naszych wyborach.

To wszystko umożliwia zastosowanie perspektywy strategicznej i kształtowania kompetencji przywódczych. Wspólnie zyskujemy większe możliwości niż suma naszych wysiłków indywidualnych.

Komentarz nt filmu „Długa droga do domu” produkcji National Geographic

Zostałem poproszony o komentarz do filmu „Długa droga do domu” produkcji National Geographic. Miałem do obejrzenia tylko pierwszy odcinek, ale sądzę, że to wystarczy by wyrobić sobie opinię. Powiem szczerze, że już sama propozycja wywarła na mnie wrażenie, ponieważ zajmuję się tym tematem nie tylko sentymentalnie, z uwagi na uczestnictwo w OIF w 2005/6 roku, ale też naukowo. Projekt StratLider stanowi platformę popularyzacji tych badań, choć od września br. stał się czymś więcej.

Film wywarł na mnie duże wrażenie dlatego, że przedstawiał złożoność sytuacji w Iraku, a uproszczenia są jedynie wynikiem specyfiki kinowej. Ten film nie jest dokumentem, ma być atrakcyjny dla widza, ale w mojej opinii właśnie to jest istotą popularyzacji wiedzy. Dzięki ukazaniu obrazu w sposób atrakcyjny, NG przekazuje treści bardzo wartościowe.

Mój komentarz nie jest recenzją w pełnym rozumieniu tego słowa. Jest to zbiór skojarzeń i wspomnień, które ilustrują ukazane w filmie dylematy, procesy, wydarzenia.

Tekst o filmie pisałem zaraz po jego obejrzeniu. Niniejszy natomiast piszę w pociągu do Warszawy, gdzie w Polskiej Akademii Nauk będę mówił o wojnie w Iraku z wykorzystaniem Teorii Chaosu, elementów Filozofii Stoickiej oraz teorii przywództwa i strategii i psychologii społecznej.

To właśnie badania nad tym co wydarzyło się w Iraku, które prowadzę od 12 lat doprowadziły mnie do interdyscyplinarności, której odbiciem będzie mój referat w Pałacu Staszica. Prezentowanie wyników badań przed uczonymi z regionu w którym te wydarzenia miały miejsce jest wielkim wyzwaniem i wymaga połączenia teorii z praktyką. Generał Mattis kiedyś dobitnie określił teoretyków nie mających doświadczenia w danym konflikcie, siedzących w swoich pięknych gabinetach i doradzających wojskowym, czy mieszkańcom Iraku…

Dlatego w projekcie StratLider nie przekazuję samych teorii. Zawsze łączę teorię z praktyką, żeby pokazać uczciwie jak działa i jak może być wykorzystana ta czy inna teoria naukowa. Swoje przemyślenia weryfikuję naukowo i praktycznie. Konsultacje z gen Mattisem, prof. Zimbardo, gen Koziejem, Panem Georgem P. Schultzem, Charlesem Hillem, Kori Shake i wieloma innymi innymi osobami są ważnym elementem upewniajacym mnie w trafności kierunku badań.

Poniżej link do tekstu nt filmu z moim komentarzem (w dalszej części dodatkowy plik z pełnym tekstem komentarza).

http://mediapl-ngc.natgeotv.com/22887-dluga-droga-do-domu-historia-o-wojnie-i-emocjach-w-national-geographic

Paradoks Jake’a Sully: czyli dlaczego nie należy bać się wojskowych w polityce w demokracjach.

Postać Jake’a Sully w filmie Avatar prezentuje interesujący paradoks. Początkowo jest stereotypowym żołnierzem, który bezkrytycznie wierzy w wykonywanie rozkazów bez roztrząsania kontekstu sytuacji. Po przydzieleniu do zespołu naukowego nad tubylczymi formami życia Na’vi na planecie Pandora, stopniowo zaczyna widzieć racje drugiej strony konfliktu (Na’vi) oraz prawdziwy kontekst rozpoczynającej się wojny. Jego doświadczenie, wiedza nt realiów (realizm) oraz wiara w szczytne cele (idealizm) czynią go kluczowym „elementem” sytuacji polityczno-strategicznej konfliktu. Doświadczenie żołnierza, który dostrzega, że służba ojczyźnie nie zawsze równa się wykonywaniu rozkazów bezpośredniego przełożonego, który interesuje się kontekstem, rozwija się intelektualnie, stanowi unikalną wartość, której zarówno politycy jak i inne środowiska cywilne najczęściej nie dostrzegają.

Jake Sully

avatar-posterJake Sully to postać fikcyjna, stworzona na potrzeby scenariusza do filmu Avatar. Niemniej dzięki przerysowaniu, wyidealizowaniu ilustruje świetnie pewne procesy, które trudno przedstawić jednym przykładem realnym. Początkowo jako żołnierz marines, który odniósł kontuzję i porusza się na wózku inwalidzkim, jest nieufny wobec cywilnych naukowców. Ale też zespół naukowy do którego Jake zostaje przydzielony za grosz nie ufa jemu – „bo to żołnierz”.

Jako członek zespołu badawczego kierowanego przez dr Grace Augustine, od swojego faktycznego przełożonego płk Quaritha otrzymuje zadanie szpiegowania postępów prac naukowych i donoszenia o osiągnięciach. Pułkownik (podobnie jak Jake i wszyscy żołnierze) nie ufa cywilom i obawia się, że będą zatajać to co odkryją lub w inny sposób komplikować w istocie prostą misję polityków (których „narzędziem” są wojskowi), a która polega na przejęciu zasobów naturalnych planety.

Gdy dr Augustine przedstawia swoje wyniki badań prezentujące niezwykły obraz symbiozy Na’vi z ekosystemem planety, ze strony polityka i naukowca nie znajduje zrozumienia bowiem ci oczekują od zespołu Augustine tylko ułatwienia dostępu do surowców, a nie odkrywania istoty funkcjonowania planety. Kto by się spodziewał, że ranny marine zrozumie znacznie lepiej to o czym mówiła pani doktor.

4200341472_3e217ef4f3
Pandora
35836246471_d24598ed57_b
Pandora

Natomiast sama dr Augustine ma problem z nawiązaniem kontaktu z miejscowymi. Jej praca jest prowadzona w bardzo wolnym tempie bowiem działa metodycznie, bardzo ostrożnie, budując wiedzę o miejscowych i próbując stopniowo zyskać ich zaufanie. Jednocześnie nie uwzględnia kontekstu w którym jej badania są tylko dodatkiem do planu, nie widzi, że jej metodyczność niewiele da bowiem cierpliwość chciwej korporacji się wyczerpuje. To czego jej brakuje to wiedza o procesach społecznych, które tak samo trapią Na’vi jak i ludzi. Mimo, że domyśla się prawdziwych planów korporacji powiązanej z politykami, nie bardzo jest świadoma nieuchronności konfliktu zbrojnego. Zachwycając się pięknem tego co odkrywa, idealizuje Na’vi, co właściwie utrudnia zrozumienie ich.

24150166553_57637fca61_b
Na’vi

Jake Sully ma „doświadczenie bojowe”, ale to on nie trzymając się metodologii naukowych, przełamując schematy badawcze, natychmiast nawiązuje kontakt z Na’vi. Progres badań jest piorunujący i szokujący naukowców.

Jake jest też świadom metod działania polityków, korporacji i żołnierzy na ich usługach. Nie ma najmniejszych wątpliwości jaki los spotka Na’vi. Wie też, że Na’vi nie są idealni, jakkolwiek natura ich funkcjonowania, pierwotne mechanizmy są urzekające.

Paradoks Jake’a Sully i gen Mattis

jm1
Gen Mattis sam nosi swoje bagaże, nawet jako Sekretarz Stanu USA

Słowa jakie wypowiadał w różnym kontekście gen marines Jim Mattis szokowały środowiska cywilne, np gdy zwracał się do głów rodów irackich podczas inwazji w 2003 roku:

Przychodzę w pokoju, nie mam ze sobą artylerii, ale błagam was ze łzami w oczach, jeśli ze mną zadrzecie, zabiję was wszystkich.

 Do żołnierzy:

Bądź grzeczny, bądź profesjonalny ale miej plan zabicia każdego kogo spotkasz”

Takie cytaty sprawiły, że zyskał przydomek „Mad Dog”. W czasie jego udziału w operacji Afgańskiej miał przydomek „Chaos”. Przybywając do Iraku wiosną 2004 mówiono na niego już raczej „Warrior Monk”, ale ma też podobiznę z aureolą, którą wykonali dla niego marines nazywający go „Świętym z Quantico”.

Wiosną w Iraku przyjął jako naczelną zasadę wobec zbuntowanej prowincji Al-Anbar:

„First do no harm”

Zakwestionował też powszechnie stosowaną zasadę działań wojskowych, ale także innych organizacji nazywaną EBO (Effect Based Operation):

„zgodnie z nauką, nie da się precyzyjnie przewidzieć efektów działań”

Mimo, że zarówno operacja w Iraku jak i Afganistanie potwierdziły że miał rację, koncepcja tak jako najbardziej „ekonomiczna” nadal jest stosowana.  O tej kwestii piszę dokładnie w swojej nowej książce.

Wielość kontekstów sprawiła, że stał się postacią wielowymiarową. Ale wynikało to z jego wiedzy (słynna prywatna biblioteka z tysiącami książek, zamiłowanie do filozofii itp.) oraz niezwykłego doświadczenia.

Każda z tych postaw wynikała z uwarunkowań – a więc kontekstu sytuacyjnego oraz celów strategicznych. Znajomość i rozumienie kontekstu oraz umiejętność zestawienia go z celami strategicznymi wymagają specyficznej postawy opartej na wiedzy i doświadczeniu.

21762795_271333350044569_6828407471648070229_o.jpgPodobnie zrozumienie kontekstu działań i sytuacji Aleksandra Wielkiego wymaga nie tylko analizy materiału źródłowego, ale też doświadczenia zbliżonego do tego czego doświadczali uczestnicy jego wyprawy, o czym pisałem w swojej ostatniej książce: Taktyka, strategia i przywództwo Aleksandra Wielkiego

14730545_187337241707092_2694406252351455232_n
Po mojej rozmowie z gen Jimem Mattisem

Gdy rozmawiałem z Jimem Mattisem na te tematy (latem 2015 roku), uderzało mnie to, że był bardzo wstrzemięźliwy w ocenianiu Aleksandra Wielkiego czy Marka Aureliusza, ale nie miał wątpliwości jeśli chodzi o błędną strategię USA w Iraku (2003-11). Nie miał też najmniejszych wątpliwości, że brak perspektywy strategicznej jest jedną z największych bolączek ówczesnych USA jak i Unii Europejskiej.

 Paradoks Jake’a Sully i Polska

Podobnie wielu polskich oficerów ma ogromne doświadczenie, które wykracza daleko poza kwestie stricte wojskowe. W czasie operacji w Iraku, Afganistanie, Kosowie, czy na Wzgórzach Golan w Libanie, ale też w kraju, funkcjonując na styku wojska i polityki,  żołnierze muszą być nie tylko dowódcami, ale bardzo często podejmują decyzje zupełnie polityczne. Nie tylko rozumieją kontekst polityczny, ale też często mają decydujący wpływ na sytuację gospodarczą, polityczną, społeczną kraju, regionu w którym działają.

27507207346_9e716567ae_b
Gen Mirosław Różański

Dlatego właśnie gen Różański z rozgoryczeniem zadawał politykom pytanie:

czy wy nas się boicie? Dlaczego nie macie do nas odrobiny zaufania? Przecież cywile mają pełną kontrolę nad armią.

(Dziennik.pl wywiad z 31.10.2017).

Tu jest właśnie istota problemu! We współczesnych demokracjach, a na pewno w Polsce, trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym wojsko przejmuje siłą kontrolę nad państwem. Z bardzo wielu względów jest to nierealne. Nie staram się absolutnie kwestionować cywilnej kontroli nad armią, jest to ze wszechmiar uzasadnione i stanowi właśnie jeden z fundamentów demokracji.

27541818635_fb69bf4195_b
gen Mirosław Różański

Niemniej za tą regulacją idą obawy społeczeństwa wobec wojskowych w ogóle. Często dziennikarze mają dylemat czy wojskowy może być doradcą prezydenta czy premiera – czy to nie zbyt duży wpływ wojskowych na władzę cywilną. Pojawia się szereg innych, choć podobnej natury dylematów.

Tym sposobem marnuje się wielki potencjał wielu wojskowych, którzy swoim doświadczeniem, ale i często charakteryzującym ich tzw. realizmem idealistycznym mogliby zdecydowanie wesprzeć społeczeństwo, władze, polityków.

Dziś Gen Mirosław Różański ma niestety rację gdy mówi:

 

„Nie wydaje mi się, by społeczeństwo zaakceptowało generała jako kandydata w wyborach.”

Polish Ghazni PRT Members Surprise Locals
Gen Janusz Bronowicz

Podobnie warto wsłuchiwać się w wypowiedzi medialne innych generałów: Stanisława Kozieja, Waldemara Skrzypczaka czy Janusza Bronowicza, którzy krytykują decyzje, procesy, a nie personalnie polityków. Zauważmy, że wszyscy wymienieni krytyczne uwagi wyrażali wobec decydentów, niezależnie od barw politycznych aktualnej władzy.

Zakończenie

Jake Sully to postać fikcyjna, ale można wskazać na jego przykładzie ważny acz nie zawsze dostrzegany paradoks. Żołnierz, który uczestniczył w konfliktach zbrojnych, brał udział w różnego rodzaju operacjach wojskowych, podejmował lub brał udział w podejmowaniu decyzji politycznych w rejonach konfliktów, ma inne doświadczenie niż większość społeczeństwa. Jest to wielka wartość, bowiem tacy wojskowi często są w stanie zweryfikować i zastosować/dostosować założenia teoretyczne wynikające z nauki.

Niezależnie od oceny samego prezydenta Donalda Trumpa (moja jest bardzo krytyczna) dobór zespołu doradców w postaci gen Mattisa i McMastera, gwarantuje wielki kredyt zaufania. To ludzie o olbrzymim i różnorodnym doświadczeniu, którzy mają dziś w wielu kwestiach głos decydujący dziś w wielu sprawach. U nas wciąż boimy się, że wojskowi „skradną” demokrację.

Jeśli ktoś miałby „skraść” demokrację w Polsce, USA, Francji to na pewno nie żołnierze, prędzej od nich uczynią to partyjni politycy walczący tylko o własne wpływy, media nie wyznające żadnych zasad oraz korporacje, których nikt nie będzie kontrolować (słynny protest „we are 99%” w USA).

Wojskowi z doświadczeniem, którzy realizują kariery naukowe, zachowują pokorę pozwalającą wciąż się uczyć nowych kontekstów i uwarunkowań mogą stanowić podporę demokracji.

Do Blog