Półtora miesiąca po masakrze w Paryżu i… przed kolejnymi zamachami

Bombing SyriaNiniejszy tekst jest rozwinięciem mojej wypowiedzi z bloga na temat W odpowiedzi na masakrę w Paryżu – mówię: nie WOJNA ale DOBRA POLITYKA wreszcie! Tekst tylko w niewielkiej części został zaczerpnięty z tamtej “reakcji” na zamachy w Paryżu.
Po 11 września 2001, po zamachach w Madrycie, Londynie, Charlie Hebdo i tak samo po masakrze w Paryżu z 13 listopada 2015 pojawiały się te same hasła: “Ten zamach to wypowiedzenie wojny” i podobne – “jesteśmy na wojnie!” “Musimy walczyć!” 14 listopada w tekście na blogu pytałem więc: z kim walczymy? Gdzie był przeciwnik? I kto nim był/jest?
George W. Bush ogłosił tę “wojnę” już 14 lat temu – na gruzach WTC dzień po zamachach w 2001 roku. A więc “wojna” trwa już niemal półtorej dekady i prowadzimy/lub prowadziliśmy ją w Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii, Jemenie, Pakistanie, Somalii, Mali, RŚA i innych. W tej “wojnie” uderzamy z całą mocą i setkami tysięcy żołnierzy (jak Afganistan i Irak) albo działamy mniej oficjalnie, ale równie śmiertelnie (Jemen, Syria) czasem otwarcie wspieramy zbrojnie tych, którzy ponoć walczą z dyktaturą (Libia i Syria i byli tacy co chcieli pomagać w Egipcie ale całe szczęście się powstrzymali). Mimo tego, że zabiliśmy dzięsiątki lub setki tysięcy “terrorystów”, przeciwnik jednak się ciągle wzmacnia i uderza w nas sporadycznie, ale niezwykle celnie siejąc śmierć, strach i zwątpienie. Wielu zadaje sobie pytanie – dlaczego mimo tak wielkiego zaangażowania w “wojnę z terroryzmem” efekt jest odwrotny od zamierzonego? Może doprecyzujmy właściwe pytanie:
“Dlaczego liderzy świata zachodniego przyznają, że po 14 listopada 2015  zagrożenie terrorystyczne nie zmalało, mimo iż przeprowadziliśmy “zmasowane bombardowania” przeciwko głównym liderom tzw. Państwa Islamskiego a USA za pomocą UAV (popularnie zwanych dronami) zlikwidowała większość tych, którzy za tymi zamachami stoją? Czy, skoro tych najgorszych dosięgła ręka sprawiedliwości, to przywódcy świata zachodniego nie powinni teraz zakomunikować, że jest już lepiej? 
Pora uzmysłowić sobie przeciw komu “wojnę” prowadzimy, a także kto prowadzi ją przeciw nam? Przecież z definicji wynika, że aby mówić o wojnie trzeba określić przeciwników – konkretne państwa lub grupy społeczne ścierające się między sobą. W tym konflikcie, który nazywamy “wojną z terroryzmem” nie tylko nie zwalczamy przyczyn, ale nawet nie chcemy ich dostrzegać, żeby przypadkiem oskarżycielski palec nie został skierowany na nas samych.  Trzeba pamiętać, że wojna z radykalizmem islamskim – słusznie w mojej opinii nazwanym “islamo-faszyzmem” nie zaczęła się 11 września 2001 roku, ale zamachy na WTC i Pentagon były właśnie konsekwencją niezmiennie złej polityki Zachodu na Bliskim Wschodzie, który w końcu XX i początkach XXI wieku przechodzi ogromne zmiany społeczne, niedostrzegane przez polityków zachodnich, lub błędnie interpretowane (jako oznaka “wybuchu” demokracji w stylu zachodnim). Politykę Zachodu w tym regionie powszechnie nazywa się tam “neokolonializmem”, którego to słowa nie cierpi zachodni establishment: “my” przecież tylko pomagamy a “oni” nas nich rozumieją.
       Tymczasem trwa wiele wojen na Bliskim Wschodzie i toczą się one w wielu konfiguracjach: wojna Szyitów z Sunitami jest osią konfliktu w regionie i kołem zamachowym innych konfliktów, łatwym do wykorzystania przez wszystkich. Wojna zachodu z radykalizmem to z kolei zwalczanie tych grup, które w danej chwili korzystnie jest zwalczać z przyczyn politycznych – w tym obalanie dyktatorów. Wojna o surowce (także prowadzona przez Zachód, ale i Rosję oraz innych). Wojna prowadzona przez Rosję – mająca odbudować mocarstwową pozycję tego kraju. Wreszcie wojny prowadzone przez społeczeństwa w regionie przeciw ugrupowaniom terrorystycznym lub radykalnym (jak w Egipcie czy Libanie lub też Kurdowie przeciw tzw. Państwu Islamskiemu). To tylko główne konflikty, których jest więcej (jak chęć dominacji Arabii Saudyjskiej i Iranu). Wojny te w niektórych obszarach i czasem się pokrywają, a gdzie indziej są przeciwstawne komplikując jeszcze rzeczywistość. Np. Wojna z radykalizmem prowadzona przez USA zwalcza prezydenta Asada w Syrii, ale nie zwalcza króla Arabii Saudyjskiej bowiem tu przeszkodę stanowi sojusz z tym państwem w wojnie o surowce, a przeciw Iranowi ogranicza się do sankcji. Dzięki takiej sytuacji – wielu permanentnych konfliktów zbrojnych w regionie, terroryści mają coraz lepsze możliwości działania i coraz łatwiej mogą “nas” atakować.
    Jednocześnie wielu z nas nie zdaje sobie sprawy jak wielu sojuszników mamy po “tamtej” stronie. Społeczeństwa na Bliskim Wschodzie, różnią się od Zachodnich poziomie kultury i religii, ale na poziomie głębszym (określanym przez G. Hofstede jako “natura ludzka”) zdecydowana większość z nich pragnie stabilizacji, wolności od zagrożeń i możliwości rozwoju, zarówno indywidualnego jak całych państw/grup społecznych. Taki zestaw potrzeb podstawowych (drugi poziom w piramidzie Masłowa) zgodny jest z identycznie definiowaną potrzebą Bezpieczeństwa w świecie Zachodnim. Sam znam wielu Syryjczyków, Egipcjan, Libańczyków, Palestyńczyków czy Turków, którzy nieustannie potwierdzają, że nie chcą tolerować radykalizmu, a właśnie w świecie Zachodnim, z jego poprawnością polityczną, pozwala się na marsze islamo-faszystów nawołujących do obalenia demokratycznych władz i ustanowienie w to miejsce prawa szariatu, pozwala się na propagowanie nienawiści w niektórych Meczetach czy szkołach koranicznych, a nawet łamanie prawa toleruje się z obawy przed oskarżeniami o rasizm (jak słynna sprawa z miasta Rothrock w WB) itp. Obalając dyktatury na Bliskim Wschodzie – Zachód sam generuje zagrożenia! Dyktatura powinna być traktowana jako etap rozwoju społeczeństw, które same muszą dojrzeć do zmian. Co więcej po zamachach (jak te z 14 listopada 2015), naszą agresję kierujemy przeciw tym, których łatwo dosięgnąć (o czym pisałem w tekście o Charlie Hebdo), a więc Muzułmanów modlących się w Meczecie, dzieci muzułmańskie w szkole, kobiety, często nauczycieli, lekarzy, którzy tak jak my boją się ekstremistów i terrorystów. Prawdziwy przeciwnik to ten, kto traktuje nas jako wroga i w tej wojnie wcale nie jest tak nieuchwytny jak się zdaje. Nie możemy jednak tego przeciwnika upatrywać w dyktatorach, grupach nie skłonnych do współpracy gospodarczej z Zachodem, czy tych, którzy chcą zwiększyć swoje wpływy w danym regionie (taka gra o strefy wpływów odbywa się wszędzie i od zawsze). Trzeba wreszcie oddzielić zagrożenia ekstremizmem i terroryzmem od interesów gospodarczych, wpływów geopolitycznych itd. Pozwalając na decydowanie, społeczeństwom  i na samodzielność wielu państwom, traktując ich jak partnerów, ale skupiając się na zniszczeniu faktycznych centrów ekstremizmu i terroryzmu, a więc rezygnując z wojen ekonomicznych/surowcowych, a w to miejsce tworząc prawdziwą koalicję przeciwko ekstremizmowi, oraz wdrażając dobrą strategię podobną do tej jaką zaproponowałem w tekście na blogu pt. Zarys strategii bezpieczeństwa UE, jestem przekonany, że nie więcej niż pół roku wystarczyłoby aby znikło tzw. Państwo Islamskie, Al-kaida, Al-Nusrah, Al-Kaida Islamskiego Maghrebu czy Al-Kaida Półwyspu Arabskiego. Przy tym zamożność Zachodu i możliwości wpływania na politykę nie musiałyby aż tak się obniżyć jak obawiają się tego zachodni liderzy. Mogłoby tak się stać, gdyby zamiast konfliktów zbrojnych (wspierania wysiłku zbrojnego stron, interwencji zbrojnych itd) realizować grę geo-polityczną na polu gospodarczym, dyplomatycznym itp. W takiej grze Zachód posiada wciąż wielką przewagę i nadal jest w stanie dominować – w mojej opinii nawet mocniej niż w przypadku wspierania i/lub prowadzenia w dużej mierze nieprzewidywalnych konfliktów zbrojnych.
     Oczywiście wiem też doskonale, że tak się nie stanie. Społeczeństwa po kolejnych zamachach, będą wciąż chciały wojny i ją dostaną. Taką wojnę jaką dziś prowadzimy z tzw. PI czy Al-Kaidą należy określić jako “Wojnę tabloidową” w której ginie wielu “terrorystów” – w więc ludzi mieszkających na Bliskim Wschodzie – niekoniecznie nawet tzw. “złych” Muzułmanów. Pomiędzy nimi trafią się osoby powiązane z zamachami terrorystycznymi, ale przecież raporty służb wywiadowczych donoszą, że osób planujących te zamachy czy współpracujących z terrorystami, jest z pewnością w Europie nie mniej niż na Bliskim Wschodzie (nie mówię tu o “zwykłych” bojownikach terrorystycznych). Czy wobec tego, że wiemy, iż w Paryżu czy Berlinie żyją osoby powiązane terrorystami z tzw. PI czy Al-Kaidy, siły powietrzne Francji powinny przystąpić do bombardowań stolicy Niemiec a Niemcy zaatakować Paryż? Czy Europa nie powinna przypuścić bombardowań na USA skoro wiemy, że tam funkcjonują całe komórki terrorystów z Al-Kaidy i tzw. PI? Oczywiście bombardowania Al-Raqqi uznawanej za stolicę tzw. PI mają na chwilę odbudować nasze poczucie bezpieczeństwa, jednak absurd takich działań, szkodliwość i zwykłe okrucieństwo są tak wielkie, że skutek dla naszego realnego bezpieczeństwa (a nie jego postrzegania) jest dokładnie odwrotny od przedstawianego. W istocie dokonując takich ataków, nie będących elementem politycznej strategii na Bliskim Wschodzie, przygotujemy grunt pod kolejne zamachy – coraz bardziej krwawe, coraz łatwiej przeprowadzane i coraz bardziej… prowokujące do kolejnych wojen. Ekstremiści – jak sama nazwa wskazuje posiłkują się skrajnościami – chaosem, wojną, bezprawiem, biedą, zamieszaniem geopolitycznym i światopoglądowym, fałszywymi treściami przekazywanymi pod pozorem religii. To daje im siłę w postaci rekrutów i finansowania przez tych, którzy uważają że na tym zyskują. Tak więc obecne działania w tym regionie muszą prowadzić do kolejnych zamachów i pogorszenia zarówno sytuacji ekonomicznej zachodnich społeczeństw (jako ogółu), przy jednoczesnym wzmocnieniu pozycji korporacji i polityków korzystających na konfliktach oraz banków finansujących zbrojenie stron lub wprost konfliktów. Takie grupy lobbyingowe zawsze będą za tym aby konflikty toczyły się nieustannie.
   Dalsza polityka oparta na “WOJNIE” będzie prowadziła do konsekwentnego rozkręcania spirali przemocy, która poprzez kryzys z uchodźcami i zamachy terrorystyczne sięga już Europy i USA. Z drugiej strony, bez zmiany tej polityki, nie da się osiągnąć pokoju i stabilizacji. Te mogą być tylko osiągnięte poprzez mądrą (to znaczy wielo-aspektową i wielopoziomową, zróżnicowaną w zależności od miejsca itd.) politykę międzynarodową realizowaną według planu – strategii bezpieczeństwa. Oczywiście w ramach tej polityki działania zbrojne są także koniecznością, ale muszą być częścią – elementem polityki i dawać efekty w postaci postępów politycznych, a nie być celem lub odpowiedzią na działania przeciwnika i co zasadniczo ważne muszą być absolutnie ostatnim elementem tejże polityki.
Advertisements

One thought on “Półtora miesiąca po masakrze w Paryżu i… przed kolejnymi zamachami”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s