Pandemia Koronawirusa jako ciemna strona Księżyca

Koronawirus stworzył nam nową rzeczywistość, ale czy ona jest rzeczywiście nowa? Personel medyczny pracuje w szpitalach, przychodniach, dzieci uczą się z nauczycielami, w zajęciach organizowanych przez szkołę, ludzie pracują, a niektórzy tracą pracę, są wysyłani na urlopy bezpłatne, wierni uczestniczą w niedzielnych mszach, politycy kłócą się i walczą o władzę – to wszystko działo się także przed koronawirusem. Czy „ciemna strona” Księżyca różni się od „jasnej”?

„Jasna strona” Księżyca w istocie różniąca się od ciemnej ukształtowaniem powierzchni

Jest inaczej – medycy pracują pod ogromnym stresem i obciążeniem fizycznym, brakuje w szpitalach wszystkiego; dzieci uczą się zdalnie, co obciąża je i rodziców, a i nauczyciele mają ogromny kłopot, bo dotąd nikt nie zbudował sieci komunikacji szkolnej, na przykład po to by odciążyć szkolne tornistry; ludzie tracą pracę nie przez swoje zaniedbania czy normalne zmiany rynkowe, ale przez to, że znaleźli się branży która cierpi najmocniej w sytuacji lockoutu, wierni uczestniczą w mszach przez TV, nie mogą tradycyjnie obchodzić świąt Wielkiejnocy, ludzie pozamykani w „aresztach domowych” boją się choroby i zamknięcia. W zasadzie nie zmienia się tylko to co robią politycy… oprócz tego, że niektórzy noszą maseczki. 

Księżyc, zawsze obrócony jest do nas swoją jedną stroną, którą nazywamy jasną, bowiem tylko ją widzimy. Do takiego właśnie Księżyca się przyzwyczailiśmy, taki znamy, z takim czujemy się bezpiecznie. Ale jednocześnie zawsze ludzie zastanawiali się co znajduje się po jego drugiej, tzw. ciemnej stronie? Powstawały książki i filmy S-F, o różnych formach życia jakie miały tam istnieć, obawiano się nieznanego. Nawet gdy w radzieckim centrum kontroli lotów czekano z napięciem na zdjęcia z pierwszej sondy, która w 1959 roku miała fotografować „ciemną stronę”, czekano gorączkowo na transmisję obrazów, obawiano się czegoś więcej niż tylko zdjęć kraterów i mórz księżycowych. Ironią losu (a może znakiem czasu) jest też, że pierwszego lądowania na ciemnej stornie Księżyca dokonała sonda chińska… 

Ten „mrok” ciemnej strony, w postaci COVID-19 właśnie z Chin rozpostarł się dziś nad całym światem. Niby wszystko jest tak jak było, ale inaczej. Gdy epidemia jeszcze w styczniu i lutym powoli wyciągała swoje macki do coraz dalszych regionów świata, aby w końcu objąć całą kulę ziemską w swoim uścisku, wielu przypominało sobie filmy takie jak „Contagnion – epidemia strachu”. Film ten jak wyobrażenia ciemnej strony przez rokiem 1959, pokazywał co nas może spotkać. Kino w ogóle nie rozpieszcza nas w takich sytuacjach podsuwając obrazy apokaliptyczne, co w warunkach globalnego kryzysu także ma swoje znaczenie. 

Bardzo długo przyzwyczajeni byliśmy do „jasnej strony Księżyca”, sytuacji jakie znamy i rozumiemy, nawet jeśli nie zawsze są przyjemne. Są jednak częścią tego co znane i jakoś zrozumiałe. Oczywiście tej „ciemnej strony” doświadczamy indywidualnie, gdy ponosimy porażkę, z której nie potrafimy się dźwignąć, skutkuje to alkoholizmem, narkomanią, samobójstwami itp., poznali smak ciemnej strony Syryjczycy po 2011 roku, czy Jemeńczycy których świat zawalił się z dnia na dzień, choć wcześniej i tak nie było im lekko. Niemniej dziś cały świat znalazł się w strefie mroku i to powoduje też globalne zmiany. Jest coraz więcej analiz prognozujących długi czas, w którym ten mrok z nami pozostanie, a jednak zakazy, zdalne nauczanie itd. planowane są na dwa tygodnie, miesiąc… dlaczego tak się dzieje, czy chodzi tylko o to, by nie „siać paniki”?  

Po pierwsze nikt nie wie jak długo to potrwa, więc zakładamy warianty optymistyczne – nawet nierealne. Po drugie nikt nie wie jak ostatecznie koronawirus zmieni nasze życie. Niemniej warto zmienić perspektywę i szukać rozwiązań nie awaryjnych, ale permanentnych, a to w dużej mierze zależy od nas wszystkich. Nie możemy czekać na wyciągnięcie wniosków z pandemii po jej zakończeniu. To nie może być klasyczne „lessons learned”, bowiem sytuacja nie jest klasyczna. To nie jest kryzys podobny do powodzi, pożaru czy huraganu, których czas trwania z zasady jest stosunkowo krótki. 

Musimy się nauczyć żyć w tym „mroku” ciemnej strony i jeśli się tylko da zauważyć, że „ciemna strona” Księżyca jest taką tylko w perspektywie ziemskiej. Faktycznie tam nie jest ciemno, bowiem tak jak na stronę „jasną” świeci słońce. Ta strona nie jest ciemna, tylko była niewidoczna z Ziemi! Warunki życia w czasie pandemii są inne niż wcześniej, ale nie musi to być „koniec wszystkiego co znamy”. Jest więc inaczej, ale musimy nauczyć się z tym żyć i tutaj odpowiedzialność spada na państwo, rządy, ale i na wszystkich obywateli.  

Zakazy i rygory muszą uwzględniać coraz bardziej uświadamianą długotrwałość sytuacji. Trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy podejściem w Wielkiej Brytanii z początku Pandemii, którą można podsumować hasłem „przechorujmy to”, szwedzkim „eksperymentem” miękkich ograniczeń, uświadamiania i przekonywania w miejsce zakazów, ale uwzględniając specyfikę Szwecji i szwedzkiego społeczeństwa i drakońskimi ograniczeniami takimi jak w Chinach czy Indiach. 

Z jednej strony ludzi nie da się trzymać przez pół roku w mieszkaniach, a z drugiej trzeba zmienić nasze codzienne przyzwyczajenia, sposoby witania się, komunikowania. Ogromną pomocą może tu być wykorzystanie środków informatycznych, które mogą zmniejszyć poczucie odosobnienia. Bardzo wiele rzeczy można robić „przez internet”, ale oczywiście nie wszystko. Warto teraz pomyśleć o tych dzieciach, które nagle wskutek wykluczenia cyfrowego (także z powodu braku urządzeń końcowych czy/i dostępu do Internetu) tracą zarówno możliwość edukacji z kontaktem ze szkołą, jak i wszelkie kontakty towarzyskie. Potrzebna jest pomoc państwa nie tylko rekompensująca „chwilowy zastój” części branż, gospodarki, ale i myśleć o bardziej długotrwałych zmianach. To wszystko przyda się, nawet gdy będzie już „po” kryzysie. 

Dla przyjęcia właściwej perspektywy kluczowe znaczenie ma rzetelność informacji zarówno ze strony WHO, rządów państw jak i ekspertów państwowych. Kłamstwa w celu „nie wywoływania paniki” niszczą autorytet kłamiącego (rozdźwięk reputacji) i mają fatalne oddziaływanie długofalowe. Ludzie nie mając autorytetów coraz mniej zważają na oficjalne komunikaty i (wskutek dysonansu poznawczego) wyjaśniają sobie sytuację sami „biorąc sprawy w swoje ręce”. 

Władze muszą rozumieć, że chaosu nie będą w stanie kontrolować, ta pokora wobec świata pozwala na przyjęcie najbardziej skutecznej perspektywy, polegającej na szukaniu „Złotego środka” pomiędzy ograniczeniami, a utrzymaniem kondycji psychicznej ludzi, co jest równie ważne.  Same zakazy, wzmocnione kontrolą wojska i policji, kary, są koniecznością, ale ich skuteczność jest realna tylko krótkoterminowo. Ograniczenie się do tego zdecydowanie NIE WYSTARCZY! 

A zatem potrzebna jest zmiana Perspektywy nam wszystkim! Po pierwsze „ciemna strona” nie zawsze jest ciemna, ale też jest inna od „jasnej”. Zmiana perspektywy zachodzi stopniowo w miarę jak uświadamiamy sobie nieuchronność kształtowania się „nowej rzeczywistości”. Jednak ta perspektywa jest potrzebna po to by zmiany wprowadzać Teraz! A nie czekać na „po pandemii”. Wszyscy musimy szukać „normalności” w inności tej nowej sytuacji, to tak samo ważne jak walka z samą chorobą, bo wygląda na to, że ta pozostanie z nami na dłużej, a zatem będzie wywoływać konsekwencje w różnych obszarach… umysłu.

Sztuka budowania pokoju

To książka o tym jak przyjmować perspektywę strategiczną, oraz postawę przywódczą, dzięki czemu, nawet w chaosie konfliktu (mgle wojny), nie tracimy z uwagi naszych zasadniczych celów. Co więcej, budując sprawne zespoły zadaniowe w taką mgłę pełną zagrożeń, niepewności, zaskoczeń wchodzimy z pokorą, ale i pewnością siebie. Wprawdzie zastosowany przykład należy do dziedziny z pogranicza polityki i wojskowości, ale w istocie mechanizmy pogłębiania negatywnych konfliktów, jak i budowania pozytywnego pokoju są uniwersalne i dotyczą tak wojska, jak przedsiębiorstw, firm małych i dużych itd.

Książka pt. „Sztuka budowania pokoju: przywództwo strategiczne na przykładzie fazy IV operacji Iracka Wolność”, opiera się na studium przypadku (case study) wybranych wydarzeń jakie miały miejsce przed i podczas wojny w Iraku (2003-2010). W czasie badań których finalizacją jest ta książka, konsultowałem swoje założenia, kierunki rozważań z najwybitniejszymi osobami w dziedzinach jakich tematyka ta dotyczy. Byli to przede wszystkim dr Philip Zimbardo, gen. James Mattis oraz gen prof. Stanisław Koziej.

W case study wykorzystano działania poziomu strategicznego oraz te które miały znaczenie – oddziaływanie strategiczne, pomimo, że w chwili kiedy do nich chodziło w świadomości uczestników mogły zdawać się zdarzeniami poziomu taktycznego, lub nawet nie mieć znaczenie w ogóle. Na podstawie tych wydarzeń poddano analizie koncepcje naukowe z różnych dziedzin. Pozwoliło to w końcowej części pracy pokusić się o próbę zbudowania zestawu czynników, które właściwie wykorzystane pozwalają na budowania tzw. atraktorów kształtujących pozytywny pokój.

Zasadniczymi mechanizmami jakie do tego celu przedstawiono są perspektywa strategiczna oparta na trójwymiarowym modelu głębi strategicznej oraz postawa przywódcza oparta na cztero-blokowym modelu „strategicznego kaprala”. Pomimo zastosowanego studium przypadku, przedstawione mechanizmy mają charakter uniwersalny, albowiem uzasadnienie skuteczności powyższych mechanizmów oparto na podstawach teoretycznych i empirycznych wywodzących się z kilku zasadniczych nurtów naukowych: politologicznego (w tym stosunki międzynarodowe, geopolityka, nauki o bezpieczeństwie, zarządzanie), psychologii społecznej i teorii chaosu.

Teoria chaosu stanowi tu swoiste tło pozwalające na identyfikację meta-danych służących do poszukiwania właściwych obszarów kształtujących warunki dla budowania pokoju. Zaś polityka realizowana przez strategicznego przywódcę pozwala „pokierować psychologią społeczną i skanalizować jej rozpalone uczucia” (Montbrial). 

Książka nie jest zatem jeszcze jedną próbą tworzenia teoretycznych modeli dla rozwiązywania praktycznych problemów, ale jej założeniem jest budowanie rozwiązań na podstawie zastosowanych w praktyce metod, które w różnej skali przynosiły skutek określany w książce jako „pozytywny pokój”. 

Książka dostępna w Wydawnictwie URz:

http://wydawnictwo.univ.rzeszow.pl/product_info.php?products_id=2867

I po Mattisie. Zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony USA

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Niemal dwa lata temu pisałem na #StratLider o nominacji gen Jamesa Mattisa na stanowisko Sekretarza Obrony USA, przedstawiłem jego sylwetkę w tekście, a także pisałem o tym dla „Polska the Times”, mówiłem w TV i Radiu. To był ważny moment dla świata i dla Polski. W Wiadomościach TVP moja wypowiedź na ten temat została zatytułowana: „Wściekły pies na czele Pentagonu” opatrzona paskiem o treści, która sugerowała, że nominacja gen Mattisa to dobra wiadomość dla Polski. To była prawda.

Moja praca naukowa koncentruje się na działaniach Sił koalicji w Iraku, piszę o strategii i przywództwie, jakie USA tam zaprezentowały i problem ten jest znacznie bardziej złożony niż się to najczęściej przedstawia (książka już prawie ukończona). W ramach tych badań uczestniczyłem w stypendium naukowym w Hoover Institution, które jest częścią Uniwersytetu Stanforda, gdzie poznałem gen Mattisa, jeszce przed nominacją do administracji prezydenta Trumpa. Wskutek powyższych przyczyn śledziłem bardzo uważnie poczynania administracji USA i szczególnie działania gen Mattisa, jako Sekretarza Obrony, gospodarza potężnego „państwa w państwie”, jakim jest Pentagon.

Aktywność Sekretarza Obrony

Te niespełna dwa lata gen Mattis spędził niezwykle aktywnie, niemal zawsze był w jakiejś podróży, a to do Azji wschodniej, na Bliski Wschód, Europy, itd. Nie wypowiadał się zbyt często dla mediów, choć także nie unikał kontaktu, gdy było trzeba. Ja w tym czasie miałem z nim sporadyczny kontakt mailowy i choć były to krótkie wiadomości, to jednak także dawały mi pewne pojęcie o jego postawie. Z tych wszystkich powodów wydaje mi się, że w dniu ogłoszenia rezygnacji gen Mattisa z funkcji Sekretarza Obrony, (gdy piszę te słowa, w USA jest wciąż ten sam dzień) należy przedstawić kilka wniosków.

Generał, Mattis przez ostatnie dwa lata był ogromnie aktywny. Kiedyś napisałem do niego, że gdy obserwuję jego aktywność mam wrażenie, że z dwóch frontów, na których się prowadzi działania (wewnętrzny i zewnętrzny wg koncepcji Józefa Piłsudskiego), to ten wewnętrzny zdaje się trudniejszy. W odpowiedzi wcale nie spodziewałem się narzekania, wszystko, co wiem o Generale utwierdza mnie zawsze w przekonaniu jak wielki to patriota, jak niezłomne zasady wyznaje. Odpowiedział, że „All’s well on the Potomac front, no problem” (wszystko dobrze na froncie Potomak, nie ma problemu).

Tarcia pomiędzy SecDef i POTUSem

Niemniej z każdym miesiącem nie tylko widać było coraz więcej tarć, ale też działania i wypowiedzi prezydenta nie zawsze korespondowały z wypowiedziami gen Mattisa. Można było odnieść wrażenie, że obaj panowie prowadzą własną politykę, co nie znaczy, że nie było koordynacji. Z moich obserwacji wyciągam wniosek, że gen Mattis nie zaprzeczając słowom i czynom prezydenta, starał się je wykorzystywać tak, by ich skutki nie zakłócały jego działań realizowanych zgodnie ze strategią, którą zresztą uzgodnił z prezydentem.

Dlatego też, gdy Trup mówił o UE jako wrogu, gdy podważał artykuł 5 traktatu NATO, gen Mattis zapewniał o współpracy i całkowitym poświęceniu USA dla sojuszników. Gdy Trump zdawał się mówić „America First – and only”, Matis zmieniał to w „America First – for world’s good”, Gdy Trump ogłaszał sukces rozmów z Kim Dzong Unem, twierdząc, że problem zbrojeń nuklearnych Korei Płn. jest rozwiązany, Mattis ostrzegał przed tym, jak złożone są relacje wewnętrzne w tym małym państwie. Gdy zaś Donald Trump wikłał się w rozmowy z Władimirem Putinem, po jednej z nich twierdząc, że lubi swój wywiad, ale ufa Putinowi w kwestii wpływu Rosji na wybory w USA, Mattis prezentował zawsze jednolite stanowisko wobec Rosji, polegające na tym by rozmawiać, ale jedynie w twardy sposób. Nigdy nie wykluczył też wpływu Kremla na wybór Trumpa.

Fort Trump

Pochlebstwa, które tak działały na Trumpa, nie robiły najmniejszego rażenia na Mattisie, a wręcz wzbudzały jego ostrożność. Gdy więc pojawił się temat „Fort Trump”, jak nietrudno się domyślić, Prezydent okazywał swoją satysfakcję z faktu, iż baza US w Polsce miałaby być tez jego pomnikiem, a gen Mattis, odpowiadał, że sprawdzimy, policzymy, pomówimy oraz, że nazwa nie jest tu najważniejsza. W dealu pt. „Fort Trump” administracji polskiej chodzi o przekonanie takim pochlebstwem i 2 mld dolarów, by baza była permanentna, podczas gdy Mattis przekonuje, że US odchodzą od takich rozwiązań, że bazy rotacyjne są znacznie bardziej korzystne dla sprawności wojsk US, które muszą się przenosić, co jakiś czas, ćwiczyć w różnych środowiskach, nabierać nowego doświadczenia, a także trenować przemieszczanie wojsk, rozbudowywać logistykę itd. Jednocześnie takie bazy mają identyczne oddziaływanie odstraszające wobec Rosji. Innymi słowy zdawał się sugerować, by nie wyrzucać ogromnych pieniędzy w błoto, a zamiast tego rozbudowywać własny potencjał zbrojny.

Rezygnacja Mattisa

Senator Nancy Pelosi zaraz po infromacji o rezygnacji gen Mattisa powiedziała dla ABCNews: „Yes, I am shaken by the resignation of Gen. Mattis, for what it means to our country, for the message it sends to our troops and for the indication of what his view is of the commander-in-chief.” Można zarzucić, że to demokratka, a oceniając po konflikcie w naszym kraju, to musi oznaczać, że rządzący i opozycja nie potrafią zgadzać się na żadnej kwestii, jednak w przypadku gen Mattisa, głosy krytyczne były bardzo sporadyczne zarówno wśród republikanów jak i demokratów. Oskarżać go mogli jedynie skrajni pacyfiści.

Gra pomiędzy Trumpem i Mattisem musiała jednak dobiec końca, bowiem ani prezydent nie mógł nie słyszeć rozdźwięku pomiędzy jego twittami i wypowiedziami Sekretarza Obrony, ani też Mattis nie był w stanie wszystkich, często bardzo chaotycznych działań Trumpa odpowiednio „zagospodarować”. Stopniowo tarcia były coraz większe, czego potwierdzeniem jest wpis na twitterze prezydenta sprzed kilku tygodni, o tym, jakoby Mattis miał być kimś jakby demokratą – „I think he’s sort of a Democrat, if you want to know the truth.”

Konsekwencje rezygnacji dla Polski

Tak jak rezygnacja Mattisa jest ważnym znakiem zarówno dla republikanów jak i demokratów, tak samo powinna być bardzo istotnym sygnałem do refleksji nad Wisłą, bowiem o ile nad Potomakiem mogą się obawiać kłopotów, które co najwyżej nieco obniżą PKB USA, czy osłabią relacje z Meksykiem i na Bliskim Wschodzie, o tyle pomiędzy Zachodem, a Rosją, mamy do stracenia znacznie więcej. Rosja z pewnością od miesięcy, a w zasadzei od trzech lat miała swoje warianty działania na tę okoliczność. Teraz gdy Mattis przestanie mieć jakikolwiek wpływ na Trumpa, Putin z pewnością będzie chciał przetestować nowy układ sił w USA.

Nie twierdzę, że to, co się stało jest jakąś katastrofą dla Polski, ale to, jak zmieni to naszą sytuację zależy od naszych polityków podejmujących kluczowe decyzje. Od ich doświadczenia i wiedzy o sprawach międzynarodowych, od ich umiejętności myślenia strategicznego, umiejętności negocjacyjnych, ale i koncyliacyjnych, od ich sprytu i mądrości zależeć będzie czy polskie bezpieczeństwo ucierpi, czy polska obronność pozostanie na niskim poziomie czy będziemy potrafili w tej nowej sytuacji się odnaleźć.

W tekście sprzed dwóch lat, pisałem, że ważne jest także by decydenci polscy, zamiast pochlebcami (otrzymującymi dotacje na własne media) otaczali się ekspertami i specjalistami znającymi różne płaszczyzny funkcjonowania administracji USA i potrafiącymi zachować bezstronny krytycyzm. W ten sposób budowanie relacji jest znacznie łatwiejsze, ale też trzeba się zmierzyć z krytyką, co nie każdy jest w stanie przełknąć. Tu jednak kwestie partyjne nie mogą być przeszkodą. Interes Polski wymaga myślenia ponadpartyjnego i to jest sprawa fundamentalna! Tak jest w USA w pewnej mierze, gdzie republikanie nie mają problemu z krytykowaniem własnej administracji, podobnie jak w czasach Obamy wielu demokratów otwarcie krytykowało tamtego prezydenta. Taka postawa jest prawdziwym patriotyzmem, bo zmusza prezydentów, ministrów, urzędników do najlepszej pracy, a nie rozleniwia, gdy „żelazny elektorat” i tak „nas” popiera niezależnie, co robimy.

Zakończenie

Zapewne teraz (niezależnie kto zastąpi Mattisa), prezydent będzie jeszcze bardziej podatny na pochlebstwa, ale wcale nie znaczy to, że tym sposobem doprowadzi się do dealu, który będzie korzystny dla partnera USA. Trzeba mieć stale na uwadze „podejście biznesowe” Donalda Trumpa. Stopniowa wymiana kluczowych osób administracji USA, poczynając od Rexa Tillersona (potem wpisy na twitterze prezydenta o „głupocie byłego Sekretarza Stanu), McMastera i teraz Mattisa każą zachowywać szczególną uwagę w relacjach z USA.

Konieczne jest też odbudowanie relacji z zachodnimi partnerami Polski tak, aby nasza pozycja negocjacyjna nie cierpiała na podejściu ukierunkowanym na jednego tylko partnera i to nieproporcjonalnie silniejszego. Trzeba pamiętać, że dla USA nigdy nie byliśmy i nie będziemy priorytetem, to nasza postawa i umiejętność „Gry na wielkiej szachownicy”, może zapewnić nam powodzenie i rozwój lub zepchnąć nas ponownie w poczet narodów bez własnego państwa…

Trump zdobywca szczytów

Kiedyś, w trakcie kampanii wyborczej nad Sekwaną, Marine Le Pen wyraziła opinię, że jeśli Francuzi wybiorą ją prezydentem, to ona razem z Putinem i Trumpem poukładają świat na nowo. Całe szczęście wygrał niezwykle zdolny, wyważony, inteligentny i świetnie wykształcony Emmanuel Macron. Niemniej plan kandydatki „prorosyjskiej” jest realizowany, tylko w innym składzie. 

Trump PutinPo szczycie w Helsinkach zdania są oczywiście podzielone. Jak zwykle część obserwatorów chwali Trumpa za podjęcie rozmów z Puinem, ale krytyka dość wyraźnie przeważa. Trump w swojej niezdarności, znów powiedział coś, co nie mieści się w głowach tak demokratów, jak i republikanów. Otóż mimo zapewnień, że ufa ludziom od wywiadu USA, to jednak wyszło na to, że Putinowi ufa bardziej. To nie jest skandal, to zamach na amerykańskie wartości, patriotyzm, a poważne osobistości świata polityki USA mówią o zdradzie.

Jak w biznesie

Zaledwie kilka tygodni temu miał miejsce inny szczyt. Także przełomowy, także kontrowersyjny. Trump spotykał się z Kim Dzong Unem. Oczywiście, że to dobrze, że liderzy się spotykają. Nawet z najbardziej zbrodniczym przywódcą trzeba rozmawiać, by uniknąć wojny. Niemniej niepokoiło to, co Trump mówił przed i po spotkaniu. Najpierw twierdził, że kilka minut wystarczy mu na „rozpracowanie” Kima. Za to po spotkaniu uznał, że odtąd Korea Północna nie jest już zagrożeniem dla świata. Mówiąc to, swoim wyrazem twarzy krzyczał: „Ja wam to załatwiłem”.

W końcu jest biznesmenem, więc zdolności negocjacyjne, oceny sytuacji, przeciwnika, może posiadać. Tyle, że za Kimem stoi potężna machina polityczno-wojskowa od której sam lider jest uzależniony. To nie jest tak, że nawet największy przywódca, jest władcą jednoosobowym. Nie jest nim ani Putin, ani Kim, ani Xi Jingping, ani Erdogan, ani z pewnością nie jest i nie będzie nim Trump. To właśnie uwiera Donalda Trumpa. On chce samodzielnie podejmować decyzje. W Białym Domu chciałby, aby byli tylko pochlebcy, tacy, którzy każdy jego ruch pochwalą i zachęcą go do kolejnych. Bardzo się złości, gdy krytykują go media, gdy nie zgadza się z nim Sąd Najwyższy USA. Ale coraz bardziej jest świadom, że na tym polega demokracja, i że nic na to nie poradzi.

Zdobywca szczytów

Zapewne dlatego w trakcie obu szczytów zamykał się z przywódcami Korei i Rosji, żeby sam na sam ustalać i potem ogłaszać co ustalił. Gdy proszono go o harmonogram denukleryzacji Korei, odmówił, bowiem on sam z Kimem o tym będą decydować. Oczywiście Kim szybko wrócił do starej gry prowokowania USA, wskutek czego Trump musiał uznać, że Korea jednak wciąż jest problemem. Putin miał jeszcze łatwiejsze zadanie. Chwalił Trumpa, mówił mu to co ten lubi słyszeć, na konferencji prasowej bronił go przed amerykańskimi dziennikarzami. Stąd może prezydent USA zapędził się w swoim oświadczeniu o tak wielkim zaufaniu do prezydenta Rosji, że przewyższa zaufanie do własnego wywiadu.

Donald Trump może myśleć, że „zdobywając” kolejne szczyty, buduje ład światowy oparty na porozumieniach liderów, ale ten świat tak nie działa. Doradcy mówią mu o tym, ale on ma na ich rady coraz większą alergię. Widać musi się przekonać w sposób brutalny. Wielu Republikanów miało go już dość w czasie kampanii prezydenckiej. Ta liczba stale rośnie. Nie sądzę, by impeachment był realnie użyty, ale jako straszak będzie z pewnością wykorzystywany coraz częściej. Samo wszczęcie procedury byłoby dla Trumpa dramatem.

Co dalej?

Trump ma świetny zespół, doskonałych, doświadczonych ludzi ze świetnymi kontaktami. Jeśli uda się go nakłonić do gry zespołowej (jaką jest przecież polityka), to będzie to z pożytkiem dla USA, świata i z pewnością także dla Polski. Ale jeśli pozostanie w swym uporze, to może spowodować poważne zagrożenie… nie dla USA, ale dla małych i średnich państw, które odcinają się od innych swoich partnerów i wiążą wszystkie nadzieje tylko ze Stanami Zjednoczonymi. Świat się globalizuje, wiele takich państw już nie ma, ale jedno wciąż słabo uczy się ze swojej historii…

Propaganda jako świadectwo intencji jej autorów

propaganda

Propaganda może stanowić narzędzie nagłaśniające sukcesy, promujące plany, koncentrując się na pozytywach (nazwijmy ją propagandą sukcesu). Jest wówczas częścią PRu i ważnym elementem polityki. Propaganda może być także pełna kłamstw i oszczerstw służąc jedynie manipulacji (niech zostanie propagandą kłamstwa). Nie jest to a priori pojęcie pejoratywne, choć najczęściej taki jest powszechny odbiór. Pisałem o propagandzie w kontekście historycznym (W cieniu boskiego Juliusza)  prezentując oba aspekty i sądzę, że można na sposób prowadzenia działań propagandowych spojrzeć także jak na miernik intencji ich autorów.

Propaganda budowana w sposób profesjonalny, nawet jeśli tworzą ją ludzie o złych intencjach, składa się z obu wymienionych wyżej aspektów. Rzadko się zdarza by w propagandzie zdecydowanie dominował wątek negatywny, czyli zakłamujący, szkalujący przeciwników. Taka propaganda, kreowana na prymitywnym poziomie negatywnych emocji w dalszej perspektywie niszczy także autorytet jej autorów, nawet w oczach wiernych zwolenników (choć nie wyrażą tego wprost). Problemem jednak czasem jest to, że jej autorzy zwyczajnie innej tworzyć nie potrafią, albo nie rozumieją jej konsekwencji.

Zasadniczą sprawą jest zdefiniowanie odbiorcy. To zaś pozwala łatwo ocenić intencje jej autorów. Propaganda sukcesu, która zakłada budowanie wspólnego dobra oprócz koncentracji na sukcesach i promocji planów, nie będzie generowała twardego podziału „my vs oni”, bowiem to prowadzi do degeneracji relacji społecznych, przejawiające się w państwach zachodnich dekadencją demokracji, a finalnie mogące skutkować  efektem Lucy Phere.

Ten efekt jest korzystny tylko dla wąskiej grupy określanej jako tzw. Hate groups, podczas gdy nawet ich zwolennicy poważnie tracą czy to wprost ekonomicznie, czy w kategoriach poczucia bezpieczeństwa, a nawet wolności. Oś takiego konfliktu jest preparowana sztucznie tak, aby tworzyć trwałą linię podziału dla całego społeczeństwa.

Dzieje się tak dlatego, że działania propagandowe zbyt jednostronne i radykalne, łamią granice „strefy akceptacji” (Hovland C., Harvey  O. J., Sheriff M., Assimilation and contrast effects in reaction to communication and attitude change, Journal of Abnormal and Social Psychology, 55, 1957, s. 244-252) zdecydowanej większości społeczeństwa. Radykalizm z natury rzeczy jest cechą mniejszości raczej niż ogółu. Liderzy stojący za taką jednostronną „propagandą kłamstwa” w oczach większości społeczeństwa prędzej czy później tracą, w wyniku „rozdźwięk reputacji” (Murray K., Język liderów, Warszawa, s. 57).

Sytuacja taka nie pozostaje jednak bez wpływu na ogół społeczeństwa bowiem liderzy ci, traktujący często władzę jako fetysz powodują trudno- lub nieodwracalne zmiany zarówno w środowisku geopolitycznym, gdzie pole akceptacji błędów (margines błędu) jest uzależnione od położenia i potencjału państwa (dla Polski jest niewielkie), jak i wewnętrznych relacji państwowych, gdzie powstające mury pomiędzy częściami społeczeństwa są  trudne do obalenia.

Dlatego jest tak ważne, aby śledzić jak zmieniają się akcenty w propagandzie. Jednym z takich obszarów jest zestawianie patriotyzmu z nacjonalizmem. Nacjonalizm nie jest bowiem silniejszym patriotyzmem, ale w rozumieniu grup radykalnych (przynajmniej w Polsce) raczej wyznacznikiem wyjątkowości, nieomylności własnej nacji kosztem wszystkich innych. Co gorsza do tej nacji zalicza się tylko jednakowo myślących, wykluczając z niej innych Polaków. W istocie Nacjonalizm nie jest więc umiłowaniem własnego narodu, ale wypaczeniem niszczącym własny naród, zarówno wewnętrznie, jak i na polu międzynarodowym.

Propaganda zaś manipuluje tymi pojęciami, a efektem tego jest kolejny krok, już obecny w Polsce, czyli usprawiedliwianie faszyzmu kosztem narodowego socjalizmu. Tak stopniowo usprawiedliwiając kolejne radykalizmy staczamy się w stronę wspomnianego wcześniej efektu Lucy Phere.

Dlatego niezależnie od poglądów, obserwujmy propagandę przez pryzmat jej jakości – jednostronności albo szukania pola do dialogu. Nie gódźmy się na to, że ponoć już nie ma możliwości dialogu, a według niektórych potrzeby utrzymywania demokracji (sic!). Czytajmy tych, których krytykują radykałowie (zwani też „żelaźniakami” z obu stron) ze względu na ich odstępstwo od żelaznej linii partii czy ideologii. Warto czytać/słuchać tych, którzy mają coś do powiedzenia na podstawie własnej wiedzy, doświadczenia, a nie powtarzających bezmyślnie „przekaz dnia” przysłany smsem przez otoczenie lidera politycznego. Warto oglądać media w których toczy się dyskusja, prezentowane są różne punkty widzenia, a nie euforyczne pochwały jednych i przedstawianie tylko w czarnych barwach pozostałych.

Do Blog