Category Archives: Bliski Wschód i Północna Afryka

Atak USA na Syrię 7 kwietnia 2017, jako rozgrywka geopolityczna

Od razu zastrzegam, że nie mam pojęcia kto użył broni chemicznej w Syrii, być może to się wyjaśni, a może nie. Wszystkie przypadki użycia tego typu broni w Syrii po 2011 roku były, są i będą przedmiotem sporu co do ich autorstwa. Chcę krótko zająć się grą geo-politytczną między USA a Rosją w kontekście tego ataku, ponieważ od tego będzie zależał dalszy los Syryjczyków, a w konsekwencji także reszty świata. 

Niewątpliwie po niepowodzeniu zacieśnienia współpracy między USA a Rosją, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych szukał innych możliwości dla uczynienia “America great again” także na polu międzynarodowym. Gdy odsunął gen Michaela Flynna, a w jego miejsce powołał gen. McMastera, jasne się stało, że w jego obozie zaczynają dominować zwolennicy tradycyjnej polityki USA, nakierowanej na budowanie sojuszy, ale w taki sposób by zagwarantować utrzymywanie dominującej roli USA.

W międzyczasie doszło do fatalnej operacji w Jemenie, która uświadomiła prezydentowi, że musi słuchać doradców i nie działać pochopnie i impulsywnie. Atak na bazę Syryjską został właśnie tak zaplanowany.

Biały Dom poinformował Rosję o planowanym ataku, ale na tyle późno, by ta nie zdążyła przygotować ewakuacji bazy syryjskiej. Stąd Rosja raz potwierdza, a raz zaprzecza, że taką informację od USA otrzymała. Rosja wielokrotnie wcześniej wyraźnie sugerowała, że wszelkie działania względem Syrii, nie tylko wymagają negocjacji z Kremlem, ale nawet jego akceptacji. Konferencja w Astanie była tego jasnym świadectwem, gdy USA zostały tam zaproszone do udziału (niejako w roli obserwatora), a nie jako współorganizator. Trump musiał odmówić. O pozostałych sygnałach z Rosji świadczących o chęci względnej dominacji Rosji w “sojuszu” z USA pisałem już 26 styczni br.: “Trzy wydarzenia okresu przejsciowego, istotne dla nowej administracji USA” 

Trump zrozumiał wówczas, że podział wpływów na Bliskim Wschodzie może być tylko efektem twardej gry geopolitycznej i politycznej, a nie “biznesowej” współpracy z Rosją.  Stąd odsunięcie Flynna oraz żądanie zwrotu Krymu. Oba te ruchy raczej wzbudzały rozbawienie na Kremlu. Jednak Putin chyba nie przewidział, że to tylko zapowiedź kolejnych kroków. Dzisiejszy atak w Syrii o tym świadczy. Odpowiedzią Rosji obecnie, będzie zapewne wzmożenie ataków przeciw rebeliantom popieranym przez USA, znów przemieści Iskandery M do Kaliningradu (nie wiem który już raz), dokona jakiejś liczby lotów “patrolowych” strategicznymi bombowcami w pobliżu terytorium NATO. Niebezpieczne byłoby natomiast gdyby Rosja postanowiła uaktywnić tzw. “rebeliantów” w Donbasie.

Osoby, które znały Trumpa zanim został prezydentem przestrzegały, że jeśli deal między Rosją i USA się nie powiedzie, to Trump stanie się dla Kremla bardzo twardym graczem. Myślę, że ten moment właśnie nastąpił. Atak w Syrii pokazał, że USA prawdopodobnie opracowały nową strategię bezpieczeństwa (lub przynajmniej zarys) , której autorami mogą być gen Mattis wraz z gen McMasterem. Zapewne Rex Tillerson ją akceptował, a Trump przyjął do realizacji. USA posiadają też tzw. Wielką strategię (choć za czasów Obamy chyba była mocno zaniedbana), która ma wpływać na mechanizmy geo-polityczne.

Problemem jednak jest to kto po Asadzie mógłby rządzić Syrią. Sam Trump w kampanii twierdził że w Syrii nie ma rebelii, którą USA mogłyby popierać. Teraz jego administracja żąda odsunięcia Asada. Kto więc miałby tam przejąć władzę? Budowanie rządu jedności narodowej od zera jest to proces na dekady. Amerykanie to wiedzą przynajmniej od 2003 roku. Wie o tym na pewno gen Mattis, z którym dokładnie o tym rozmawiałem. Na wiele pytań brak jest dziś odpowiedzi.

Być może więc powstająca strategia polega na tym, że USA za pomocą operacji takich jak dziś przyciskają Asada “do ściany”, demonstrują, że sprawy już nie wrócą do stanu z czasów Obamy, po czym proponują mu pozostanie na stanowisku w zamian za marginalizację Rosji i Iranu. Jednocześnie zmuszają opozycję do negocjacji a tych którzy nie przystąpią do współpracy traktują jak terrorystów. Scenariusz niebezpieczny i trudny, ale możliwy.

USA będą starały się ograniczyć gwałtowny wzrost wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie oraz mniejszy, ale istotny Rosji. Syria to oba te cele naraz. Oczywiście Syria jest też państwem tranzytowym dla przesyłu surowców energetycznych, a więc ma także znaczenie geo-ekonomiczne. Dlatego też Syria jest dziś tak ważnym miejscem. Stała się ważnym “sworzniem” geopolitycznym dla państw kluczowych. Od 6 lat na tej walce o wpływy cierpią głównie cywile.

Oczywiście można głosić konieczność pojednania w imię dobra ludzkości, ale takie hasła nie działają gdy funkcjonuje “geopolityczne urządzenie mechaniczne”. Dlatego trzeba rozpatrywać wydarzenia pod kątem realnych scenariuszy, acz nie można rezygnować z wzywania do przestrzegania zasad etyki, humanitaryzmu, i wartości.

Jak zwykle postuluję idealizm, ale oparty o na realizmie.

Wojna w Syrii: zawieszenie broni a kampania wyborcza

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z kilkoma nagłymi metamorfozami w polityce międzynarodowej skoncentrowanej na konflikcie w Syrii. Widać było wyraźnie ożywienie USA w kwestii “schładzania” konfliktu w Syrii oraz rozmowy z Rosją w tej sprawie, a zaraz potem gwałtowne zerwanie zawieszenia broni i wzmożenie walk prowadzonych z jeszcze większą zaciętością i okrucieństwem. Nie oszczędzono nawet konwoju ONZ wiozącego pomoc humanitarną. Jeśli napiszę w tym momencie wprost, że za tym zamieszaniem stoją wybory prezydenckie w USA, to zapewne trudno będzie doszukać się tu związku, jednak łącząc fakty można taki wniosek na końcu odnaleźć i wcale nie potrzeba do tego teorii spiskowych. 

Pilniejszych obserwatorów musi dziwić, skąd tak nagłe ciśnienie w USA do zawieszenia broni w Syrii? Przecież o negocjacjach i możliwości wygaszania konfliktu sam Asad wypowiadał się wielokrotnie. Rosja nieco rzadziej z uwagi na własne interesy jakie zamierza osiągnąć w tym regionie, ale za cenę podniesienia jej statusu do rangi drugiego supermocarstwa (oczywiście tylko PRowo – ale to Putinowi zupełnie wystarcza) gotowa był do daleko idących porozumień w Syrii.

Znów za chwilę, gdy zawieszenie broni legło w gruzach, rozpoczyna się niezwykle wzmożona kampania Zachodu (głównie USA) uświadamiająca brutalność działań Rosyjskich, która wcale nie zwiększyła się ostatnio, bo rosyjskim zwyczajem zawsze była bezwzględna. Skąd bierze się nagłe zgłaszanie rezolucji w sprawie odsunięcia Asada od władzy w Syrii, skoro jest oczywiste, że Rosja taką rezolucję odrzuci (tradycyjnie wspólnie z Chinami), z resztą jedna taka rezolucja już miała miejsce i spotkał ją podobny los jak obecną. Nie żebym kwestionował samą rezolucję, ale warto zwrócić uwagę na czas i kontekst w jakim się pojawia. Przecież jeśli nie ma najmniejszych wątpliwości, że zostanie odrzucona, to cały wysiłek na jej wprowadzanie do prządku obrad ma raczej cel propagandowy niż jakikolwiek inny.

Aby zrozumieć tak nagłe zwroty akcji, trzeba spojrzenia geopolitycznego i bynajmniej nie skoncentrowanego li tylko na regionie Bliskiego Wschodu. Dla wyjaśnienia, trzeba spojrzeć na politykę USA od początku roku, a szczególnie od ostatniego orędzia Baraca Obamy. Właśnie w owym State of Union prezydent USA nakreślił nową koncepcję wojny z ISIS i wzywał sojuszników do wsparcia działań koalicji, za wyjątkiem Rosji, której nadal nie zamierzał włączać do tego grona (pisałem o rekomendacjach dla Polski w tym kontekście: http://pulaski.pl/nowa-strategia-walki-przeciw-is-rola-polski/). Słowa prezydenta zostały wzmocnione wypowiedziami oficerów Pentagonu, kreślących nieco bardziej precyzyjnie strategię walki z ISIS. Wystąpienie Pentagonu świadczyło, że to nie są kolejne puste słowa, ale że za nimi kryje się prawdziwa determinacja do działania.  Jednakże przecież taką strategię można było zbudować w 2012, 13, 14 i 15 a jednak powstała dopiero w 2016. Na dodatek w lecie 2015 roku Barack Obama rozbrajająco i otwarcie stwierdził, że nie ma strategii na zwalczanie ISIS. Samo takie stwierdzenie budziło wielki niepokój, ponieważ przyznanie tego publicznie bardzo mocno wpływało na sytuację w regionie pokazując brak woli USA do działania na rzecz pokoju.

To zwiększenie aktywności USA właśnie w początkach 2016 roku, wiązało się z dwoma przyczynami i obie są kwestią wewnętrzną Amerykanów. Po pierwsze chodzi o zwiększenie szans wyborczych kandydatki demokratów – Hillary Clinton (ten sam obóz polityczny co obecny prezydent, a więc jego sukces byłby dużym bonusem w wyścigu wyborczym dla Hillary). Po drugie (ważniejsze dla samego Obamy) w USA występuje silny imperatyw pośród prezydentów do tego, aby uczynić jedną rzecz tak ważną i ponadczasową, że pamięć o niej będzie wiązała się z byłym POTUSem na zawsze i czyniła z niego bohatera. Takim wydarzeniem miało być zabicie Osamy bin Ladena, ale okazało się to zupełnie wirtualnym sukcesem – nie wystarczającym do budowy ponadczasowej legendy Obamy. Dotąd więc ma opinię świetnego mówcy, zawarł kilka ciekawych kompromisów politycznych, ale media tyleż samo czasu poświęcały jego umiłowaniu do gry w golfa co do dealu z Iranem czy Kubą. Zniszczenie ISIS byłoby z pewnością czymś, dzięki czemu Obamę w książkach historii trzeba by wiązać z efektywnością i rozwiązywaniem trudnych spraw. Pomysł musiał się zrodzić pod koniec 2015 roku.Zniszczenie ISIS w samym Iraku byłoby kolejnym wirtualnym sukcesem, na dodatek sytuacja w tym państwie jest tak złożona, że zapewne trudno będzie ten sukces faktycznie udowodnić. Trzeba było zaplanować zniszczenie ISIS i w Iraku i w Syrii.

O ile jednak sytuacja w Iraku pozwalała na szybkie odzyskiwanie terenu przez rząd Iracki, jak również Kurdów na północy spod władzy ISIS, o tyle w Syrii popierana przez USA rebelia była nie dość że słaba, to jeszcze jej zapatrywania na przyszłość państwa były bardzo kontrowersyjne. Niestety jedyną poważną świecką siłą w Syrii pozostaje reżim Bashara al-Asada. Nawet zwolennicy wspierania rebelii mają duże problemy z negowaniem jej ekstremistycznego nastawienia – włącznie z planowaniem wprowadzenia szariatu po ewentualnym zwycięstwie. Do tego pomiędzy “rebeliantami”, a ugrupowaniami uznawanymi za terrorystyczne istnieje ciągły przepływ ludzi, a także handel sprzętem. Dlatego broń przerzucana przez Amerykanów dla rebeliantów najczęściej trafiała do Al-Nusry (obecnie Dżabhat asz-Shama) a nawet ISIS. Stąd niezdecydowane wspieranie rebelii przez USA przed 2016, a nawet  zupełna rezygnacja (choć chwilowa) z jej dozbrajania w 2014 i 2015 roku.

Najbardziej logicznie byłoby dogadać się z Asadem. Ale Obama rysował tyle czerwonych linii, tyle razy oskarżał (oczywiście słusznie) wojska rządowe Syrii o użycie broni chemicznej czy brutalnych masakr na ludności cywilnej, że zapewne administracja USA uznała, że takie porozumienie zbyt skompromitowałoby Amerykanów. Dlatego stworzona koalicja rebeliantów z Kurdami syryjskimi z YPG (sojusz ten nazwano SDF – Syrian Democratic Forces) przy wsparciu Amerykanów do końca lata próbowała zająć Aleppo i w perspektywie dojść do Al-Rakki (uznawana za “stolicę” ISIS), co jednak okazało się zupełnie nierealne. Jednocześnie YPG uznawane za śmiertelnego wroga Turcji było regularnie przez nich osłabiane odcinaniem dostaw, blokowaniem przepływu ludzi, a nawet bezpośrednimi akcjami militarnymi armii tureckiej. To samo YPG było też przekonywane przez Rosję do sojuszu z Asadem przeciw rebeliantom. Dlatego też część YPG toczyło walki z SDF z którym sprzymierzała się inna część syryjskich Kurdów. W tej sytuacji jakiekolwiek postępy rebelii trzeba uznac za wielki sukces.  Skoro więc rebelianci i SDF, okazali za słabi by zwyciężyć, zbyt podzieleni i zbyt radykalni, a z Asadem Obama nie mógł się przełamać by negocjować, pozostało “uśmiechnąć się” do Rosjan. Stąd jesienią br nagłe wzmożenie negocjacji z Rosją i próba zawarcia paktu o zawieszeniu broni między siłami rządowymi a “rebeliantami”.

Tyle że na Kremlu też obserwuje się kampanię w USA. Kreml stawia zdecydowanie na Trumpa, który nie krył do jesieni br sympatii do Putina (zmienia się to w końcówce kampanii bowiem PRowcy Trumpa przekonali go, że ma to fatalne skutki dla jego wizerunku w USA i w Europie). Dlatego też Obama musiałby zaoferować na prawdę wiele by Rosja sprawiła mu prezent na koniec prezydentury. Aż strach myśleć czego mógł żądać Kreml od zdesperowanych demokratów w USA. Tak czy inaczej do dealu nie doszło wskutek czego USA rozpoczęły kampanię propagandową (opartą z resztą na prawdzie) skoncentrowaną przeciw Rosji. Wykorzystują do tego media społecznościowe, rezolucję ONZ, prasę i telewizję. Rosja odpowiada planami utworzenia stałej bazy w Syrii, budowy bazy w Wietnamie i wznowieniem lotów strategicznych północnymi rubieżami Europy aż do wybrzeży Portugalii, a także nagłaśniając transport rakiet balistycznych Iskander-M do Kaliningradu.

Oczywiście każdy z tych ruchów obu stron ma także inne cele i uzasadnienia, ale  gówna oś strategicznej rozgrywki wyglądała tak jak to opisano. Z jednej więc strony USA gra na rzecz własnych interesów wewnętrznych aczkolwiek powstanie strategii zwalczania ISIS (nawet jeśli dalece nieidealnej) należy uznać za czynnik pozytywny, choć dobrze by poświęcono tej koncepcji więcej uwagi niż tylko opracowując plany militarne. Z drugiej Putin prowadzi bardzo skomplikowaną grę obliczoną na wprowadzenie Rosji do superligi mocarstw światowych (u boku USA) ale jednocześnie musi bardzo uważać na sytuację wewnętrzną w swoim kraju mocno dotkniętym sankcjami, z rozszalałą korupcją i układami mafijnymi w których rolę mafiozów pełnią ludzie z FSB i wojska. W takim państwie przywódca nigdy nie może czuć się zbyt pewnie. Pokazy siły służą także zwieraniu szeregów wewnętrznych.

Można się oburzać, że gra polityków jest tak bezwzględna. W Syrii giną dziesiątki ludzi każdego dnia, w Iraku wciąż trwają brutalne rozprawy ISIS z szyitami i szyitów z sunnitami, a Jemen pogrąża się w chaosie podobnym do syryjskiego.  Jednak oburzenie nie zmieni absolutnie niczego bowiem za tymi wojnami stoją siły tak potężne że życie ludzkie nie ma najmniejszego znaczenia. Trzeba jednak (mówiąc językiem piłkarskim) tę grę czytać, aby wiedzieć jak się zachować i samemu w niej nie znaleźć się na straconej pozycji. Siły geopolityczne są jak walec i miażdżą te pionki na szachownicy, które skupiając uwagę jedynie na wewnętrznych sprawach, konfliktując się wewnętrznie zapominają o polityce międzynarodowej.

syria-boy

Państwo Islamskie: wojna ideologii, a nie religii

Police escort Islamist demonstrator marc
Police escort Islamist demonstrator marching to protest outside the US embassy in London on September 11, 2011 before a ceremony to mark the 10th anniversary of the 9/11 attacks on the United States. Around 50 people brandished anti-US banners, chanted slogans and burnt a small piece of paper with a picture of the US flag on it. AFP PHOTO / CARL COURT (Photo credit should read CARL COURT/AFP/Getty Images)

Państwo Islamskie działa w typowy dla siebie sposób, dość oczywisty dla większości analityków, ale jednak nie zawsze właściwie postrzegany przez Zachód. Brak właściwych wniosków z analizy mechanizmów działania ISIS oczywiście nie wynika ze złego przeglądu sytuacji, tylko gry, w której ta organizacja odgrywa różne role w scenariuszach pisanych w różnych stolicach i ośrodkach politycznych.  To jak bardzo ISIS jest potrzebne wielu politykom nie jest tajemnicą.

Tymczasem celem zamachów terrorystycznych ISIS, nie jest po prostu sianie chaosu ani propagowanie jakiejś – radykalnej wersji Islamu, ale ma ono precyzyjny i jasno określony cel strategiczny, którym jest budowanie politycznej odrębności na konflikcie ideologicznym z każdym innym ośrodkiem politycznym. Zamachy w Europie skierowane są więc nie przeciw Chrześcijaństwu czy laickości, ale przeciw Zachodnim demokracjom, zamachy na Synaju nie mają na celu zwalczania tamtejszych, nie dość zdaniem ISIS wierzących sunnitów, ale władzę polityczną zwalczającą ekstremistów (choć też często brutalnymi metodami), a zamachy w Bagdadzie nie są skierowane przeciw szyitom, ale przeciw ośrodkowi politycznemu w Teheranie i ich poplecznikom politycznym w Bagdadzie. Uderzenie w społeczeństwa powoduje nasilenie działań zbrojnych lub represji wobec sunnitów (w Iraku i Syrii), a ci nie mając innego wyjścia (czasem uwiedzeni radykalną ideologią – ale nie religią) zasilają szeregi ISIS.

W przekazie oficjalnym stosuje się treści religijne z oczywistych przyczyn. Łatwo przekonać ludzi poddanych brutalnym opresjom w Iraku, czy Syrii, ale też Egipcie czy Libii, że Bóg nakazuje im zemścić się na dotychczasowych oprawcach. Do tego ukrycie radykalnej ideologii pod “płaszczykiem” religii, pozwala na pozyskanie ludzi spoza kręgu sunnitów a nawet Islamu, którzy przyjmując Islam, czytając o salafizmie i znajdując punkty wspólne z działalnością ISIS angażują się znacznie bardziej niż ci działający pod przymusem. Tacy z kolei są najbardziej wartościowi, bowiem sami stają się inspiratorami rozprzestrzeniania ideologii. Jeśli do tego pochodzą z kultur innych niż arabska, stanowią szczególną wartość propagandową dla ISIS, łatwiej oddziałując na społeczeństwa z których pochodzą.

Osoba, która przeczytała nie tylko Koran, ale i szereg książek podsuwanych przez imama lub inną osobę przygotowaną przez ideologów organizacji ekstremistycznych (lub sama dobierała publikacje pod wpływem pism organizacji radykalnych łatwo dostępnych w internecie), zaczyna inaczej postrzegać świat, a osoby ze swojego otoczenia ma za nieświadome (a więc w ich mniemaniu i mniej sprawne intelektualnie) co u niej samej powoduje poczucie wyjątkowości. Taka wyjątkowość napotykając sprzeciw rodziny, szkoły, często służb wywiadowczych monitorujących przekaz informacji w internecie, szybko generuje poczucie krzywdy i zupełnego wyobcowania. Ratunkiem jest znalezienie innych podobnie myślących na Zachodzie lub wręcz dołączenie do bojowników na Bliskim Wschodzie. Oczywiście te mechanizmy, znane są świetnie w psychologii i nie są przynależne tylko działalności Państwa Islamskiego, ale ta właśnie organizacja potrafi je perfekcyjnie wykorzystywać.

O radykalizacji takich jednostek świadczy często to, że odrzucane są inne odłamy, czy wersje Islamu, a za właściwą przyjmują jedną oferowaną przez fundamentalistów z jednego konkretnego odłamu. Taka wersja Islamu głoszona  przez salafitów, staje się zagrożeniem, bowiem nie pozostawia miejsca dla kompromisu, takiego na jakim budowany jest cały ład europejski czy zachodni. Nie ma więc miejsca na tolerancję, można tylko wyczekiwać momentu, w którym zdominuje się pozostałych – “innych”. Dlatego właśnie prezydent El-Sisi w Egipcie ogranicza prawa salafitów. Ograniczanie ich praw jest tam koniecznością, bowiem w mniemaniu członków tej grupy, ich prawem jest zdominować całe społeczeństwa i narzucać im jeden sposób życia, zgodny z ich własną ideologią (a nie religią). Prawa obu stron są więc zupełnie sprzeczne. Dodajmy że obie strony w powszechnym rozumieniu reprezentują Islam, tyle że salafici mają się za jedynych prawdziwych muzułmanów i najczęściej odmawiają innym prawa do życia zgodnie z własnym systemem wartości. To właśnie oraz fakt, że salafici nie integrują się, a nawet odmawiają współpracy z innymi  grupami, z góry zakładając podziały i konflikt, aż do zdominowania wszystkich, czyni w mojej opinii z tego nurtu bardziej sektę posługującą się ideologią, a nie odłam religijny. Oczywiście jak w każdym wypadku tak i w tym generalizacje są krzywdzące, ale do tego jeszcze powrócę w dalszej części.

Po części rację mają więc ci, którzy twierdzą, że Islamu nie da się połączyć z demokracją – ale tylko po części, bowiem dotyczy to ideologii salafickiej, której istotnie nie da się połączyć i to nie tylko z demokracją, ale też z jakimkolwiek innym systemem. Salafici sami chętnie godzą się z tym, że Islam nie pasuje do demokracji i pragną, by wszyscy muzułmanie tak myśleli. Przecież ich ideologia głosi własnie, że tylko oni są prawdziwymi muzułmanami! Jeśli więc wszyscy muzułmanie zostaliby salafitami (co dla samych salafitów jest sprzecznością bo według nich tylko on są muzułmanami), to trzeba by się zgodzić, że Islamu nie da się w Europie zintegrować z innymi grupami społecznymi. Skrajna prawica (a po zamachach terrorystycznych także przedstawiciele zupełnie umiarkowanych poglądów) idą w tej kwestii sukurs salafitom i ISIS głosząc, że Islamu nie da się wkomponować w demokrację dlatego trzeba… rozwiązań radykalnych. Jak więc widać radykalizmy są bardzo do siebie podobne niezależnie od poglądów.

Osoby radykalizujące się w Europie czy USA nie mogą oficjalnie przyznać się do wspierania ISIS bez ostrych konsekwencji ze strony państwa. Takie osoby mogą natomiast głosić swoją przynależność do salafitów i właściwie propagować wszystkie niemal doktryny ISIS nie wymieniając tej nazwy. Z pewnością nie wszyscy salafici są terrorystami tak jak nie każda sekta jest niebezpieczna dla otoczenia, ale to z tej ideologii jest tylko jeden krok do ISIS. Świadczą o tym bezpośrednio doniesienia wywiadowcze mówiące o bezpośredniej współpracy organizacji salafickich w Europie z ISIS (Krótka droga do dżihadu. Salafici w Niemczech rekrutują nowych bojowników). To że Pierre Vogel – najsłynniejszy salafita w Niemczech oficjalnie nie współpracuje z ISIS można przypisać konfliktowi interesów tego człowieka z ISIS bądź zwykłemu kłamstwu umożliwiającemu dalsze jego funkcjonowanie bez konfliktu z prawem.

Jeśli jednak salafitów potraktować jako sektę o skrajnej ideologii wewnątrz religii (a nie tak jak oni sami by chcieli – jako posiadaczy jedynej wiedzy  i  jedynych przedstawicieli prawdziwego Islamu), to mamy ogromną rzeszę muzułmanów spoza organizacji salafickich, z którymi zarówno w demokracji, jak i w dyktaturach można się świetnie porozumieć odbudowując zaufanie do modelu społeczeństw wielokulturowych jak i do samego Islamu. Oczywiście powyższe stwierdzenie jest pewnym uproszczeniem, bowiem działa więcej organizacji radykalnych niż tylko salafici, chodzi tu o pewien sposób myślenia i postrzegania tej zdecydowanej większości muzułmanów, którzy nie są radykałami.

Warto też podkreślić, że każdy ruch, każda ideologia i religia są złożone z ludzi, mających swoje wątpliwości, przemyślenia itd. Nawet jeśli więc salafitów potraktować jako organizację – pewien monolit, z uwagi na zagrożenia niesione przez ich ideologię , to trzeba widzieć także nieuchronność wielonurtowości ruchu o tak masowej skali. Warto więc zawsze rozmawiać, negocjować i przekonywać, bowiem nie każdy salafita będzie tak samo zaangażowany w ideologię narzucaną przez propagandystów.

Niewątpliwie więc nawet jeśli zniknie ISIS jako państwo w północnym Iraku i Syrii, to nośnik radykalizmu salafickiego pozostanie w postaci sekt wewnątrz islamskich, tak jak w każdej innej kulturze i religii występują sekty radykalne opierające się na zmanipulowanym fundamentalizmie. Każda taka sekta głosi swoją wyjątkowość i monopol na prawdziweą “wiarę”.  Jeśli jednak społeczeństwa będą miały możliwość normalnego funkcjonowania (bez wojen, czystek etnicznych i brutalnych opresji) to same będą potrafiły ograniczać oddziaływanie radykalnych sekt, a przede wszystkim tych, posługujących się terroryzmem. Inaczej radykałowie będą nadal przekonywali, że tylko oni są rozwiązaniem i że Bóg ich zesłał aby narzucić jeden porządek na świecie – ich porządek.

Wojna z terroryzmem: radykalizm vs “strefa umiarkowana”

Police escort Islamist demonstrator marc
Police escort Islamist demonstrator marching to protest outside the US embassy in London on September 11, 2011 before a ceremony to mark the 10th anniversary of the 9/11 attacks on the United States. Around 50 people brandished anti-US banners, chanted slogans and burnt a small piece of paper with a picture of the US flag on it. AFP PHOTO / CARL COURT (Photo credit should read CARL COURT/AFP/Getty Images)

Seria zamachów jakie w ostatnich miesiącach przeszła przez zachodnią Europę mocno zradykalizowała poglądy wielu Europejczyków. Czytając propozycje osób opowiadających się za radykalnymi rozwiązaniami zwykle napotykamy się na stare dobre “coś”. Trzeba więc “coś” zrobić z tymi Muzułmanami – na pewno “coś” strasznego. Trzeba ich “gdzieś” wywieźć. Trzeba ich “gdzieś” zamknąć by nie mogli dokonywać zamachów. To “coś” i “gdzieś” są zupełnie zrozumiałe, bo ludzie się boją i oczekują widocznych działań.

Gorzej gdy osoby korzystające z tego strachu, świadomie, lub nie znające się na rzeczy, starają się wskazywać bardziej konkretne rozwiązania pozując na ekspertów. Tak więc na twitterze pewien osobnik poradził (niestety zwracając się do mnie) by zastosować politykę Izraela. Oczywiści nie mając pojęcia o tej polityce stwierdził, że to oznacza wyselekcjonowanie WSZYSTKICH Muzułmanów w Europie i zamknięcie ich w gettach otoczonych murami… sugerował chyba coś więcej, ale nie miałem już cierpliwości-nie chciałem tego słuchać i go zablokowałem. Pojawił się też donośny głos jednego z “ekspertów” twierdzącego, że dość już poprawności politycznej – musimy działać radykalnie  i rozpocząć wojnę totalną z… Muzułmanami.

Tego typu glosy nie są rzadkością i nawet jeśli wiele osób publicznie tego nie mówi to po cichu po każdym kolejnym zamachu przyznają, że już dość i że trzeba z “TYMI Muzułmanami” zrobić porządek. Mile dla ucha brzmią wtedy radykalne hasła o zniknięciu tych “złych ludzi” z Europy. W Europie po każdym zamachu rośnie liczba tzw. poważnych głosów nawołujących do radykalnych rozwiązań i także wojny totalnej.

To właśnie stan jakiego oczekuje tzw. Państwo Islamskie!

Spróbujmy więc obiektywnie (i abstrahując od humanitaryzmu – czysto pragmatycznie) nakreślić obraz takiej wojny totalnej jaką proponują radykałowie prawicowi i jakiej pragnie IS (w skrócie od Islamic State). Mówiąc o wojnie, musimy rozumieć znaczenie tego określenia. Żadne deportacje na masową skalę, czy getta z milionami mieszkańców często czwartego czy piątego pokolenia Muzułmanów mieszkających w Europie, nie zostaną zrealizowane bez ich masowego oporu. Wtedy nie będzie już umiarkowanych i radykałów, wszyscy będą razem. Trudno powiedzieć jaki los wg prawicowych radykałów miałby spotkać tzw. konwertytów, a więc osoby które bez korzeni bliskowschodnich przeszły na Islam, a były lata że w USA takich osób było po 300 tys rocznie. Nie potrafię więc do końca wyznaczyć linii podziału jaka by wówczas zaistniała z uwagi poziom szaleństwa takich nawoływań. Mając świadomość o liczbie Muzułmanów w Europie i ewentualnego wsparcia jakie otrzymają od liderów politycznych na Bliskim Wschodzie, którzy w razie takiej wojny włączą się po właściwej sobie stronie, oraz łatwości dostępności broni, oznacza to totalną wojnę DOMOWĄ w skali Europy. Taka wojna spowoduje śmierć wielu ludzi z obu stron i nieopisany chaos w Europie. Lokalni liderzy i żołnierze obu stron będą zmotywowani do bezwzględnej walki, ale pamiętajmy, że we współczesnych konfliktach proporcje ofiar to 99% cywili wobec 1% żołnierzy, nie mówiąc już o stratach materialnych i cywilizacyjnych. Taka wojna miałaby charakter partyzancki czy terrorystyczny mogłaby więc trwać latami a polaryzacja społeczeństw stałaby się trwała. Byłaby realizacją życzenia radykałów z obu stron, ale i zagładą takiej Europy jaką jeszcze mamy.

Wiemy z wielu źródeł, że liderzy polityczni stojący za IS oraz z samego Państwa Islamskiego, oczekują totalnej wojny między wschodem a zachodem. Do tego właśnie dążą by wyżej zarysowany apokaliptyczny dla Zachodu obraz się ziścił. Chodzi więc o likwidację grupy umiarkowanych. Radykalizacja przebiega w sposób zorganizowany w całych dzielnicach Londynu, Brukseli czy Paryża. Osoby sprzeciwiające się indoktrynacji są zastraszane lub nawet zabijane. Oczywiście w takiej sytuacji nie złożą doniesienia na policję ponieważ zapewne nie doczekają prawomocnego wyroku skazującego dla osób ich szantażujących… Nie mając dowodów łamania prawa ani świadków Zachodni wymiar sprawiedliwości, a więc i służby bezpieczeństwa są bezradne. Radykalni propagandziści mogą więc swobodnie szerzyć swoje radykalne ideologie. Za tym nieuchronnie idą zamachy co powoduje radykalizację drugiej strony. Po zamachach na Cherlie Hebdo nie wypadało pisać o rewanżach bojówek prawicowych wrzucających granat do meczetu czy napadających na Muzułmankę odprowadzającą dziecko do szkoły Charlie Hebdo: Islam vs islamism. Nie wypada też mówić o protestach Muzułmanów przeciwko aktom terroryzmu: Muzułmanie przyszli na niedzielną mszę (http://www.tvn24.pl). Zupełnie znaczenia dla wielu z nas nie ma jak funkcjonują dzieci Muzułmańskie w szkołach. Wiele się buntuje i zbliża do radykalizmu co znów łatwo znaleźć na YT.

Ja nie zamierzam więc bronić i zgadzam się że trzeba uderzyć, tyle że w “TYCH” Muzułmanów (a nie “TYCH Muzułmanów”) – którzy podżegają do nienawiści, budują mentalność dżihadysty w młodych ludziach, i którzy czerpią z tego korzyści. Korzyści oczywiście polityczne, a na niższych szczeblach materialne. To nie są “CI Muzułmanie” ponieważ 99% boi się tak samo terroryzmu jak i nie-muzułmanie. Ale wśród tych 99% jest wielu sfrustrowanych niepowodzeniami, zderzeniem kulturowym (inna rola kobiety inny status bezrobotnego itd.), czy traumą wojny, która toczy się w ich krajach – wskutek czego stają się łatwymi obiektami indoktrynacji prowadzonej przez radykałów związanych z IS.

Tymczasem co także ważne, nawet fanatyzm tzw. Państwa Islamskiego to obrazek będący częścią propagandy mającej nas zastraszyć. Widać to wyraźnie w Mosulu, z którego zarówno liderzy jak i żołnierze IS uciekają do Syrii w obliczu nadciągającej ofensywy koalicji. Nie jest to przegrupowanie, ani żaden inny fortel wojenny, ale zwykła paniczna ucieczka dla ratowania życia. Fanatykami są często dzieci i młodzież poddana “praniu mózgu” albo chorzy umysłowo lub będący w stanie silnej depresji spowodowanej wyżej wymienionymi czynnikami. Przy kontakcie ze świetnie przygotowanymi rekruterami, a czasem jedynie tylko (np. w razie choroby umysłowej) materiałami propagandowymi IS  takie jednostki czy grupy są narzędziem dla dokonywania zamachów terrorystycznych. Ich celem jest zastraszanie i polaryzacja społeczeństw. Liderzy nie są fanatykami, a politykami potrafiącymi na chłodno kalkulować zyski i straty. Budować strategie i chować się – znikać gdy los się odwraca.

Wnioski

Przedstawię je najbardziej klarownie jak potrafię, aby łatwo można było odróżnić ten teks od nawoływań “ekspertów” do zrobienia “czegoć” i “gdzieś”.

Musimy wyróżnić trzy poziomy działania przeciwnika którego należy zwalczyć:

  1. Największy bo strategiczny problem stanowią liderzy PI.
  2. Taktyczny to cała sieć propagandzistów (czasem zwanych imamami choć uważam że nimi nie są faktycznie) i rekruterów, którzy z bezpiecznych mieszkań czy domów inspirują młodych do brutalnych działań.
  3. Poziom operacyjny – jako jedyny dotąd na poważnie brany pod uwagę w działaniach antyterrorystycznych to ci, którzy zostali zindoktrynowani bowiem stanowią bezpośrednie zagrożenie i właściwie nie da się ich wszystkich wykryć.

Powstrzymywanie terroryzmu na poziomie operacyjnym bez taktycznego i strategicznego to przysłowiowa “walka z wiatrakami” prowadząca do dalszego zaostrzania sytuacji i radykalizacji po obu stronach. IS chce takiego właśnie postępowania. Chce wojny totalnej, w której giną zamachowcy nie przedstawiający dla IS żadnej wartości, podczas gdy ich cele taktyczne (dalsze rekrutowanie i zastraszanie Muzułmanów “umiarkowanych”) i strategiczne (zastraszanie społeczeństw Zachodnich, dążenie do wojny totalnej i chaosu w Europie) są realizowane lub przybliżają się.

Mądra polityka powinna zniszczyć cele strategiczne, jednak jest to bardzo trudne. Tocząca się operacja  koalicji na Bliskim Wschodzie dociera do Mosulu, a do zimy powinna upaść także Rakka obracając IS z państwa z powrotem w organizację terrorystyczną. Niemniej bez rozwiązania problemu milionów sunnitów pozostawionych bez własnej reprezentacji politycznej w Iraku i Syrii, problem na poziomie strategicznym będzie trwał. W miejsce IS musi więc powstać nowe rozwiązanie polityczne. Są tu dwie możliwości:

  1. Rządy jedności narodowej w Syrii i Iraku.
  2. Nowe państwa stworzone z terytoriów zamieszkanych przez Sunnitów.

Pierwsze jest chyba nierealne do realizacji, ale wskutek obecnie panujących mechanizmów międzynarodowych będzie dalej forsowane. Drugie rozwiązanie jest łatwiejsze z poziomu ludzkiego, ale trudniejsze z politycznego – tak samo wskutek mechanizmów międzynarodowych. Do tego podziały państw najczęściej także skutkują kolejnymi wojnami.  W mojej opinii przy odpowiednim nadzorze międzynarodowym (ONZ wreszcie mógłby spełnić swoją rolę), wariant drugi mógłby w dłuższej perspektywie się powieść. Tak więc poziom strategiczny to problem, który nie zostanie szybko i wystarczająco rozwiązany nawet jeśli upadnie IS.

Pozostaje zatem poziom taktyczny. W krótkookresowej polityce to powinien być cel uderzenia – bezwzględnego i szybkiego. Do tego potrzeba jednak zmiany prawa w Europie na którą będzie bardzo trudno zdecydować się demokratycznym społeczeństwom. Potrzeba bowiem do zakazanych ideologii dołączyć tzw. Islamo-faszyzm. A więc zbrodniczą ideologię nawołującą do zniszczenia innych kultur i w to miejsce wprowadzenie w Europie państw opartych na Szariacie. Demonstracje wzywające do tego są w Wielkiej Brytanii ochraniane przez policję a we Francji ignorowane. Do takiej wersji “Islamu” (w mojej opinii należy używać właśnie określenia “Islamo-faszyzm” w czym nie ma moim zdaniem ani odrobinę przesady) nawołują ideolodzy powiązani z IS, ale też z Salafitami czy Wahabitami. W mojej opinii należy ją uczynić nielegalną na gruncie europejskim, a osoby jawnie czy skrycie głoszące taką ideologią (zgodnie ze zmienionym prawem) powinny być izolowane od społeczeństwa albo jeśli to możliwe deportowane do krajów pochodzenia.  Zaznaczam, że izolowanie takich jednostek jest koniecznością. Przykład Andreasa Breivika, który wygrał w tym roku proces oskarżając państwo właśnie o izolowanie go pokazuje, że w Europie terrorysta, który zabił dziesiątki ludzi ma mieć nadal PRAWO do inspirowania swoich naśladowców.

Trudności na poziomie strategicznym niewątpliwie utrudnią zniszczenie terroryzmu na poziomie taktycznym, ale  z kolei sukcesy Europy na poziomie taktycznym zadadzą duży cios ideologom i politykom powiązanym z IS. Ale to zależy od polityków Europejskich.

Jestem przekonany, że niniejszy tekst mocno wzburzy obrońców praw człowieka  i swobód obywatelskich bezwiednie sprzyjającym IS. Wzburzy też radykałów nie chcących dostrzegać umiarkowanych Muzułmanów a więc spychających ich wszystkich na margines radykalizmu. Ja jednak mam na celu wbrew IS pracować nad umacnianiem umiarkowanych w których jako jedynych jest nadzieja.

Controversial Dutch Politician Geert Wilders Arrives In The UK
LONDON, ENGLAND – OCTOBER 16: Protestors hold placards outside a press conference being held by right-wing Dutch MP Geert Wilders on October 16, 2009 in London. Mr Wilders was allowed into the UK after he overturned a previous ban by the UK immigration authorities. About 20 protestors gathered outside the building where he held a press conference. (Photo by Peter Macdiarmid/Getty Images)

W co “gra” Erdogan?

502700e62a9d6f5311b2ef941274fa5fRozumienie strategicznego znaczenia zmian zachodzących w Turcji jest bardzo ważne dla przyszłości Europy i całego Zachodu. Skutki nieudanego przewrotu w Turcji, obecnie niemal stu procentach zależą od samego prezydenta Recepa Erdogana. Ma on w ręku wszystkie atuty i może swobodnie modelować sytuację zarówno wewnątrz kraju jak i do pewnego stopnia w kwestii roli Turcji w przestrzeni międzynarodowej. W zależności od decyzji jakie teraz podejmie, sytuacja może się zmienić diametralnie, ale może pozostać w zasadzie taka jaką była dotychczas jeśli idzie o kwestie międzynarodowe. Niewątpliwie natomiast ogromne zmiany zajdą w samej Turcji.

W tekście pt. “Próba przewrotu wojskowego w Turcji – przyczyny realizacji i fiaska“, przedstawiłem najbardziej prawdopodobne źródła inspiracji nieudanego zamachu, a także przyczyny jego niepowodzenia. Nie podejmowałem się natomiast o przedstawianie wniosków, bowiem tak szybko po opisywanych wydarzeniach wydaje mi się, że byłoby to mało wiarygodne. Niemniej jednak, można pokusić się o pewne wnioski na podstawie dotychczasowej polityki prezydenta Erdogana oraz nieudanego zamachu.

To czy zamach był zainscenizowany przez samego prezydenta czy był faktycznie realizowany przez buntowników czy nawet inspirowany (jak twierdzi prezydent) przez Fetullaha Gullena nie ma w moim przeświadczeniu zasadniczego znaczenia dla dalszej polityki międzynarodowej Ankary. Istotne znaczenie może mieć tylko taka opcja, w której rzeczywiście za zamachem stałaby CIA. Wówczas współpraca Turcji z USA stanęłaby pod wielkim znakiem zapytania a to byłaby zmiana o ogromnym znaczeniu geopolitycznym (co staram się wyjaśnić poniżej). Oczywiście nadal trudno byłoby Turcji tak po prostu zerwać stosunki z USA, jednak przy odpowiednich okolicznościach Erdogan mógłby do tego doprowadzić.

O tym w jaką stronę pójdzie teraz Turcja decydują uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, jednak zasadniczym znaczenie mają teraz zamiary samego Erdogana. Jego plany są zapewne kontynuacją tego co zamierzał przez zamachem (jeśli zamach nie przyniósł mu jakichś szczególnie istotnych nowych informacji na temat stosunku państw do Turcji) tyle że teraz z pewnością nastąpi przyspieszenie działań i pełna mobilizacja jego środowiska politycznego. Porażająca skala czystek jakie obecnie następują w całej Turcji, przy ogromnym i spontanicznie wyrażanym poparciu społecznym, po ustabilizowaniu sytuacji, pozwoli prezydentowi na stanowcze działania także w przestrzeni międzynarodowej .

Trzy opcje

Można więc przedstawić kilka scenariuszy strategicznych decyzji jakie może planować prezydent Erdogan. Scenariusze te są uporządkowane od najbardziej do najmniej prawdopodobnego (zdaniem autora). Zasadniczo istnieją w mojej opinii trzy realne scenariusze działań Ankary w obecnej sytuacji:

  1. Multilateralizm w koalicji z NATO i US. Przyśpieszenie budowania pozycji lidera na Bliskim Wschodzie ale w ramach NATO i we w strategicznej współpracy z USA. Erdogan rozumie że Turcja w izolacji straci na znaczeniu, a zaostrzanie kursu względem USA (widoczne sporo przed zamachem) ma zmusić USA do wsparcia aspiracji Turcji do odgrywania roli lidera na Bliskim Wschodzie.
  2. Izolacjonizm. Próba budowania roli lidera regionalnego z pozycji izolacjonistycznej. Prezydent Erdogan  stawia na względną izolację Turcji wierząc w jej potęgę i nie uwzględniając już realnych uwarunkowań sytuacji międzynarodowej.
  3. Multilateralizm z odwróceniem sojuszy. Prezydent zmierza do odwrócenia sojuszy i budowy nowego układu sił w którym USA byłyby stopniowo odpychane z Bliskiego Wschodu a częściowo ich miejsce przejmowałyby Rosja i Chiny.

Powyższe opcje należy traktować indywidualnie lub łącznie 1 z 2, albo 2 z 3. Nie można natomiast połączyć 1 z 3, chyba że w formie stopniowej transformacji układu międzynarodowego. Warto zauważyć, że wszystkie scenariusze mieszczą się w formule tzw. “Wielkiej szachownicy” (pojęcie użyte przez prof. Zbigniewa Brzezińskiego) i nie są niczym niezwykłym zarówno w historii. Nasze przyzwyczajenie do obecnie istniejącego układu sił może dawać zupełnie mylne poczucie odrealnienia opcji dla nas bardzo niekorzystnych. Jest to bardzo niebezpieczne i należy brać pod uwagę nawet scenariusze, jakie jeszcze przed nieudanym zamachem w Turcji mogły być pozbawione podstaw.

Multilateralizm we współpracy z NATO i USA – kontynuacja

Pierwszy scenariusz jest najbardziej racjonalny i nie wykracza bardzo poza dotychczasowy układ sił, przy jedynie zwiększonych aspiracjach Turcji. W takiej sytuacji międzynarodowe status quo pozostaje niemal nienaruszone, a Turcja jako nadal najbardziej kłopotliwy członek NATO wciąż jest jednak istotnym uczestnikiem sojuszu. Jednakże wobec skali i bezwzględności wewnętrznych rozliczeń w Turcji oraz sposobu w jakim są przeprowadzane Turcja coraz bardzie obnaża swoje oblicze zupełnie nie pasujące do świata zachodnich demokracji. Tak jak zajęcie Krymu przez Rosję było określane w NATO mianem “opadnięcia masek”, tak podobnie można określić całą sytuację jaka ma miejsce w Turcji po 15 lipca 2016 roku.

Nie oznacza to że w państwach zachodnich nie zdawano sobie sprawy z odmienności kulturowej i politycznej Turcji, niemniej jednak z przyczyn geopolitycznych i gospodarczych starano się widzieć demokratyczne, lub prodemokratyczne maski na twarzach liderów tego państwa. Niewątpliwie działania Turcji będą skrajnie brutalne wobec własnego społeczeństwa co będzie wywoływać protesty Zachodu. To z kolei pogłębi rozłam między Turcją a strukturami NATO. Dalsza współpraca będzie możliwa ale będzie jeszcze trudniejsza niż przed zamachem. Stopniowo więc taka sytuacja może prowadzić do opcji 2 lub nawet 3.

Izolacjonizm

Dużo więcej zmian zaszłoby przy opcjach 2 i/lub 3. Opcja 2 znana jest z historii nader dobrze. W ostatnich latach za przykład można podać prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka lub Iraku Saddama Husaina. Obaj ci przywódcy stracili w dużej mierze kontakt z rzeczywistością nie zdając sobie sprawy  w jak niebezpiecznym są położeniu. Prezydent Egiptu w przeddzień utracenia władzy w rozmowach ze swoimi urzędnikami twierdził, że wszystko jest pod kontrolą, a Egipcjanie nigdy nie poważą się podnieść na niego ręki. Podobnie prezydent Husain nie do końca zdawał sobie sprawę z tego jak szybko zakończy się jego panowanie w Iraku.

Rządy autorytarne tym się właśnie charakteryzują, że lider po odniesieniu sukcesów czy to w wojnie czy na polu sprawowania władzy, czy wychodząc wzmocnieni po nieudanych zamachu – ciesząc się poparciem społecznym, stopniowo przestają przyjmować krytykę otaczając się pochlebcami. Sprzeniewierzają się więc jednej z fundamentalnych zasad wyłożonych przez Nicolo Machiavellego w jego dziele pt. Książę: “Mądry książę żeby ustrzec się przed pochlebcami musi wybrać na tyle mądrych doradców, ze, gdy mówią mu prawdę nawet najgorszą, jest wstanie przyjąć ją z godnością i nie obrażać się”.

Prezydent Erdogan po wygranych wyborach z początku lata w 2015 roku, był zmuszony zawiązać koalicję z Partią Kurdów. Zarządził więc powtórne wybory, a w tym czasie, do jesieni kiedy miały się one odbyć, celowo za cel akcji zbrojnych obrał właśnie ludność kurdyjską w Turcji. Kudowie odpowiadali przemocą na przemoc, wskutek czego byli oskarżani o zamachy terrorystyczne. W efekcie powtórzone wybory wygrała AKP – czyli partia prezydenta Erdogana w takim stosunku, który pozwalał jej samodzielnie sprawować władzę.

Ogromne poparcie społeczne samego prezydenta jak i AKP oraz sukces manewru politycznego z końca 2015 roku, mogły spowodować że prezydent traci kontakt z rzeczywistością. Jego ostre konflikty w otoczeniu międzynarodowym Turcji bardzo kontrastują z wcześniejszą polityką “0 konfliktów z sąsiadami”. Do tego dochodzi frustracja z powodu dwóch dekad negocjacji akcesyjnych do UE oraz skomplikowana sytuacja wewnętrzna Turcji.

Innym powodem oddalania się od Zachodu są z pewnością oskarżenia Turcji o świadome wspieranie terroryzmu. Z pewnością pojawia się poczucie zupełnego niezrozumienia problemów wewnętrznych Turcji, która przecież przyjęła ponad 2 miliony uchodźców z terenów ogarniętych wojną w tym wielu Kurdów. Uchodźcy jacy trafiają do Turcji to oczywiście podobnie jak sami Turcy głównie Sunnici. Często zostali zmuszeni do opuszczenia Iraku bądź Syrii przez brutalne milicje szyickie w Iraku lub nie mniej brutalny reżim Asada w Syrii. Po tym co przeszli w swoich krajach, często bardziej pozytywnie postrzegają tzw. Państwo Islamskie niż władze z Bagdadu czy Damaszku a także Ankary po przyłączeniu się Tursji do koalicji zwalczającej ISIS.

Na początku 2015 roku miałem okazję rozmawiać w Turcji z jednym z takich uchodźców (przedstawił się jako Ahmed i nie chciał podać prawdziwych personaliów ani też nie zgodził się na nagranie rozmowy) i w pełni potwierdził on moje przypuszczenia. Mnie samego traktował początkowo bardzo wrogo, gdy dowiedział się że jako żołnierz sił koalicji stacjonowałem w Iraku. Po przełamaniu początkowej niechęci udało nam się porozmawiać, ale za każdy razem gdy wspominałem o siłach koalicji czy szyitach Ahmed mocno się oburzał. Takich osób, które mają niejednoznaczny stosunek do ISIS jest wśród uchodźców w Turcji wiele, dlatego pozyskanie przez terrorystów osoby do przeprowadzenia zamachu jest bardzo łatwe. Być może jedną z przyczyn tego, że Turcja nie występowała zdecydowanie przeciw ISIS była chęć uniknięcia tego typu zagrożeń. Oczywiście nie ma wątpliwości że ISIS realizowała w części interesy tureckie na północy Syrii i Iraku zwalczając Kuródw, szyitów i Alawitów.

Odwrócenie sojuszy

Tak więc druga opcja, może z kolei prowadzić do trzeciej. Im mocniej izolowany jest prezydent Turcji i jednocześnie im silniejsze ma poparcie wewnętrzne, tym łatwiej mu będzie o radykalne działania. Takim właśnie może być chęć odwrócenia sojuszy.  Zainteresowanymi zbliżeniem z Ankarą przeciw Zachodowi z pewnością mogą być dyktatorzy sprawujący swą władzę w równie bezwzględny sposób co Erdogan. Pierwszym i najważniejszym takim liderem jest z Władimir Putin. Ten lider dysponujący potężną armią i arsenałem nuklearnym, ale z kulejącą gospodarką, z wielką radością powitałby współpracę z gospodarką turecką (np. w ramach Unii Euroazjatyckiej) szybko się przecież rozwijającą. To mogłoby zupełnie zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie. Pozyskanie Chin byłoby jeszcze większym krokiem do fundamentalnej zmiany układu światowego. To ostatnie wydaje się mało realne, jednak przy stopniowych zmianach sytuacji i ewentualnej nieodpowiedzialnej polityce USA – jaką w mojej opinii może prowadzić Donald Trump jako nowy prezydent USA, taki scenariusz także jest możliwy (Trump vs Clinton z perspektywy interesów Europy Centralnej)

Należy wziąć pod uwagę że Turcja poza strukturami NATO i w konflikcie z Europą a za to w sojuszu z Rosją i Syrią (nie mówiąc już o przyłączeniu się Iranu i Chin) będzie mogła bardzo łatwo destabilizować sytuację w Europie. Razem z potężnym oddziaływaniem propagandy rosyjskiej będzie mogła swobodnie rozgrywać słabsze organizacyjnie demokracje europejskie za pomocą różnorodnych (i bardzo wielu) mechanizmów: od “generowania” kolejnych potężnych fal uchodźców instrumentalnie wykorzystywanych, aż po siatki terrorystów i a przede wszystkim komórki terrorystów tzw. uśpionych, których wielu w Europie już teraz przebywa.

Wnioski

Można stać na straży standardów demokratycznych i pięknych idei, jednak brutalna polityka międzynarodowa nie znosi próżni. Błędy trudno jest naprawić. Politykę Erdogana należy w pełni potępiać podobnie jak Ajatollaha Chamenei w Iranie czy króla Salmana w Arabii Saudyjskiej i prezydenta Rosji Władimira Putina. Jednak w mojej opinii, to co postuluje dziś wielu, a więc wyrzucanie Turcji z NATO – za karę, czy odsuwanie od współpracy z Europą, bez oceniania skutków takiego kroku – jedynie dla idei, może popchnąć Ankarę do bardzo radykalnych rozwiązań. Takie rozwiązania ogromnie zwiększają zagrożenia dla Europy. Nie chodzi tu tylko o znaczenie militarne Turcji ale geopolityczne. Skutków działań które dziś zostaną podjęte nie będzie się już dało odwrócić, tak jak nie da się ustabilizować Iraku czy Libii mimo, że operacje zbrojne zakończyły się w obu przypadkach pełnym sukcesem. Na fali populizmu jaki dominuje dziś w przekazie medialnym, łatwo o działania poprawiające sondaże liderom i ich partiom, który jednak może okazać się fatalny dla społeczeństw Zachodnich.

Próba przewrotu wojskowego w Turcji – przyczyny

W kilkanaście godzin po nieudanym przewrocie wojskowym wiadomo już nieco więcej o przyczynach i przebiegu zdarzeń. Wciąż jednak główne teorie co do genezy zamachu pozostają nierozstrzygnięte. Nie wydaje się jednak, by zasadniczo mogło się to szybko zmienić, jakakolwiek jest prawda. Niemniej można przynajmniej wskazać najbardziej prawdopodobne motywy buntu jak i przyczyny jego niepowodzenia.

 

Sytuacja wewnętrzna i międzynarodowa Turcji

Turcję zbyt często w Europie stara się wcisnąć w standardy europejskie, utyskując na rożne sytuacje, które znacznie odbiegają od znanych w Europie. Z drugiej strony na Bliskim Wschodzie szokuje często odmienność Turcji od standardów regionu. To państwo pogranicza – takie jest i takie będzie. Sami Turcy często mówią, że ich kraj “przesuwa” się na Bliski Wschód i wielu z nich tego nie chce.  Jednakże winnego takiego stanu rzeczy widzą w Unii Europejskiej, która każe dekadami czekać Turcji na decyzję dotyczącą członkowstwa w swoich strukturach. Z drugiej strony Turcy po kuracji Ataturka nabrali ambicji Europejskich – to w Europie widzieli “pierwszą ligę” areny międzynarodowej i bardzo chcieli do niej wejść.

Skoro jednak Europa odpycha Turcję, to ta musi odnaleźć się na Bliskim Wschodzie. Bycie państwem pogranicza pozwala w pewnym zakresie na swoistą transformację. Od Ataturka do “późnego” Erdogana ta transformacja jest nazbyt widoczna. Zarówno relacje gospodarcze jak i polityczne zostały przekierowane na Bliski Wschód i Afrykę Północną, państwo stało się mniej laickie, większą rolę odgrywa religia, ale jednak przecież nie przepadły swobody obyczajowe znane z państw zachodnich. To wszystko powoduje jednak niezwykłą mieszankę kulturowo-społeczną wewnątrz tego państwa. Obok środowisk tradycyjnie religijnych powstają przedziwne twory, takie jak środowisko Adnana Otkara (Harun Yahya) posiadające własną stację telewizyjną.

Ta przedziwna organizacja jest (lub według niektórych tylko pozuje) bardzo religijna traktując Koran bardzo dosłownie, co jednak kontrastuje z obrazem studia telewizyjnego transmitującego dyskusje na tematy polityczne czy obyczajowe. W tym studiu jest stały zestaw kilkunastu “ekspertów” kilku liderów w tym często sam guru – Otkar, oraz zaproszeni goście. Jednak gospodarze programu wyglądają bardzo niezwykle: kobiety przeszły szereg ufundowanych przez organizację operacji plastycznych, a panowie wyglądają jak postacie z planu filmowego.

Całe studio wygląda przez to bardzo nienaturalnie. Miałem okazję osobiście spotkać się z kilkoma osobami z tej organizacji zarówno w Istambule jak i w Ankarze oraz wystąpić w jednym z ich programów i muszę przyznać że to bardzo dziwne doświadczenie. Rozmowy są jednak bardzo interesujące o ile nie wejdzie się na temat Kurdów (właściwie wszyscy są według nich terrorystami) lub ewolucji (bardzo ważne jest dla nich promowanie kreacjonizmu).  Ich poglądy polityczne zmieniają się dostosowując głównie do zdania przywódcy Erdogana, choć czasem starają się wskazywać mu “właściwą drogę”. Środowisko to nie jest ani najważniejszym w Turcji, ale ilustruje niezwykły dla Europejczyka mętlik kulturowy.

W Turcji jest wiele grup religijnych mających własne stacje telewizyjne czy radiowe. Wszystkie one są zgodne z sunnizmem, ale mają swoich liderów, swoje meczety i swoje szkoły. Finansowane są przez bogatych Turków. Ta sieć organizacji ma często większe znaczenie polityczne niż partie opozycyjne (z których główne to Turecka Partia Republikańska i Partia Kurdyjska) – szczególnie po powtórzonych wyborach jesiennych z 2015 roku. Co ważne są one w pełni dyspozycyjne wobec Erdogana. Może je wykorzystać na przykład w sytuacji zagrożenia jak w czasie próby przewrotu.

Fetullah Gulen jest liderem jednej z takich organizacji. Człowiek ten zakłada szkoły, ma swoje wpływy na uniwersytetach w wielu miejscach na świecie, funduje stypendia itd. Jego działalność to także promocja pewnej wizji polityczno-relgjnej. Gulen z sojusznika Erdogana stał się jednak jego zażyłym wrogiem. Obecnie mieszka w USA. Oczywiście był (i może jest nadal) wykorzystywany przez CIA. Co ciekawe Gulen ma też swoje wpływy w Polsce, podobnie jak Szyici irańscy, Sunnici z Zatoki Perskiej czy Bractwo Muzułmańskie z Egiptu czy Tunezji. Promują oni swoją wizję religii zmieszanej z polityką (głównie w uczelniach i instytutach naukowych). Między innymi stąd też często wśród ekspertów są zupełnie sprzeczne opinie na temat tej czy innej opcji na Bliskim Wschodzie. Są więc eksperci bezwzględnie popierający Iran i jego wpływy w Iraku nie dostrzegając tragicznego losu sunnitów, czy też odwrotnie – popierający Arabię Saudyjską, a w Iranie widzący centrum całego zła.

Sytuacja międzynarodowa Turcji jest także bardzo skomplikowana. Czasy polityki “0 konfliktów z sąsiadami” minęły bezpowrotnie i obecnie Turcja ma więcej konfliktów niż sojuszy. Zarówno relacje Turcji z USA mocno się skomplikowały – częściowo z powodu zaostrzania konfliktu z Kurdami, ale też z powodu rosnących aspiracji Turcji w polityce regionalnej. Z drugiej strony relacje z Rosją czy Izraelem także stanęły na ostrzu noża po incydentach, które oczywiście nie były przypadkowe.

Erdogan wspiera rebelię przeciw Asadowi i mocno sprzeciwiał się przejęciu władzy przez Generała Sisiego w Egipcie. Wsparcie dla tamtejszego Bractwa Muzułmańskiego właśnie ze strony AKP (partia rządząca w Turcji) należało do najsilniejszych zaraz po Arabii Sudyjskiej. Również stosunek Turcji do tzw. Państwa Islamskiego (ISIS) mocno się zmienia. Początkowo ISIS odgrywało pozornie bardzo pozytywną rolę dla Turcji zwalczając wpływy Iranu (Asad oraz Irak) a także Kurdów stanowiących z perspektywy Ankary największe zagrożenie.

Niemniej i tu sytuacji uległa zmianie, gdy Turcja przystąpiła do koalicji przeciw ISIS. W ramach tej koalicji zarówno Rosja jak i Turcja pod pozorem zwalczania ISIS faktycznie realizowały swoje cele geopolityczne niszcząc pozycje rebeliantów syryjskich (Rosja) i Kurdów (Turcja). Niemniej w obu przypadkach część akcji zbrojnych uderzyła też w interesy ISIS przez co szczególnie Turcja naraziła się na odwet tej organizacji. (problemy i komplikacje na Bliskim Wschodzie w formie graficznej i opisowej w ogólny sposób przedstawiłem na blogu: https://mmilczanowski.wordpress.com/2016/02/25/relacje-na-bliskim-wschodzie-w-2003-i-2016-roku/ )

Opcje przewrotu wojskowego

W tak skomplikowanej sytuacji wewnętrznej jak i międzynarodowej trudno jest do końca być przekonanym, kto w Turcji dziś dokonuje zamachów terrorystycznych. Opcji jest bardzo wiele. Podobnie próba przewrotu wojskowego może mieć kilka przyczyn i źródeł inspiracji. Tych prawdopodobnych w mojej opinii opcji można przytoczyć trzy:

  1. Zgodnie z oskarżeniami administracji Erdogana – inspiratorem akcji miał być Fetullah Gulen.
  2. Generałowie sami postanowili przywrócić władzę armii i pozbyć się Erdogana,
  3. Erdogan zainscenizował przewrót, aby pozbyć się pozostałości opozycji zarówno w wojsku jak i w sądach, mediach i innych obszarach państwa.

Opcja pierwsza. Związki Gulena i Tureckiej Partii Republikańskiej z wojskiem są oczywistością. Pierwszy ma w wojsku wielu zwolenników a drudzy wywodzą się ze środowiska Ataturka, u którego armia była fundamentem stabilności państwa. Związku Gulena z amerykańskim wywiadem z kolei stawiają go w pierwszym rzędzie podejrzanych. Niemniej analizując z innej strony, jeśli po doświadczeniach w Iraku, Afganistanie, Libii czy wcześniej Somalii Amerykanie mieliby wykorzystać wpływy Gulena w Turcji do obalenia Erdogana, to należałoby to uznać za szaleństwo. Tym bardziej wobec sytuacji w Syrii i Iraku i dramatycznego wzrostu zagrożeń terrorystycznych w Europie taka akcja niosłaby ze sobą ogromne ryzyko znacznego pogorszenia sytuacji międzynarodowej zarówno na Bliskim Wschodzie jak i w świecie zachodnim.

Opcja druga. Wojsko od czasu przejęcia władzy przez Erdogana było sukcesywnie odsuwane od decyzyjnych funkcji w państwie. Rolę pierwszoplanową w tworzeniu stabilności państwa odgrywać zaczęła policja. Z uwagi jednak na sytuację geopolityczną wojsko, zarówno pod względem liczebności, jak i wyposażenia oraz organizacji, pozostaje potężną siłą w wewnętrznych rozgrywkach. Istnieje więc możliwość, że cześć generałów widząc, iż proces odsuwania wojska od władzy właściwie już się dokonał, próbowała podjąć ostatnią próbę odwrócenia sytuacji.

Wielu komentatorów przypomina doskonale przygotowane poprzednie przewroty wojskowe oraz świetną organizację wojska tureckiego, co ma świadczyć o autorstwie samego Erdogana. Niemniej pierwsze doniesienia mówią o tym, że realizacja planu spiskowców została przyśpieszona z uwagi na wykrycie spisku. Mogłoby to tłumaczyć kiepską realizację planu. Co więcej wojsko nie stanowi jak kiedyś monolitu. Od dawna ważne stanowiska są obsadzane przez Erdogana i jest gruntownie infiltrowane właśnie w obawie przed buntem. Wojsko jest mocno podzielone i nawet przy optymalnej realizacji planu trudno byłoby zmobilizować do buntu wszystkie najważniejsze struktury wojskowe. Fiasko mogło wynikać więc z pośpiechu i przeliczenia się generałów inicjujących bunt.

Trzecia opcja jest najbardziej kusząca bowiem wszystko w niej układa się dość łatwo. Erdogan poświęca setki ludzi by umocnić się przy władzy. Dzięki przewrotowi ma wolną rękę w realizacji czystek we wszystkich obszarach państwa. Już zamach terrorystyczny zrealizowany tuż przed jesiennymi wyborami, gdy zaatakowani zostali ludzie demonstrujący poparcie dla procesu pokojowego z Kurdami, przez wielu (także Turków) był mu przypisywany. Niewątpliwie wzmocnił jego notowania a przecież bardzo mu wówczas zależał na pewnym zwycięstwie, dającym absolutną większość w parlamencie.

Niemniej warto zauważyć, że właściwie po wyborach jesiennych i dzięki wielkiemu poparciu społecznemu Erdogan i tak realizował swój plan umacniania dyktatury. Czy tak radykalny ruch był mu faktycznie w tym momencie potrzebny?

Każda z tych opcji wydaje się prawdopodobna. Michael Rubin pisał o prawdopodobieństwie zamachu w Turcji już w marcowym numerze Newsweeka (Will There Be A Coup Against Erdogan in Turkey? 24.03.2016 http://europe.newsweek.com/will-there-be-coup-against-erdogan-turkey-439181?rm=eu). Podczas gdy ten tekst podaje się jako jedną z przesłanek świadczących o udziale USA w przewrocie, to jednak są w nim podane faktyczne czynniki świadczące o możliwości istnienia wewnętrznej inicjatywy do buntu.

Zasadnicze przyczyny fiaska puczu to:

1 Wojsko jest podzielone, w innym razie żadna siła nie mogłaby uratować Erdogana.

2 Policja od dawna przygotowywana jako alternatywna siła wewnętrzna w razie podobnych sytuacji wystąpiła zdecydowanie przeciw puczystom.

3 Zwykli ludzie – zarówno popierający Erdogana jak i ci niezadowoleni z jego władzy wyszli na ulice sprzeciwiając się butownikom.

4 Wszystkie partie opozycyjne, nie mówiąc już o grupach polityczno-religijnych wsparły prezydenta, co przyczyniło się do mobilizacji społeczeństwa.

Szczyt NATO znaczenie i konsekwencje

6308a209-2a8b-482c-83b2-add0425a97b1

elegaci na szczyt NATO w Warszawie zajmą się kilkoma z góry ustalonymi kwestiami, tożsamymi z zasadniczymi interesami i zagrożeniami tego sojuszu  obecnym czasie. Tak więc z uwagi na miejsce w jakim się odbywa, zasadniczą kwestią jest obrona wschodniej flanki NATO oraz relacje z Rosją. Drugi problem to sytuacja na Bliskim Wschodzie i kwestia imigracji z południa, a trzecia to wzmocnienie możliwości kolektywnej obrony i wydatków państw na obronność .

W każdej z tych kwestii istnieje wiele komplikacji, sprzecznych interesów wewnątrz NATO a także istotne znaczenie mają duże dysproporcje możliwości strategicznych i operacyjnych poszczególnych członków sojuszu. To powoduje, że każda aktywność polityczna NATO musi być realizowana “małymi kroczkami”. Bez jakiegoś wydarzenia o znaczeniu katastrofalnym (bo zasadnicze to za mało) – NATO nie będzie działało szybko. Jednak i tak to jedna z najbardziej zintegrowanych i “mobilnych” organizacji dzisiejszego świata. Jeśli bowiem narzekamy na UE to zwróćmy uwagę na jakie trudności napotyka Kreml budując Unię Euroazjatycką, jakie napięcia występują w  łonie BRICS nie mówiąc już o Lidze Arabskiej, OPEC czy GCC… NATO na tle tych organizacji, ale też na tle historii… jest tworem niezwykle skonsolidowanym i posiadającym jednak pewną wspólnotę interesów “za” a nie tylko “przeciw”. NATO było budowane w opozycji do UW, ale po 89 roku jest faktycznie układem bezpieczeństwa znacznie bardziej niż OBWE czy ONZ.

Szczyty NATO mają właśnie dlatego takie znaczenie, że są punktem kulminacyjnym negocjacji “pomiędzy-szczytowych”. Co więcej, najważniejsi członkowie NATO dbają o to, by finały tych negocjacji (Szczyty NATO), były ważne gatunkowo i propagandowo. To nie są negocjacje UE, z których przeciętny obywatel nic nie rozumie. Decyzje będące “wynikiem szczytu” brzmią jednoznacznie i jasno. To ma być sygnał dla przeciwników NATO, ale też dla członków tego sojuszu. Ci drudzy mają być przekonani, że to sojusz który ma znaczenie. Co nie zwalnia nikogo z budowania własnego potencjału obronnego – uzależnionego od sytuacji geopolitycznej. Oczywiście ustalanych jest też wiele decyzji szczegółowych o których się nie mówi.

A więc znaczenie musi być mocno symboliczne ale też podejmowane decyzje muszą mieć namacalne efekty. Nie ma więc lepszego symbolizmu niż organizacja szczytu w Warszawie, której nazwa widniała w sojuszu militarnym czasu zimnej wojny, w sytuacji gdy Rosja nawiązuje do tej zimnej wojny i próbuje odtworzyć układ sił jaki wówczas istniał. Warszawa nie tylko jest dziś w UE i NATO, ale jest to miejsce o kluczowym znaczeniu w ramach sojuszu Północnoatlantyckiego. To znaczenie może być faktycznie zasadnicze – nie tylko propagandowo (ale o tym dalej).

Decyzje jakie za tym wydźwiękiem polityczno-propagandowym idą to bataliony, które będą rozmieszczone w państwach bałtyckich i w Polsce, powrót do budowy tarczy antyrakietowej i zasadnicze zmiany w potencjałach obronnych państw – w tym powrót do koncepcji 2% budżetu na obronność. Niemniej jednak równie ważne są deklaracje o udziale NATO w konfliktach na Bliskim Wschodzie oraz udział w zarządzaniu kryzysem imigracyjnym. Niemniej jednak, o ile NATO ma zasadnicze znaczenie w kwestii odstraszania Rosji od prowadzenia działań szeroko określanych wojną hybrydową, potencjalnie w państwach Bałtyckich i/lub Polsce oraz osłabiania rosyjskich działań w Ukrainie, to jednak aktywność NATO na kierunku południowym jest znacznie słabsza. Tam zasadnicze znaczenie ma zaangażowanie USA, które nie do końca chcą aby sojusz mieszał się ich interesy. Dlatego to właśnie NATO “szuka swojej roli na Bliskim Wschodzie” – i nie może jej znaleźć. Ciekawe że słychać głosy o tym, że na Bliskim Wschodzie nie chcą NATO, ale nikt nie pyta czy chcą tam USA. NATO jako sojusz jest znacznie trudniej oskarżać o kolonizowanie państw i regionów, chęci czerpania zysków z ropy i inne kwestie konfliktogenne. A więc legitymizacja działań NATO byłaby znacznie większa niż koalicji do zwalczania ISIS pod przywództwem USA. NATO ma tu wielki potencjał i mogłoby stosować rozwiązania znacznie bardziej nawiązujące do Smart Power niż same USA. Także Polska wysyłając swoje 4 F-16 i 210 żołnierzy w ramach NATO, wyglądałaby lepiej z perspektywy społeczności międzynarodowej niż do koalicji.

Jaka w tym wszystkim jest rola Polski? Ta rola może dość szybko rosnąć, ale może i rozmyć się zupełnie. Zasadniczo ważne jest by umiejętnie rozdzielać kwestie wewnętrznej polityki w RP i sprawy NATO oraz nasz interes geopolityczny. Oczywiście kwestie wewnętrzne mogą odgrywać rolę wzmacniającą nasze miejsce w NATO, ale zasadniczą kwestią jest cel jaki mają władze RP. Ten cel musi być starannie dobierany i wyznaczany własnymi możliwościami i istniejącymi uwarunkowaniami. Trzeba więc uwzględniać pozycję Polski, ale i jej położenie i obecną sytuację geopolityczną. Tak więc dzielenie priorytetów i kładzenie nacisku na te które w danych okolicznościach są zasadnicze jest fundamentem.

Co więcej – niezależnie od opcji, która aktualnie rządzi czy jest w opozycji warto sobie uświadomić, że szczyt nie jest wydarzeniem władz ale całej Polski. Dlatego zarówno opozycja nie powinna zgłaszać wniosku o odwołanie ministra Obrony Narodowej w przeddzień szczytu, jak i władza powinna przełamać się i pójść na prawdziwy kompromis w kwestii TK. Jestem przekonany, że każdy czytający ten tekst, zależnie od popieranego stronnictwa oburzy się na jedną z części powyższego zdania. Nie mniej jednak właśnie na tym polega zrozumienie interesu narodowego w mojej opinii. Wbrew temu co wmawia się społeczeństwu poprzez media, zarówno Barack Obama jak i liderzy zachodni mają wiedzę i przegląd sytuacji w RP i działania doraźne – obliczone tylko na Szczyt, które nie mają znaczenia realnego są tam odpowiednio interpretowane.

Mimo więc że ustalenia szczytu były znane sporo przed nim, to jednak na tym wydarzeniu można sporo zyskać ale też i sporo stracić. Co więcej znaczenie Polski ma też duży wpływ na siłę całego sojuszu. Jest tak właśnie ze względu na położenie Polski, którą można obecnie określić (za profesorem Zbigniewem Brzezińskim) “państwem sworzniem”. USA zależy by Polska była silna i wewnętrzne skonsolidowana – z uwagi na kwestie geopolityczne i  regionalne.

W tekście wykorzystano zdjęcie ze strony www.polskieradio.pl