[VIDEO] Trzy zasady przy podejmowaniu noworocznego postanowienia!

Często słyszę, że podejmowanie noworocznych postanowień jest niepoważne, bo czym ten dzień różni się od pozostałych, inni twierdzą, że wiara w noworoczną magię jest świadectwem niedojrzałości. Nie zgadzam się z tym. Oczekiwanie zmiany, nowego, lepszego początku, jest stare jak świat. Pisałem o tym sporo w książce „W cieniu boskiego Juliusza”, gdzie symbolika Nowej, złotej ery była obecna niemal we wszystkich wydarzeniach politycznych i społecznych okresu przełomu starej i nowej ery. Takie oczekiwanie jest czymś naturalnym i można je wykorzystać jako element wzmacniający postanowienie. W końcu staramy się utrzymać w postanowieniu z dnia szczególnego bo pierwszego w nowym roku.

Podejmując noworoczne postanowienia musimy przestrzegać trzech zasad. Te zasady muszą wybrzmieć w naszej świadomości dokładnie wraz z tym najważniejszym postanowieniem. Inaczej nic z tego nie wyjdzie.

  1. Postanowienie niech będzie celem strategicznym – dalekosiężnym, nie oczekujmy szybkiej realizacji.

Zatem nie oczekujmy zrzucenia 10 kilo w miesiąc, ale rozłóżmy ten czas na kilka miesięcy itd.

2. Razem z postanowieniem dalekosiężnym, zaplanujmy pierwszy mały kroczek, nie wymagający wielkiego wysiłku, ale pozwalający na umocnienie się w postanowieniu.

Zróbmy kilka prostych ćwiczeń dla poprawienia figury, spalmy o jednego papierosa mniej, zjedzmy jedno ciastko mniej itd.

3. Bierzmy pod uwagę, że po drodze do realizacji celu poniesiemy porażki.

Miejmy na uwadze, że waga może jak jojo wrócić do stanu początkowego, że zdarzą się dni, gdy w nerwach sięgniemy po papierosa, że wypijemy znów o kieliszek za dużo. Pamiętajmy, że praca jaką wykonaliśmy nie poszła na marne! Proces trwa, a porażka jest nieuchronną częścią tego procesu! Jeśli w takim momencie zrezygnujemy to będzie to PORAŻKĄ, a nie to, że mieliśmy słabszy moment.

Jeśli będziemy mieli w głowie te trzy zasady, wówczas cel osiągniemy. Jak wybierać drogę do realizacji celu tak aby ją maksymalnie urealnić mówiłem i pokazywałem w filmie [VIDEO] „Jeż bokser”: Koncepcja strategiczna i przywódcza w wersji dla każdego To także bardzo ważne! U mnie działa super!

 

Reklamy

Ciemna strona księżyca: porażka jako szansa na sukces

Problem porażki jest bardziej skomplikowany niż się to pozornie wydaje. Niby wiemy, że jest nieuchronna (w jakimś momencie życia), niby wiemy, żeby „się nie przejmować”, staramy się aby sobie z nią poradzić, a jednak wywiera poważne piętno na naszych działaniach i życiu. Czasem jedna porażka zmienia nasz cały świat powodując, że po niej zaczynamy podejmować złe decyzje w panicznej obawie przed kolejną porażką. Samonapędzający się mechanizm autodestrukcji bywa nie do zatrzymania. W lżejszej odmianie powoduje stagnację na lata. Dlatego warto korzystać z doświadczeń i tych, którzy takie porażki potrafią wykorzystać i tych, którzy zrozumieli po latach, że porażka ich złamała. 

Wielu ekspertów, badaczy, powołuje się na  przykłady i cytaty największych liderów z tzw. pierwszych stron gazet, którzy odnieśli największe sukcesy. Pełno jest przykładów sukcesów, które inni próbują kopiować. Jest to uzasadnione. Niemniej jest także bardzo wiele osób pozostających w cieniu, którzy taki sukces odnieśli, ale potem wpadli w „otchłań porażki”. Ci drudzy też posiadali cechy charakteru, siłę woli, i doświadczenie, a jednak przegrali.

Warto zatem zestawić doświadczenia tych wielkich – medialnych osobistości, które jednak swoją pozycję budowały bazując na nauce z tymi pozostającymi w cieniu, których doświadczenie jest często nie tylko wartościowe, ale też bardzo pouczające dla innych. Samo kopiowanie wzorców sukcesu może paradoksalnie doprowadzić do katastrofy kogoś nie uwzględniającego możliwości porażki.

Do pierwszej grupy autorytetów, które stały się także gwiazdami mediów zaliczam profesora Philipa Zimbardo. Profesor jest postacią i kontrowersyjną, ale także bardzo popularną. Jest jednocześnie naukowcem, który wciąż prowadzi zaawansowane badania naukowe, publikuje zarówno prace naukowe, jak i popularne. Profesor w swoich wykładach przedstawia wyjaśnienie słowa porażka – FAIL jako: First – pierwsza, Attempt – próba, In – w, Learning – nauce. FAIL

Takie podejście do porażki, pozwala na jej wykorzystanie w procesie budowania własnego potencjału, a to sprawia, że jest ona nie tylko mniej bolesna, ale także przydatna. Służy jako nauka zarówno tego, że nie wszystko da się przewidzieć, ale też uczy jak sami reagujemy na porażkę. To pozwala przewidzieć negatywne skutki i reagować następnym razem tak, by je minimalizować.

W teorii jednak wszystko wydaje się proste. Łatwo napisać słowo FAIL, wytłumaczyć i polecić stosowanie się do zasady. Przykład niegdyś wybitnego kickboksera i boksera, mistrza świata, który poniósł w swojej karierze tylko dwie porażki na ringu – Marka Piotrowskiego pokazuje, jak trudno jest tą zasadę zastosować.

Piotrowski, jak sam opowiada w filmie dokumentalnym pt „Wojownik”, żył zwycięstwami, sukcesami i nie wyobrażał sobie możliwości porażki. Taka presja rzeczywiście dawała mu niesamowitą motywację. Wygrywał wszystko. Gdy jednak doszło do pierwszej porażki w rewanżowej walce z Rickiem Roufusem (czerwiec 1991 rok), Wojownikowi świat się zawalił. Marek  nie był przygotowany na to co się stało.

Pozostała niesamowita waleczność, ale kłopoty zaczęły się piętrzyć. Po kilku kolejnych zwycięstwach, półtora roku od porażki zakontraktowano walkę z Robem Kamanem, co okazało się fatalnym błędem. Drugi pogromca Marka rozmawiając z naszym kickbokserem w filmie „Wojownik” ogromnie chwali jego wielkie serce do walki. Marek nie mógł jednak tej walki wygrać, bowiem był do niej zupełnie nieprzygotowany, a sam Kaman był bardzo silnym i brutalnie walczącym przeciwnikiem w najtwardszej formule dopuszczającej tzw. low kick, czyli kopnięcie w udo. Na filmie można zobaczyć jak wyglądały nogi Marka po tej walce, a jednak się nie poddał i dopiero sędzia widząc, że walka może doprowadzić do kontuzji, a nawet kalectwa Piotrowskiego przerwał masakrowanie naszego Wojownika, przepraszając go. Po latach Kaman oprócz wyrazów podziwu dla męstwa Marka dodał też, że „to było niemądre”. Zarówno Marek, jak i jego ówczesny menadżer dziś przyznają, że ta walka była poważnym błędem.

Do tego doszedł tragiczny rozpad małżeństwa, gdy żona oznajmiła mu, że syn którego razem wychowywali nie jest jego, a zaraz potem doszła poważna choroba, która uniemożliwiła dalszą karierę. Trzy lata po drugiej porażce, Marek stoczył ostatnią walkę. Nigdy już nie przegrał w ringu, jednak jak sam mówi, po tych dwóch porażkach, rozpadzie rodziny i informacji o postępującej chorobie został złamany.

Marek przeżywał porażkę, ale potrafi też ją dziś zrozumieć. Używa do tego bardzo ciekawej analogii. Porównał możliwość porażki do ciemnej strony księżyca. A więc wiemy, że ona tam jest, ale widzimy tylko tę jasną. Ciemnej nie chcemy widzieć i wypieramy ją także z umysłu. Boimy się jej, bo jej nie znamy. Nie chcemy się „dołować” – po co skoro wszystko idzie dobrze? Dziś psycholodzy sportowi pomagają zrozumieć porażkę wielkim gwiazdom, jednak co z pozostałymi, których nie stać na „prywatnego psychologa”?

Marek PiotrowskiWracając do profesora Zimbardo, jego lekcja (FAIL) nie jest tylko ładnie wyglądającą zbitką słów. On też przeżył swoją porażkę. Już samo wychowanie w dzielnicy Bronx było  dla niego ciężkim przeżyciem o czym opowiada przy okazji swoich wykładów i o czym pisał w książce „Efekt Lucyfera”. Wielki eksperyment, który uczynił go sławnym (Stanfordzki Eksperyment Więzienny) stał się równocześnie jego przekleństwem. Sam o tym z profesorem rozmawiałem wielokrotnie i wiem jak trudne to doświadczenie. Nauka korzysta z tego eksperymentu, jednak wielu nie potrafił wybaczyć tego, w jaki sposób został on zrealizowany, ani też nieliczenia się z konsekwencjami dla młodych ludzi w nim uczestniczących. Sam Profesor mówi dziś, że kiedyś badał zło – także w sobie samym, a dziś niejako w formie rehabilitacji bada dobro oraz to jak w owo zło nie popadać.

Profesor tak jak Marek zobaczył swoją ciemną stronę księżyca, tyle że w odwrotnej kolejności. Marek długo widział tylko tą jasną, a Profesor doświadczył bardzo wcześnie ciemnej i wiedział z czym ma do czynienia.

Czy jednak myślenie o porażce nie osłabia? Pewnie że tak! Nie chodzi o to by kalkulować czy lub kiedy porażka się pojawi. Chodzi o to, by mieć w głowie taki wentyl bezpieczeństwa w postaci zasady FAIL. Inaczej mówiąc, korzystając znów z wykładu prof. Zimbardo, nie ma porażek! FAIL rozszyfrowane przez profesora to szansa na naukę, a nie porażka. Zamiast porażek trzeba widzieć kolejne lekcje!

Nie planuj porażki, ale wiedz, że gdy do niej dojdzie, otrzymasz ważną lekcję która zbuduje Twój potencjał do podejmowania kolejnych wyzwań. Nie myśl zatem o porażce, tylko o lekcji. Dopiero w 1959 roku udało się sfotografować drugą stronę księżyca – niewidoczną z ziemi. Poznanie jej udowodniło, że nie ma tam żadnej wrogiej nam cywilizacji, żadnych potworów o czym pisano wówczas w pismach S-F. Okazało się, że poznanie drugiej strony księżyca było dla nas cenną lekcją i kolejnym ważnym krokiem w badaniu kosmosu.

Zimbardo i Marek

 

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Propaganda jako świadectwo intencji jej autorów

propaganda

Propaganda może stanowić narzędzie nagłaśniające sukcesy, promujące plany, koncentrując się na pozytywach (nazwijmy ją propagandą sukcesu). Jest wówczas częścią PRu i ważnym elementem polityki. Propaganda może być także pełna kłamstw i oszczerstw służąc jedynie manipulacji (niech zostanie propagandą kłamstwa). Nie jest to a priori pojęcie pejoratywne, choć najczęściej taki jest powszechny odbiór. Pisałem o propagandzie w kontekście historycznym (W cieniu boskiego Juliusza)  prezentując oba aspekty i sądzę, że można na sposób prowadzenia działań propagandowych spojrzeć także jak na miernik intencji ich autorów.

Propaganda budowana w sposób profesjonalny, nawet jeśli tworzą ją ludzie o złych intencjach, składa się z obu wymienionych wyżej aspektów. Rzadko się zdarza by w propagandzie zdecydowanie dominował wątek negatywny, czyli zakłamujący, szkalujący przeciwników. Taka propaganda, kreowana na prymitywnym poziomie negatywnych emocji w dalszej perspektywie niszczy także autorytet jej autorów, nawet w oczach wiernych zwolenników (choć nie wyrażą tego wprost). Problemem jednak czasem jest to, że jej autorzy zwyczajnie innej tworzyć nie potrafią, albo nie rozumieją jej konsekwencji.

Zasadniczą sprawą jest zdefiniowanie odbiorcy. To zaś pozwala łatwo ocenić intencje jej autorów. Propaganda sukcesu, która zakłada budowanie wspólnego dobra oprócz koncentracji na sukcesach i promocji planów, nie będzie generowała twardego podziału „my vs oni”, bowiem to prowadzi do degeneracji relacji społecznych, przejawiające się w państwach zachodnich dekadencją demokracji, a finalnie mogące skutkować  efektem Lucy Phere.

Ten efekt jest korzystny tylko dla wąskiej grupy określanej jako tzw. Hate groups, podczas gdy nawet ich zwolennicy poważnie tracą czy to wprost ekonomicznie, czy w kategoriach poczucia bezpieczeństwa, a nawet wolności. Spór taki jest konfliktem osobistym, natomiast jego oś jest preparowana sztucznie tak, aby być trwałą linią podziału dla całego społeczeństwa. Wszak motywy osobiste nie miałyby siły zdolnej pociągnąć większej grupy społecznej.

Dzieje się tak dlatego, że działania propagandowe zbyt jednostronne i radykalne, łamią granice „strefy akceptacji” (Hovland C., Harvey  O. J., Sheriff M., Assimilation and contrast effects in reaction to communication and attitude change, Journal of Abnormal and Social Psychology, 55, 1957, s. 244-252) zdecydowanej większości społeczeństwa. Radykalizm z natury rzeczy jest cechą mniejszości raczej niż ogółu. Liderzy stojący za taką jednostronną „propagandą kłamstwa” w oczach większości społeczeństwa prędzej czy później tracą, w wyniku „rozdźwięk reputacji” (Murray K., Język liderów, Warszawa, s. 57).

Sytuacja taka nie pozostaje jednak bez wpływu na ogół społeczeństwa bowiem liderzy ci, traktujący często władzę jako fetysz powodują trudno- lub nieodwracalne zmiany zarówno w środowisku geopolitycznym, gdzie pole akceptacji błędów (margines błędu) jest uzależnione od położenia i potencjału państwa (dla Polski jest niewielkie), jak i wewnętrznych relacji państwowych, gdzie powstające mury pomiędzy częściami społeczeństwa są  trudne do obalenia.

Dlatego jest tak ważne, aby śledzić jak zmieniają się akcenty w propagandzie. Jednym z takich obszarów jest zestawianie patriotyzmu z nacjonalizmem. Nacjonalizm nie jest bowiem silniejszym patriotyzmem, ale w rozumieniu grup radykalnych (przynajmniej w Polsce) raczej wyznacznikiem wyjątkowości, nieomylności własnej nacji kosztem wszystkich innych. Co gorsza do tej nacji zalicza się tylko jednakowo myślących, wykluczając z niej innych Polaków. W istocie Nacjonalizm nie jest więc umiłowaniem własnego narodu, ale wypaczeniem niszczącym własny naród, zarówno wewnętrznie, jak i na polu międzynarodowym.

Propaganda zaś manipuluje tymi pojęciami, a efektem tego jest kolejny krok, już obecny w Polsce, czyli usprawiedliwianie faszyzmu kosztem narodowego socjalizmu. Tak stopniowo usprawiedliwiając kolejne radykalizmy staczamy się w stronę wspomnianego wcześniej efektu Lucy Phere.

Dlatego niezależnie od poglądów, obserwujmy propagandę przez pryzmat jej jednostronności albo szukania pola do dialogu. Nie gódźmy się na to, że ponoć już nie ma możliwości dialogu, a według niektórych potrzeby utrzymywania demokracji (sic!). Czytajmy tych, których krytykują radykałowie (zwani też „żelaźniakami” z obu stron) ze względu na ich odstępstwo od żelaznej linii partii czy ideologii.

Do Blog

Konflikt o radio w samochodzie

Zaznaczam, że poniższa historia jest całkowicie prawdziwa. Ciekawe w jakiej kategorii powinienem ją umieścić? Społeczeństwo, wychowanie dziecka, konflikty, a może politologia?

Dziś rano jak co dzień, wsiadałem do samochodu, by rozwieźć dzieci do szkoły i samemu dostać się do pracy. Zabieram dwójkę starszych bo trzeci z żoną jedzie do przedszkola. Z uwagi na to, że najstarszy syn – Michał ma obecnie zajęcia rehabilitacyjne (krzywy kręgosłup) wiozę go jedynie parę kilometrów a młodszego (średniego) – Marcina przez cały Rzeszów, aż w okolice mojej pracy. Ustaliliśmy więc, że Marcin siedzi z przodu (przenoszenie siodełek co chwilę wcale mi się nie uśmiecha) a Michał z tyłu. Niestety, gdy już siedziałem w samochodzie z zapiętymi pasami, przy muzyce płynącej z radia, okazało się, że żona nie może znaleźć portfela z dokumentami. Wyszedłem więc aby pomóc jej poszukać zguby. Po 10 minutach i owocnych poszukiwaniach, gdy wróciłem do samochodu, obaj chłopcy byli zupełnie skłóceni, i obaj skarżyli na siebie. Marcin mówił, że Michał rzucił w niego „z całej siły” rękawiczką i mógł mu wybić oko. Michał, że to za to, że Marcin robi mu na złość. Jako że zaczęli się przekrzykiwać i udowadniać kto jest bardziej poszkodowany, postarałem się ustalić wersję zdarzeń u każdego z osobna:

– Najpierw Marcin. Co się stało?

– Siedzę sobie, włączam muzykę a on we mnie rzuca.

– Michał?

– On specjalnie wyłącza muzykę jaką ja chciałem słuchać – to były same moje ulubione piosenki a on przełącza!

– Marcinku, dlaczego przełączasz skoro Michał to lubi?

– Ale mi się nie podobało i szukałem innej. On słuchał aż dwóch piosenek i wciąż chciał następne, a to ja siedzę przy radiu i też chciałem włączyć coś co lubię.

Na to Michał się wcina:

– Ale pierwsza to tylko sekund bo już się kończyła, a potem przełączałeś i znów była druga tylko od połowy a więc się nie liczy.

– No ale potem przyszedł tata, a ja chciałem chociaż jedną dla siebie.

Konflikt wydawał się nierozwiązywalny bo obaj mają i obaj nie mają racji. Tak jest zwykle, że obie strony mają swoje racje i obie mogą sobie sporo zarzucić. Spróbowałem więc to im wytłumaczyć w ten sposób:

– Marcinku siedzisz przy radiu więc masz możliwość decydowania. Możesz to wykorzystać włączając co chcesz i samemu ustalając zasady bo tata WYBRAŁ Cię byś tu właśnie siedział. Pomyśl jednak, czy to że tata Cię wybrał, oznacza, że nie trzeba się przejmować Michałkiem? Jeśli Michał będzie nieszczęśliwy i nawet jeśli Ci to nie przeszkadza, i będziesz się cieszył muzyką jakiej chcesz słuchać, to Michał nie będzie mógł się z tym pogodzić. Będzie rzucał w ciebie rękawiczkami, a potem pewnie rozepnie pas i siłą będzie włączał swoją muzykę albo zepsujecie radio i nikt nie posłucha już niczego. W ogóle pomyśl, czy warto się cieszyć ze swojego zysku, gdy brat jest nieszczęśliwy?

– Ty Michałku, zobacz, że Marcinek włączał Twoje piosenki, ale czasu było mało i szukał też innych. Może nie chciał Ci robić na złość? Może chciał zrobić tak, aby było sprawiedliwie, ale nie zdążył i nie umiał tego zrobić dobrze bo nie zna stacji i leci wiele reklam więc trudno coś dobrze wybrać… On siedzi przy radiu bo tata musiał tak wybrać, ale może zamiast żądać, trzeba było mu pomóc w obsłudze radia, podpowiedzieć a on by chętniej się z Tobą zgodził?

Moje starania na nic się zdały bo byli zagniewani. Po chwili przyznając mi rację, nie mogli jednak sobie wybaczyć. Poprosiłem by sami spróbowali rozwiązać konflikt. Po 5 minutach, Marcin (dostęp do radia – władza) wyciągnął rękę do Michała i powiedział:

– Pogódźmy się. Będziemy słuchać po jednej piosence i będę przełączał a Ty mi pomóż wybierać stacje.

– Dobra Marciniu. Tato, już wiemy jak robić żeby się nie kłócić.

– I o to chodziło!

Oczywiście wiem, że jak sytuacja się powtórzy znów się pokłócą, ale krok po kroku ucząc się samodzielnie (oczywiście nie do końca, ale tak mają myśleć) rozwiązywać konflikty będą wstanie tak razem przebywać ze sobą aby minimalizować negatywne konflikty. Taką mam nadzieję.

O Rozwiązywaniu konfliktów, ZCenterCR i projekcie HIP

Rozwiązywanie konfliktów z zasady jest procesem złożonym. Jest tak zawsze, niezależnie od tego czy i jak jesteśmy do tego przygotowani. Natomiast stopień przygotowania do rozwiązywania konfliktów decyduje (mimo jego złożoności)  o rezultacie tego procesu. Innymi słowy, konfliktu uniknąć się nie da, leży on w naturze ludzkiej i co więcej nie jest sam w sobie negatywny. Aby mógł stać się pozytywny i kreatywny, trzeba podejścia złożonego (podobnie jak natura samego konfliktu) – można powiedzieć wyrafinowanego. Część ludzi potrafi to podejście zastosować instynktownie w konkretnej sytuacji, niewielka część potrafi identyfikować sposoby reakcji na sytuację konfliktową, ale wydaje się mało prawdopodobne, aby bez przygotowania zareagować właściwie w każdej możliwej sytuacji. 

O tym mówiłem w audycji w Radiu Rzeszów, w której opowiadam o konfliktach, powstaniu Centrum Zimbardo ds Rozwiązywania Konfliktów oraz o Projekcie Bohaterskiej Wyobraźni:

Link do audycji „Tajemnice laboratorium” w Polskim Radiu Rzeszów

Mimo, że dziedzina zwana „Zarządzaniem konfliktem” powstała stosunkowo niedawno, to wiedza na temat technik rozwiązywania konfliktów była stosowania od najdawniejszych czasów. Obecnie posiadamy jednak największą ilość danych, teorii, eksperymentów, badań spisanych w formie poradników lub opracowań naukowych.

Pozornie więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby znacząco zmniejszyć ilość konfliktów negatywnych.  Tak się jednak nie dzieje z uwagi na to, że w istocie negatywne konflikty są bardzo korzystne dla liderów o słabych kompetencjach (małej inteligencji emocjonalnej, niskich kompetencjach fachowych, czy po prostu niskim poziomie edukacji).

Taki stan dotyczy wszystkich dziedzin życia, od tzw. „przeciętnego obywatela”, aż po najwyższe stanowiska państwowe, włącznie z szefami państw-mocarstw. Często, wobec braku kompetencji, autorytet musi być wymuszany, lub powoduje stany obsesji wytwarzając tzw. syndrom oblężonej twierdzy. W obu przypadkach korzyści mogą być krótkofalowe i o małym zasięgu. W długiej perspektywie i biorąc pod uwagę dalsze otoczenie przynoszą poważne straty.

Taki stan rzeczy występuje często, gdy stanowisko zostało przez takiego lidera zdobyte w wyniku „znajomości”, koligacji rodzinnych, korupcji, z politycznego nadania, czy w podobnych przypadkach. Często także stanowisko jest uzyskane bez przytoczonych okoliczności, a o doborze decyduje kryterium efektywności. Jednak owa efektywność, przy braku prawdziwych kompetencji do zarządzania zespołem ludzkim, a więc w tym rozwiązywania konfliktów, będzie bardzo doraźna.

Tak jak to określono wcześniej, będzie narażona na porażkę przy pojawieniu się niesprzyjających okoliczności (jak kryzys ekonomiczny, zmiana koniunktury itp.). Istnieje też ogromna liczba osób, których praca polega na określonych oddziaływaniach na grupę, które tylko w pewnym sensie można nazwać „podwładnymi” – jak uczniowie w szkole, kursanci na kursie prawa jazdy, czy wiele innych podobnych. Wówczas mimo najlepszego przygotowania merytorycznego, ale bez znajomości mechanizmów zarządzania konfliktem prowadzenie działalności będzie utrudnione. W sytuacjach szczególnie niekorzystnych może okazać się przyczyną skutkującą w dalszej perspektywie wypaleniem zawodowym, depresją, utratą/rezygnacją z pracy, rozpadem rodziny itd.

Zarządzanie konfliktem jest więc zasadniczo ważne na każdym poziomie i w każdym momencie życia. Umiejętność właściwego reagowania w sytuacjach konfliktowych, lub w sytuacjach, gdy od naszego działania zależy dobro innych, jest ważna dla zmiany otaczającego nas świata.

Są to kwestie fundamentalne np. w szkole podstawowej w wielu sytuacjach pojawiających się pomiędzy dziećmi, nauczycielami, czy nauczycielami, a dziećmi. Ale też kwestie te mają zasadnicze znaczenie w wojsku, pomiędzy dowódcami, a ich podwładnymi czy pomiędzy żołnierzami na tym samym szczeblu dowodzenia, w firmie pomiędzy szefem a pracownikami, czy też między sprzedawcą a klientami.

Zarówno więc rozwiązywanie konfliktów, jak i uświadomienie sobie wielu zależności jakich doświadczamy codziennie, w których od naszej reakcji zależy znacznie więcej niż nam się wydaje, to kwestie mogące zdecydowanie poprawić funkcjonowanie zarówno tzw. społeczeństwa obywatelskiego, organizacji funkcjonowania przedsiębiorstw, jednostek wojskowych, komisariatów czy podstawowych komórek społecznych jakimi są rodziny.

Ważne np., aby nie mówić ze złością tylko o złości. Nie ograniczać myślenia o konflikcie tylko do różnic pomiędzy stronami, ale poszukać pól wspólnych. Od razu uprzedzam malkontentów – zawsze takie są! Potrzeba dobrej woli by je dostrzec. Ta wola może pojawić się z przyczyn altruistycznych, strategicznych lub pod przymusem gdy nie ma innego sposobu aby ustrzec się znacznie gorszych konsekwencji niż istniejący konflikt.

W polityce nie ma sensu doszukiwać się postaw altruistycznych (nawet jeśli są to w potoku informacji propagandowych bardzo trudno je zidentyfikować), ale właśnie strategia, nastawiona nawet na korzyść powinna podpowiadać decydentom, że dobro obu stron konfliktu daje najtrwalsze podstawy dla wolności od zagrożeń i możliwości swobodnego rozwoju.

W Centrum Zimbardo ds Rozwiązywania Konfliktów zajmujemy się właśnie istotą konfliktów. Nie zawsze rozwiązanie ma konflikt zlikwidować. Rozwiązań to znaczy rozładować negatywny ładunek konfliktu. Wykorzystać konflikt do zwiększenia skuteczności, motywacji, osiągnięcia nowych możliwości.

HIP_Star_Twitter_400x400ZCenterCR obecnie realizuje dwa „flagowe” projekty. Pierwszy to Projekt Bohaterskiej Wyobraźni. Jest to projekt opracowany w całości i koordynowany przez legendarnego profesora Philipa Zimbardo. Projekt ten ma budować zdrowe relacje pomiędzy ludźmi. Szczególnie skierowany jest do młodzieży szkolnej i dzieci. Jest to element pracy u podstaw, a sam profesor mówi o mechanizmie „włącznika”. Realizacja projektu powoduje włączenie u dzieci mechanizmów współpracy.

Zaczynają dostrzegać korzyści z takiej współpracy oraz widzieć w tym dobro które sprawia, że stają się Bohaterami. Specjalnie nie stosuję cudzysłowia, bowiem ich bohaterstwo, polegające np na pomocy dziecku, które siedząc pod ścianą jest wyraźnie zasmucone, bądź innemu płaczącemu w ubikacji, dla potrzebujących pomocy, jak i dla dziecka przełamującego stereotypowe zachowania i np „efekt świateł rampy”, własny wstyd, jest prawdziwym heroizmem!

Drugim ważnym projektem realizowanym przez ZCenterCR jest „Zarządzanie konfliktem” opracowany przeze mnie na podstawie mechanizmów psychologii społecznej oraz własnych doświadczeń. W szkoleniu tym zwarłem wszystko to co wynika także z moich badań nad konfliktem i stabilizacją. Wiele elementów tego szkolenia konsultowałem z profesorem Zimbardo ale także z innymi postaciami, jak generał Jim Mattis (obecnie sekretarz obrony USA), czy Jacek Santorski u którego w ramach Akademii Psychologii Przywództwa realizowałem wykład stanowiący część tego szkolenia.

Szkolenia te w grudniu 2016 roku w Szczecinie zrealizował łącznie dla tej samej grupy. Stanowią one zupełnie inne obszary wiedzy mimo, że oba zajmują się konfliktem i radzeniem sobie z nim.

Ogólne informacje na temat obu szkoleń zamieszczone są na stronie ZCenterCR.

jpg2Projekty tego typu nie są wcale rzadkością. Istotne jest jakie doświadczenie, jak różnorodne i jakie/czy podstawy naukowe jest ich fundamentem. O doświadczeniu profesora Zimbardo nie trzeba nawet pisać, bo postać ta jest znana nie tylko w świecie naukowym, ale też zarówno jego słynny Stanfordzki Eksperyment Więzienny jak i jego ekranizacje uczyniły profesora gwiazdą popkultury. Jest to postać legendarna już teraz. W tym świetle profesora trudniej mi eksponować zalety mojego szkolenia, jednak staram się to czynić poprzez projekt StratLider. Sądzę, że to doświadczenie jakim dysponuję, interdyscyplinarne podstawy naukowe oraz przygotowanie merytoryczne pozwalają mi także bardzo atrakcyjnie i z korzyścią dla kursantów przeprowadzić szkolenie z „Zarządzania konfliktem”.

Zapraszam do udziału w szkoleniach, goszczenia na stronie StratLider.

Do Blog

„Lemingi vs Mohery”: konflikt realny czy wykreowany?

7ecfa834cfbe6065729dd9ea9ee1706dPisząc tekst o przyczynach wojen ( Przyczyny wojen ) w istocie miałem na myśli większość konfliktów jakie pojawiają się pomiędzy ludźmi, choć im wyższy poziom rozgrywki tym bardziej chodzi o władzę i pieniądze. Na poziomie państwa w mojej opinii często już tak jest i nie jest to nawet zbytnio skrywane. Partie często przedstawiają tę kwestię w bardzo prosty sposób: „Musimy mieć władzę bo to dobre dla kraju” lub tylko my możemy wprowadzić kraj na właściwe tory – inni to… (i tu zależnie od opcji w ostatnim dziesięcioleciu RP: zdrajcy lub szaleńcy)”.

Oczywiście mając środki finansowe, każda ze stron buduje swój przekaz propagandowy, a ten może być pozytywny (ukierunkowany na własne plany, cele i struktury jakie mają to osiągnąć) lub negatywny (wmawiając społeczeństwu, że nikt nie chce słuchać o programach lub nikt ich nie zrozumie, mamiąc nierealnymi wizjami, przedstawiając inne struktury niż w rzeczywistości planują potem budować).  W tym kontekście i tylko odnosząc się do struktur, warto podać dwa przykłady: Zwolennicy PO słusznie wskazują, że po wyborach w 2015 roku Pani Premier Beata Szydło mianowała Pana Antoniego Macierewicza na stanowisko Ministra Obrony Narodowej mimo, że w kampanii wyraźnie sugerowała, że tego nie zrobi, czy jeszcze bardziej bulwersującą sprawę ułaskawienia i próby przerwania procesu Pana Mariusza Kamińskiego. Jednak zwolennicy PO zapominają jak będąc w opozycji Pan Donald Tusk stworzył gabinet cieni z Premierem z Krakowa, który został zdemontowany już w kampanii wyborczej w 2007 roku, a jego lider – Jan Maria Rokita zmarginalizowany w partii, co skończyło się jego odejściem. Śmieszność sytuacji została podkreślona, wyrzuceniem Pana Rokity z PO nagle w 2013 roku – rzekomo za niepłacenie składek. Ów gabinet cieni może obecnie wydawać się mało istotny z perspektywy czasu, ale ciało to ciężko pracowało nad szeregiem projektów ustaw i rozwiązań państwowych. Taki model jest stosowany w państwach zachodnich i dzięki temu rozwiązaniu nowy rząd zaraz po wyborach jest gotowy do sprawnego reformowania państwa. Strata dla Kraju była wówczas znacznie większa niż się to dziś wydaje i właściwie nie została powetowana aż do końca ośmioletnich rządów PO.

      Co do planów (programów) to samo już stwierdzenie, że nikogo w Polsce one nie obchodzą ubliża obywatelom. Politycy mają tendencję do traktowania obywateli w kategoriach machiny wyborczej dającej władzę. Niestety częściowo tak to wygląda – bowiem propaganda przynosi oczekiwane rezultaty, a sprowadzenie dyskursu do dwóch głównych partii w podobnym stopniu posługujących się propagandą i konfliktem powoduje, że część ludzi daje się ponieść pieczołowicie budowanej i utrwalanej propagandzie stając się jej częścią i przepisując słowa liderów na tt czy Fb, czy też powtarzając je bezrefleksyjnie w rozmowach. Dopiero wybory częściowo weryfikują ilość tych „żołnierzy” partyjnych po obu stronach i zawsze okazuje się, że jest ich mniej niż tych którzy oceniają partie krytycznie. Ilość głosujących na jedną czzy drugą partię jest tu i tak myląca, bowiem wielu idzie do wyborów z poczucia obowiązku i głosują na tzw. „mniejsze zło” w ich perspektywie.

           Tak więc obie czołowe partie stworzyły sytuację, w której dzielą scenę polityczną między siebie i znanymi elementami rozgrywki próbują się nawzajem zwalczać. Doprowadziły więc do sytuacji, w której obywatel pozornie nie ma wyboru. Duża część obywateli zastanawia się jednak, jak to się więc dzieje, że wielu wyborcom PO nie przeszkadzają obrzydliwe słowa posła Stefana Niesiołowskiego pod adresem reżyser Agnieszki Holland, jej córki, a także posłów PiS, gdzie niezależnie od poglądów i światopoglądu używane przezeń sformułowania w żaden sposób nie przystają do powagi parlamentu. Z drugiej strony wyborcom PiS nie przeszkadza zupełnie sposób w jaki zachowuje się profesor posłanka Krystyna Pawłowicz – od słynnej sałatki na sali sejmowej, aż po jej wulgarne wypowiedzi wobec wszystkich kto nie jest w PiS?

W obu przypadkach łatwo znaleźć wytłumaczenie – wszyscy przeciwnicy posła Niesiołowskiego zasługują na miotane przez niego obelgi bo są zacofani opętani żądzą zemsty, a podobnie wulgarne wypowiedzi poseł Krystyny Pawłowicz uderzają w złodziei i zdrajców. Do tego aby ich usprawiedliwić obniża się rangę Sejmu. A więc niejednokrotnie czytałem w tt, że Sejm to w sumie nic takiego – sałatkę można tam jeść, wyzywać przeciwników w najbardziej poniżający sposób, bo w wielu parlamentach innych krajów jest jeszcze gorzej albo w naszej historii używano już mocniejszych słów.

Ci sami którzy tak mówią, często jednocześnie utrzymują, że są głębokimi Patriotami, są to często ludzie dobrze wykształceni, z bogatym doświadczeniem. Te same osoby widzą więc (albo chcą widzieć) Sejm jako świątynię demokracji, miejsce o najwyższym autorytecie, a jednak dla usprawiedliwienia „swoich” są w stanie poświęcić taki symbol. A więc okazuje się, że konflikt jest dla obu partii wiodących (jeszcze) bardzo korzystny, bowiem nie muszą się silić na dobry program (skoro i tak społeczeństwo go nie zrozumie), cele można określić prosto – pokonać złego przeciwnika i to samo w sobie już czyni Polskę lepszą. Co się potem robi, czy nie czego nie robi to już nieistotne, a więc i kłamstwa z kampanii wyborczych trzeba „przełknąć”, bo „tamci” to złodzieje/szaleńcy więc każdy „nasz” jest i tak lepszy od jakiegokolwiek „ich”.

                Jeśli spojrzymy na eksperyment Jane Elliot z 1968 roku, zobaczymy jak łatwo podzielić ludzi i utrwalić w nich przekonanie o wyższości lub niższości względem innych (Class Divided). Jeśli ktoś uważa, że ten eksperyment nie ma uzasadnienia w „dorosłym” świecie bo został zrealizowany na dzieciach, powinien sobie przypomnieć informacje o wydarzeniach z II Wojny Światowej, byłej Jugosławii w latach 90tych, Rwandzie, czy Iraku po 2003. Stanley Miligram uświadamia jak wielką rolę ma „autorytet” – pisany w cudzysłowie, bowiem osoba nakłaniająca „swoich” do agresji przeciw „innym” w istocie takim autorytetem być nie powinna. Milgram pokazał jak taki fałszywy autorytet w łatwy sposób nakłania zupełnie przypadkowych ludzi do zadawania bólu, a nawet powodowania śmierci zupełnie niewinnej osoby (Milgram experiement). Wreszcie Stanfordzki Eksperyment Więzienny prof. Zimbardo, pokazał jak ludzie podzieleni, prowadzeni przez negatywny autorytet potrafią w krótkim czasie się skonfliktować, ubliżać sobie i poniżać się wzajemnie mimo iż ledwie się znają (Stanford Prison Experiment).

Wpływ społeczny na jednostki oraz grupy społeczne to dziedzina jaką zajmuje się psychologia społeczna. Na jej gruncie można zilustrować dlaczego obecny konflikt w Polsce jest tak głęboki. Natomiast im głębszy konflikt, tym łatwiej politykom uzasadnić coraz głębsze zmiany w funkcjonowaniu państwa. Nie ma kontynuacji pomiędzy ekipami rządzącymi, bowiem to zaprzeczałoby istnieniu najgłębszego konfliktu. Zamiast tego jest zupełna negacja drugiej strony. Taki konflikt nie stymuluje kreatywności tylko powoduje walkę o wszystko, a dla państwa oznacza stagnację lub przy dalszym pogłębianiu kryzysu zapaść. Przerabialiśmy to już w XVII i XVIII wieku.

        Rolą społeczeństwa, jest krytykowanie złych lub wątpliwych posunięć tak władzy, jak i partii politycznych reprezentowanych w Parlamencie, a nie bezkrytyczne popieranie tzw. „swoich”.  Domagania się wyjaśnień wątpliwości, a nie przytakiwanie bo to „swoi”. Tak jak reforma sześciolatków nie podlegała dyskusji (poseł Niesiołowski mówił, że przeciwne głosy to spisek PiS a 100 tys. podpisów nie ma znaczenia bo w Polsce jest 38 mln ludzi), tak teraz nocne usuwanie płk Duszy z CEK NATO ponoć uchroniło nas przez rokoszem i Bóg wie czym jeszcze (aż przykre jak mądrzy ludzi to mówią). Społeczeństwo nie powinno dawać przyzwolenia na zachowania godzące w powagę Parlamentu, bowiem jest on świątynią demokracji. Nie powinniśmy wybierać posłów, którzy swojej roli w parlamencie nie rozumieją, choćby byli najlepszymi „wojownikami” swoich partii, bowiem wybierając ich sami przykładamy rękę do pogłębienia kryzysu. Podobnie niszczenie autorytetu oficera WP (nawet gdy sprzeciwia się Ministrowi), sądów, i innych instytucji o wysokim autorytecie powinno być dla społeczeństwa sygnałem ostrzegawczym.

„Przyłożenie” innemu posłowi, którego „nie lubimy” spowoduje silniejszy odwet drugiej strony,  potem odwet kolejny itd. A więc „przyłożenie” nie spowoduje, że ten „inny” się poprawi, czy zrozumie rzekomy błąd. Tylko dialogiem można doprowadzić do dobrej zmiany – pisanej bez cudzysłowowa.  Nie neguję różnic. One są pomiędzy PiS i PO tak jak pomiędzy Szyitami i Sunnitami, Katolikami i Prawosławnymi, Demokratami i Republikanami. Chodzi o to, by te różnice nie dzieliły społeczeństwa na dwa wrogie obozy. Aby o tych różnicach dało się rozmawiać bez broni ;-). Neguję więc negatywny konflikt, który niszczy społeczeństwo. Konflikt może być pozytywny. Spór też nie musi dzielić społeczeństwa tak ostro. Można tu podać jako dobry przykład dziennikarstwa program Bogdana Rymanowskiego „Kawa na ławę”, który w większości przypadków jest w stanie sprawić, by posłowie, czy doradcy rozmawiali merytorycznie i z szacunkiem względem siebie.

         Tak destrukcyjny konflikt jest zły dla Polski i uważam, że ci którzy przedkładają interes partii (nawet jeśli wierzymy w jej racje) nad interes RP nie mają racji i przykładają się do jej osłabiania.