Eksperyment polityczny!

Eksperymenty robione są po to, abyśmy niejako w soczewce dowiedzieli się o nas wszystkich czegoś ważnego. Co jeszcze bardziej istotne, abyśmy wiedząc o procesach, jakie w wyniku badania są opisywane, potrafili zmienić nasze postępowanie i budować lepsze społeczeństwa, a w wymiarze indywidualnym osiągać satysfakcję w życiu rodzinnym i zawodowym, przez niektórych określaną mianem szczęścia.

Milgram

Większość słyszała o słynnym eksperymencie Milgrama. W skrócie polegał on na tym, że nauczyciel miał przepytywać ucznia, a w razie złych odpowiedzi razić go prądem. Miała to być nowatorska metoda nauczania, zapewniająca szybkie efekty. W istocie „uczeń” był podstawionym aktorem, który miał reagować na impulsy elektryczne w odpowiedni sposób, a „nauczyciel” – osoba na której eksperymentowano, nieświadoma prawdziwych założeń badania, miał zadawać pytania i wciskać impulsy, któe faktycznie nie raziły „ucznia”. W ten sposób Milgram sprawdził, jaką mamy podatność na wykonywanie poleceń zupełnie fikcyjnego autorytetu (prowadzący badanie przebywał w pomieszczeniu ubrany w biały kitel i wydawał polecenia kontynuowania pracy).

Skala impulsów zaczynała się od niewielkich napięć, aż po serię wysokich dawek powodujących ogromny ból, poważny uszczerbek na zdrowiu, a nawet śmierć. Badani po każdej nieprawidłowej odpowiedzi mieli zadać kolejny impuls silniejszy od poprzedniego, aż do końca skali.

Wyniki eksperymentu okazały się wstrząsające. Ponad 90% badanych, pomimo krzyków „ucznia” i jego błagań o zaprzestanie, dotarło do impulsów ze strefy powodującej poważne obrażenia, a przeszło 60% dotarło do ostatniego impulsu powodującego pewną śmierć. Oczywiście tak jak w przypadku eksperymentu profesora Zimbardo także ten poddano ostrej krytyce, co ciekawe ostatnio znów kilku dziennikarzy postanowiło „obalić” wyniki tych badań, ale wystarczy zagłębić się w istotę tych eksperymentów by jasno widzieć, że owo „obalanie” ma służyć tylko popularności „obalających”… w istocie „demaskatorzy” nie odkryli niczego nowego.

Nasz eksperyment

Teraz zróbmy nasz własny eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy częścią takiego badania na skalę krajową. Przywódcy polityczni pełnią rolę „autorytetu” i tak jak u Milgrama wierzymy im i mamy na to swoje powody. Jesteśmy jednocześnie „nauczycielem”, który jest motywowany przez swój „autorytet” ale i przeciwnik ma swoich „nauczycieli”, pełnimy zatem jednocześnie rolę ucznia rażonego prądem przez „nauczyciela” z przeciwnego obozu. Przypominam – to eksperyment!

Teraz wyobraźmy sobie, że przywódcy partyjni nakłaniają posłów, senatorów, swoich żelaznych zwolenników do bezwzględnego posłuszeństwa, tylko po to, aby sprawdzić jak wielu uda się doprowadzić do końca skali z eksperymentu Milgrama. Kilka lat temu doszło do zabójstwa Marka Rosiaka z PiS, a kilka dni temu prezydenta Adamowicza kojarzonego z PO. W obu przypadkach zabójcy wygłaszali kwestie polityczne. Z pewnością nikt nie chciał aby do tego doszło, można też doszukiwać się ich problemów psychicznych i w ten sposób wytłumaczyć sobie te wydarzenia, jednak warto zauważyć, że ludzi zradykalizowanych i niestabilnych emocjonalnie jest w społeczeństwie więcej!

Czy „autorytety” zatrzymały eksperyment? Czy powiedziały – już dość, za wiele to kosztuje? Otóż nie, badanie trwa dalej, a my jesteśmy popychani do wciskania kolejnych przycisków. „Autorytety” z przeciwnych obozów mówią, „jestem bez winy – to tamci są winni”, namawiani jesteśmy do oceny własnego przywódcy przez pryzmat podłości przeciwnika, co usprawiedliwia wszystko po „naszej” stronie. Kolejne polecenia musimy wykonywać, bo „autorytet” wyjaśnia, że inaczej przeciwnik razi nas jeszcze mocniej.

Pewnie tak jak u Milgrama część z nas odmawia rażenia prądem i nie uczestniczy w spirali agresji, przywracając „tradycyjny” dialog z „uczniem” (nawet jeśli postrzegamy go jako „zdrajcę narodowego” lub „ciemnotę”). Tacy szybko konstatują, jak bardzo eksperyment jest szkodliwy dla wszystkich. Część będzie wykonywać polecenia w bezwzględnej wierze, że sukces „autorytetu” będzie naszym wspólnym sukcesem edukacyjnym – nauczymy „ucznia” i nam za to podziękuje… o ile przeżyje.

Po środku zaś jest też grupa ludzi, którzy tak jak u Milgrama wiedzą, że postępują źle, że nic nie usprawiedliwia rażenia prądem, ale nie potrafią sobie poradzić z wpływem „autorytetu”. Rwąc włosy z głowy, złorzecząc i wściekając się, wciskają kolejne przyciski. W istocie ich frustracja popycha ich do jeszcze większej brutalności. Mechanizm jest prosty, skoro „autorytet” zmusza mnie do tak brutalnych działań to znaczy, że „uczeń” jest tak zły, że ja dla niego muszę się też upodlić. To zatem jego wina, że ja – dobry człowiek – muszę czynić zło! Może zatem „przywalić” mu za taką głupotę mocniej i szybciej skończyć ten wstrętny eksperyment?

Zauważmy też, że inaczej niż u Milgrama, „autorytet”, aby przekonać do swoich racji ma do dyspozycji pieniądze z budżetu (główne partie są z niego finansowane), media, specjalistów od socjotechniki, PRu itd., jest więc znacznie lepiej wyposażony niż Milgram. Nic dziwnego, że w tryby bezwzględnej walki „autorytetów” dają się wciągnąć kolejne instytucje, nawet Kościół podzielił sie na obozy i spośród duchownych najbardziej „medialnych” tylko garstka stara się nie wchodzić w rolę „nauczyciela” z eksperymentu. Oczywiście wielką motywacją są pieniążki, które szeroką rzeką płyną do tych, którzy naszą sprawę usprawiedliwiają, a przeciwnikowi potrafią słono „dowalić”.

Najlepszym tego dowodem, jest zatrudnianie znanych z hejtu w sieci osób w mediach… Za przykład podam też duchownego, który na twitterze napisał, że nie można poddawać się „terrorowi miłosierdzia”. Takie słowa stanowią odwrotność posługi, jaką powinien sprawować i patrząc kategoriami religijnymi duchowny ten stanowić może synonim Lucfyera raczej niż tego, co Kościół faktycznie głosi. Takich postaw jest niestety całe mnóstwo. Coraz więcej osób publicznych zapamiętale wysyłając kolejne impulsy elektryczne o coraz większym natężeniu boleśnie rażąc „ucznia”, sami pełnią rolę „autorytetu”. Stając na czele grup zradykalizowanych, wyznaczają nowe normy, kształtują nowe standardy.
Tu stanowczo dodam, że są też wspaniali duchowni, politycy, dziennikarze, potrafiący w tym całych zamęcie zachować i prezentować wyznawane Zasady i Wartości – pisane dużymi literami.

Przerwać eksperyment!

Jeśli w ramach eksperymentu uda nam się spojrzeć na ten proces oczyma osoby spoza pomieszczenia, w którym toczy się badanie, jeśli zaglądając przez okno, zobaczymy zasłonę odgradzającą „ucznia” od „nauczyciela”, dostrzeżemy rolę „autorytetu”, który zyskuje satysfakcję ze swojego bania, może też sławę, władzę i pieniądze, a poranieni „uczeń” i „nauczyciel” okażą się trybikami w jego karierze, to może łatwiej nam zrozumieć będzie spektakl który toczy się w naszym kraju.

Oczywiście, że „autorytetom” zależy na dalszej eskalacji, wszak wyliczyli sobie za pomocą sondażowni (tych usłużnych oraz tych obiektywnych, których wyniki są dostępne tylko liderom), własnych ekspertów, statystyk, że to przynosi wzrost poparcia społecznego. Oczywiście, że każdą tragedię przekalkulują i wykorzystają, aby zwiększyć szanse wyborcze. Jednak dopóki żyjemy w demokracji (nawet niedoskonałej i ograniczonej), wciąż to my – ludzie (We the People) decydujemy o tym, jak sytuacja w naszym kraju wygląda. Przerwijmy eksperyment!

Powiedzmy Milgramowi – „Nie będę raził prądem ucznia tylko dlatego że nie zna odpowiedzi na moje ptytania!”. Nie dajmy sobie wmówić, że wschód Polski jest zapóźniony cywilizacyjnie i dlatego głosuje na PiS, a na Zachodzie mieszkają oszołomy i zdrajcy czy inne „ukryte opcje niemieckie” i dlatego głosują na PO. Jedno i drugie ma z rzeczywistością tyle wspólnego, co nic. Zamiast razić się prądem, rozmawiajmy, a jak się nie da bo nas „krew zalewa”, to idźmy w inną stronę, ale nie wbijajmy wirtualnego noża przeciwnikowi dlatego, że popiera nie tego polityka, którego my popieramy. Tylko czy potrafimy? Parę osób nas za to „zniepolubi”, kilku znajomych przestanie obserwować na TT lub Fb, może ktoś zarzucić zdradę… Czy dasz radę z tym żyć? Pamiętaj, że za swoje czyny SAM odpowiadasz, Twój „autorytet” nie weźmie ich na siebie!

Czy potrafisz przerwać eksperyment? Czy możesz swojemu „autorytetowi” powiedzieć NIE?! 

Reklamy

Kiedy zło uderza nożem prosto w serce: o ciemnej stronie natury ludzkiej

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zawsze są jednostki, które potrafią się oprzeć, pozostać na stanowisku Wartości i Zasad wynikających z przekonań, wiedzy, doświadczenia, które nie ulegają deformacji i degeneracji w wyniku nawet największej presji sytuacyjnej lub ideologicznej.

Ważne jest, by w miarę obiektywnie dostrzegać granice, których przeoczenie staje się niebezpieczne indywidualnie – gdy sami odczuwamy gotowość do czynienia zła (Efekt Lucy Phere) oraz społecznie – gdy całe grupy samonapędzając się dążą do „ostatecznych rozstrzygnięć”.

A zatem ważne, by dostrzec przesuwanie się granicy tzw. normy, która wyznacza to co dopuszczalne, a poza którą uznajemy coś za niezgodne z prawem (norma prawna) lub Zasadami i Wartościami (norma moralna). Obie granice można przesuwać i czynią to kręgi decyzyjne, ale też opiniotwórcze (politycy, media, duchowni itp.). Niestety to przesuwanie norm w stronę agresji,, konfliktu, często jest kalkulowane jako korzystne dla notowań wyborczych, oglądalności, słuchalności, czytalności, klikalności mediów czy wzmacnia mobilizację w imię własnej religii.

Tutaj szczególna rola przypada „autorytetom”, które wyznaczają przesunięcie granicy norm. To ludzie bardzo popularni, na których wzorują się tysiące osób, ale ich cele nie służą dobru wspólnemu, tylko własnemu lub małej grupie ograniczonej do własnego „plemienia”, a faktycznie do jego kręgu decyzyjnego (takie plemię można długo oszukiwać, np za pomocą propagandy, że wyniszczanie przeciwników jest dla nich korzystne). To osoby posługujące się triadą ciemnych cech osobowości. To oni „sankcjonują” to, czy granica normy jest już w nowym miejscu i często zupełnie otwarcie to komunikują, twierdząc, że np. obecnie w Polsce trwa wojna, a więc trzeba nadzwyczajnych działań, innej wrażliwości, można więcej, aż do pokonania przeciwnika, „a potem przywrócimy normy”… To oczywiście część drogi do zła i nic jej nie usprawiedliwia.

Wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczymy, a gdy ktoś ma dość i woła „nie chcę żyć polityką”, jak robił to w swojej piosence Paweł Domagała, spotyka się z ostrą krytyką, że przecież nie jest to postawa obywatelska. Oczywiście racja, społeczeństwo obywatelskie ma się angażować w politykę, ale jeśli z drugiej strony dla wielu cały ten dyskurs podzielonego na „plemiona” społeczeństwa kogoś nie przekonuje, jeżeli ktoś nie znajduje swojej reprezentacji politycznej, nie jest w stanie odnaleźć nawet tzw. mniejszego zła, to czy ma pójść na studia politologiczne, szkolenia z zakresu komunikacji medialnej? Ludzie na różne sposoby szukają dystansu i nie każdy musi potrafić rozpoznawać prawdziwe intencje ukryte za polityczną demagogią. Paweł Domagała być może do wyborów pójdzie, ale zwyczajnie nie chce żyć polityką nieustannie, bo chce poświęcać czas swojej rodzinie i… MA RACJĘ!

To właśnie ci, którzy nawołują do wstąpienia do „plemienia”, chwycenia wirtualnego „noża” w dłonie i „ataku na „zdrajcę narodowego” lub „zapóźnionego cywilizacyjnie” przeciwnika przyczyniają się do tego, że zło zyskuje, że się rozpowszechnia.

To zablokowanie debaty o czynach, wydarzeniach, a w to miejsce wstawianie szkodliwych generalizacji w coraz ostrzejszym tonie, popycha ludzi poza granice wcześniejszych norm! „Autorytety” przybijają pieczątkę z napisem „akceptuję” (np. w formie „nie pochwalam, ale rozumiem”) i wówczas członkowie zradykalizowanych plemion ruszają do szturmu na twitterze, facebooku, forach dyskusyjnych, komentarzach do artykułów, co często przenosi się do domów rodzinnych, czasem nawet przy stole wigilijnym…

Ludzie mają różną odporność na radykalizację, możliwa jest praca nad budowaniem własnego dystansu i oceny zdarzeń (neuroplastyczność), ale im mocniejsze mechanizmy, tym więcej ludzi można przeciągnąć do „plemienia”, a wówczas radykalizacja przyspiesza gwałtownie, bowiem wewnątrz plemienia, odcinany jest dostęp do innych mediów, odpowiednio interpretowane są wszystkie wypowiedzi polityków, nie miejsca na żadne inne wartości spoza „naszego kręgu”. Nasz „wirtualny nóż” może ciąć na lewo i prawo, a także w centrum (zależnie od opcji) i można to robić bez ograniczeń – jeśli zamkną konto otwieramy następne, czasem kilka na raz. Do tego stosowane są techniki wzmacniające negatywny przekaz (fabryki trolli, boty), aby zradykalizować jak najwięcej ludzi i włączyć do „plemienia”. Przecież to tylko twitter, to tylko hejt. Ktoś napisał mi parę dni temu, że hejt to słowo wytrych. To częste usprawiedliwienia, wytłumaczenie, że przecież hejt to ci drudzy, a my zwalczamy ich hejt i musimy agresywnie bo inaczej to nic nie da…

To czy, a raczej kiedy nóż wirtualny zamieni się w stalowy, zależy od naszej odporności i wewnętrznie wpojonych wartości i zasad. Czy naprawdę wierzycie, że za stalowy nóż w takiej sytuacji złapie tylko „wariat”?

Jeśli tak, to zastanówcie się jeszcze raz! Przecież granica tych norm się przesuwa! „Dziennikarze” na okładkach gazet ubierają i wyposażają osoby publiczne w atrybuty jednoznacznie wrogie wobec naszego „plemienia”, często kojarzące się z użyciem broni lub eksterminacją ludzi… Na osobę, która jest poza normą, mówimy „wariat”, ale skąd wiadomo, kiedy jest się „wariatem”? Przecież wewnątrz „plemienia” normy są już zupełnie inne od tego, co wcześniej uznawaliśmy za normę.

Co dzień tysiące osób używają wirtualnych noży z największą brutalnością, a z historii znamy przypadki, gdy w wyniku skrajnej radykalizacji, zamiana, wirtulanych noży na stalowe, dokonała się błyskawicznie i kosztowała życie tysięcy lub milionów. Oczywiście umiarkowanych jest zawsze więcej niż radykałów, ale też radykałowie nadają wówczas ton, oni nie tylko robią wrzawę, ale w sytuacji, gdy pada hasło „ścinamy topole” (jak w Rwandzie), każdy umiarkowany jest traktowany jak zdrajca i dzieli los przeciwników… Podobnie jak w świecie wirtualnym, nie wystarczy przeciwnik pokonać, robi się to w najokrutniejszy sposób.

Rolą wszystkich, ale szczególnie autorytetów – polityków, ludzi mediów, duchownych, nauczycieli, wychowawców, a przede wszystkim rodziców jest to, by nie dzielić na dobrych i złych, by nie budować świadomości plemiennej, ale szukać zrozumienia, współpracy lub chociażby nie zatrzaskiwać furtek, czy nie burzyć mostów do komunikacji. Jeśli powiemy, że z „nimi” nie można rozmawiać, bo są źli i trzeba ich pokonać, a potem „przywrócimy normy”, to droga do „piekła” otwiera się na oścież i żadnego „potem” już może nie być…

Warto także zacząć sankcjonować mowę nienawiści w sieci. Jak to robić można nauczyć się w niektórych państwach zachodnich, ale i u nas np. Pani Agnieszka Gozdyra kilka razy świetnie pokazała, jak upublicznienie hejtera radykalnie zmienia jego postawę. Taka osoba uświadamia sobie, że nie jest anonimowa i żaden „autorytet”, już jej nie usprawiedliwia, bowiem jej czyny idą na jej indywidualny rachunek w ostatecznym rozliczeniu. Warto zrozumieć, że droga od noża wirtualnego do stalowego trafiającego prosto w serce wcale nie jest taka długa jak się może wydawać…

Siedem grzechów PO w opozycji

Ostatni sondaż IBRIS (z 3-4 stycznia 2019), najbardziej w mojej opinii wiarygodnej instytucji tego rodzaju, pokazuje umocnienie się patii rządzącej o niemal 2%, osłabienie głównej partii opozycyjnej o potężne 5%, zniknięcie jej słynnego niegdyś koalicjanta (Nowoczesna poniżej 1% mieści się w granicach błędu statystycznego). W dyskusjach ze zwolennikami PO, często napotykam się na stanowisko zgodnie z którym partia ta nie popełnia i nie popełniała błędów, a to okoliczności niezależne od niej powodują, że nie może przebić tzw. szklanego sufitu, który nie tyle wyznacza jakaś wartość procentowa, co poziom poparcia PiSu. PO zyskuje lub traci, ale zawsze jest niżej w sondażach niż partia rządząca.

Zauważyć należy, że w systemie demokratycznym nieustanne liderowanie PiSu od trzech lat jest fenomenem, bowiem partie zwykle przeżywają kryzys po kilku miesiącach, lub na półmetku pierwszej kadencji, tymczasem w przypadku rządzących, kryzys oznacza liderowanie, tylko z mniejszą przewagą. Po wszystkich „nam się należy”, horrendalnych zarobkach w SSP, które przecież miały być przez „Dobrą zmianę” zracjonalizowane, kuriozalnych wypowiedziach byłego szefa MON i jego dziwacznych decyzjach, kumoterstwie, synekurach i nepotyzmie, gdy cena paliwa jest wyższa niż Niemczech, a cena prądu nie rośnie dzięki centralnemu sterowaniu (co musi mieć fatalne konsekwencje), chaosie w szkolnictwie, który z nieznanych mi przyczyn przez panią minister Zalewską jest nazywany „reformą”, opozycja dawno już powinna przeważać w sondażach zdecydowanie.

Zwalanie wszystkiego na to, że „Ciemny lud” dał się przekupić za 500+, jest zupełnie niepoważne i w samym PO chyba nikt w to nie wierzy. Dlaczego więc PO tak słabo wypada na tle PiS? Niezależnie od sympatii i antypatii politycznych lub też (co ostatnio coraz bardziej powszechne) wiary lub niewiary w danego lidera politycznego, warto analizować mechanizmy jakie prowadzą do sukcesu lub porażki politycznej.

Nie musicie się ze mną zgadzać, rozważcie jednak w spokoju i z dystansem siedem poniższych punktów:

  1. Nieskuteczność Anty-PiS.

„Jeśli liderzy PO mówią, że ich głównym celem jest pokonanie PiS, a liderzy PiS, że dla dobra Polski to oni muszą utrzymać się przy władzy, to przeciętny wyborca, który pochłonięty jest codziennymi obowiązkami, pracą, opiekuje się dziećmi, nie mając czasu na głębsze analizy potencjału partii politycznych, nie widzi między nimi różnicy.”

Gdy piszę o retoryce Anty-PiS stosowanej przez PO, to wielu jej zwolenników odpowiada „przecież mają program”, albo zwyczajnie „to nieprawda”. Ktoś nawet napisał, że słyszy co innego niż ja w wywiadach przedstawicieli PO. Oczywiście, że każdy słyszy to, co chce, ale ja akurat bardzo chcę słyszeć, co PO zamierza zrobić po wygranych wyborach, jak zamierza posprzątać konsekwencje „reformy” pani Zalewskiej i wreszcie faktycznie zreformować edukację, jak chce modernizować Armię, jak ułoży nasze sojusze międzynarodowe po bezprecedensowym zrujnowaniu wszystkich relacji poza USA (i Orbanem) przez PiS. Bardzo chcę o tym wszystkim słyszeć, nawet, jeśli co trzecie słowo ma być przytykiem do obecnie rządzących. Zamiast tego słyszę wciąż, że PiS źle rządzi. To wiem, ale chcę usłyszeć, czy ich następcy będą rządzili lepiej, tak samo, czy jeszcze gorzej.

2. Niemal zupełne ignorowanie własnego programu.

Ależ oczywiście, że PO ma własny program, można nie zgadzać się z jego tym czy innym założeniem, jednak w mojej ocenie to program najbardziej centrowy ze wszystkich partii, do tego o zabarwieniu konserwatywnym, co mi osobiście odpowiada. PO jest wstrzemięźliwa w kwestiach uznawanych za kontrowersyjne w społeczeństwie (jak relacje Państwo-Kościół) i znaczenie lepiej niż np. w N, zrozumiała potrzeby gorzej sytuowanych grup społecznych w Polsce. Nie wdając się w szczegóły, jest to program, który w mojej ocenie nieźle się broni. Wymyślono nawet dobrą i chwytliwą nazwę – PRową – „Sześciopak Koalicji Obywatelskiej”, określany jako „6 kroków do przyszłości”! Wszystkie sześć punktów, to konkretne sprawy, wpadające w ucho. Tylko, że gdy przedstawiciele PO udają się do mediów, to zdają się zapominać o tym programie! Powinni wszędzie od tego zaczynać swoje wypowiedzi, do nich nawiązywać, na nich kończyć, bo takim przekazem docieraliby do ludzi, z których część mogłaby poszukać więcej informacji… Dominacja retoryki „Anty-PiS” powoduje, że niczego nikt nie szuka, nie chce już słuchać, przełącza na inny program w TV i Radiu. Nie chodzi o to, aby nie wskazywać błędów, kolejnych afer, partii rządzącej, ale o to, by proporcje „anty-PiS w stosunku do przekazu nt przyszłości (planów, aktywności, rozwoju) były na korzyść tych drugich.

3. Lider bez zaufania.

Miałem okazję na żywo słuchać lidera PO, pana Grzegorza Schetyny. W jego wypowiedzi także było sporo Anty-PiS, ale poza tym to były bardzo rozsądne treści, z dystansem, bardzo pozytywny przekaz. Jednak, problem braku zaufania wynika z przeszłości. Lider PO nie potrafi się od tego oderwać i wielu mówi, że już tak być musi. Ja uważam inaczej. Gdyby on sam, ale i inni ważni politycy PO zaczęli więcej mówić o tym, co w pkt. 2, gdyby potrafili przyznać, że PiS ma rację w niektórych swoich postulatach, w mojej ocenie zyskaliby na tym, a sam szef PO oderwałby się od negatywnego wizerunku, jaki obecnie przeważa w ogromnej części społeczeństwa. Twierdzenia, że ten wizerunek jest bez znaczenia dla wyborów nie będę komentował, bowiem tak może mówić tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o polityce.

4. Brak rozliczenia się z przyczynami porażki z 2015r

Teraz jest na to już za późno, a niestety w czasie powyborczym PO ten element zupełnie nie wyszedł. To bardzo ważne i gdyby liderzy PO rzetelnie do tego podeszli wkrótce po wyborach, zapewne spowodowałoby chwilowe straty w sondażach, ale jednocześnie położyłoby ważne i solidne fundamenty pod przyszłą retorykę prawdziwej zmiany w Partii, która wyciąga wnioski z błędów. Oczywiście przedstawiciele PO mówili o błędach, ale to były tezy na poziomie „byliśmy za mało agresywni”, „daliśmy się oszukać PiSowi”, „za mało chwaliliśmy się jacy jesteśmy wspaniali”. Takie wypowiedzi nie stanowią rozliczenia się z przyczyn porażki, ale raczej utrwalają i wzmacniają przekaz przeciwnika, który mówił o bucie i arogancji PO. Teraz, gdy partia rządząca nieustannie okazuje butę i arogancję, wyborca odrzuca obie partie, co powoduje wzrost znaczenia polityków spoza tych dwóch obozów (Kukiza, Biedronia, wzmacnia SLD). 

5. Niewypał KO

Zawiązanie Koalicji Obywatelskiej było w moim odczuciu bardzo dobrym krokiem, ale nie tyle na budowanie koalicji, co na PRową zmianę nazwy, którą odtąd mieli kojarzyć wyborcy. PO dla wielu kojarzyła się źle, więc KO może ten obraz nieco zmienić. Dawało to szansę na „nowy początek” dla polityków PO. Tak się nie stało. Moim zdaniem wiele złego dla KO wyrządziła szefowa N, która swoimi wypowiedziami tak drastycznie różniła się od szefa PO (szczególnie w kwestiach socjalnych, dotyczących Kościoła itp.), że cały projekt z daleka wyglądał na prowizoryczny i sztuczny, a przecież KO potrzeba było właśnie wiarygodności i naturalności! Z kolei styl w jakim spacyfikowano N, spowodował, że znów PO wpisała się w retorykę PiSu oskarżającą szefa platformy o autorytaryzm a nawet tyranię ;-). Oczywiście nie wolno bagatelizować tzw. bonusu za współpracę. Otwartość na współpracę, zdolności koalicyjne to przecież miały być znaki rozpoznawcze PO, tymczasem to PiS posiada obecnie koalicję (niezależnie od relacji w jej wnętrzu), a KO po pacyfikacji N pozostała koalicją tylko z nazwy. 

6. Rozmycie tożsamości.

Tożsamość PO jest ważnym punktem odniesienia, bowiem wielu Polaków docenia jak wiele za czasów tej partii zrobiono, niemniej PO popełniła też szereg poważnych błędów, z których nie chciała się rozliczyć w 2015 roku i później (punkt 4). Do tego zupełna rozbieżność wypowiedzi szefowej N i szefa PO metodycznie kompromitowały ciekawy pomysł KO. To powoduje, że przekonani pozostają przekonani, ale zawiedzeni, niezdecydowani, głosujący na PiS jako „mniejsze zło”, nie mają powodu by nawet zastanowić się nad propozycją PO, KO ani tym bardziej POKO. Wciąż pytają, czym jest dziś PO, czy może KO? A może trzeba mówić POKO? To trochę tak jak z Ryszardem Petru mylącym nazwę własnej partii, w przypadku PO też wielu nie wie, do którego bytu się odnosić. Ten chaos widoczny jest też w sondażach. Raz badana jest PO i N oddzielnie, innym razem jako KO, a teraz pojawia się nowy byt POKO i dla wielu obserwatorów sceny politycznej, którzy nie wgłębiają się meandry funkcjonowania klubów parlamentarnych, partii itd., taki stan rzeczy to właśnie rozmycie tożsamości. Do tego dochodzi retoryka „anty-PiS”, która buduje jakieś zręby tożsamości „wojennej”, za którą brak jest widocznej wizji przyszłości. Partia polityczna z samej istoty swego funkcjonowania musi mówić o przyszłości, o współpracy, o budowaniu, a nie tylko o walce, bowiem polityka to sztuka rządzenia, a nie samej walki o władzę. Na początku roku wyborczego, lider powinien zdecydować się na któryś z tych szyldów i zdecydowanie promować go obudowując pozytywnym przekazem. 

7. Aktywność w mediach społecznościowych.

Tutaj sporo się zmieniło. PiS rozleniwiony stale zwycięskimi sondażami zaniechał głębszych działań w sieci zadowalając się poparciem potężnych grup hejterów internetowych. Przekaz pozytywny w tej partii na TT niemal nie istnieje, oprócz propagandy sukcesu, co akurat jest tak toporne, że chyba nie działa nawet na żelaznych zwolenników, niemniej takie zestaw akcentów radykalizuje wielu zwolenników partii rządzącej. Jednocześnie PO wskutek retoryki wojennej zyskała także pokaźne grono hejterów, zwanych popularnie trollami, którzy sądząc, że wspierają swoją partię, tak naprawdę topią ją swoimi bezmyślnymi wpisami. Atakują wszystkich, którzy nie dość euforycznie wypowiadają się o PO i jej szefie. Nie różnią się oni niczym od hejterów partii rządzącej, ale sami się napędzają tym, że przecież są na „wojnie”. Dość zabawnie to wygląda, gdy ci „żołnierze” twitterowi, umazani elektronicznym błotem, unurzani w internetowej krwi, wciskają swoje przekonanie o własnym heroizmie np. żołnierzom, którzy faktycznie na wojnie byli i coś tam więcej niż ich „heroiczny” hejt widzieli. Oczywiście owi hejterzy sprawnie posługują się obelgami, choć nie są w stanie zrozumieć swojej śmieszności. Trudno tu całkiem winę zrzucać na PO, polaryzacja społeczeństwa i jego radykalizacja to efekt większej ilości czynników niż działania partii. Jednakże, jeśli PO chce odróżniać się od PiS, a nowoczesne media to obszar, w którym taka różnica byłaby najlepiej widoczna, politycy PO powinni traktować TT jako część swojej pracy, a nie zło konieczne. Potrzeba tu więcej pozytywnego przekazu, więcej wpisów merytorycznych. To, co mówią w mediach powinno być wzmacniane za pomocą mediów społecznościowych. W tym obszarze warto spojrzeć na działania szefa PSL i oficjalnego konta tej partii. Konta prowadzone z dystansem, humorem, ale też merytorycznie, nawet kampania o nadużyciach PiSu prowadzona przez PSL na TT, była modelowo realizowana. Okazuje się, że nawet „Anty-PiS”, można „uprawiać” lepiej niż robi to PO.

Siedem powyższych punktów wynika z obserwacji życia politycznego. Jest to, owszem krytyka, ale krytyka życzliwa, bowiem zależy mi na dobrej polityce w naszym kraju, na reformach, rozwoju, budowaniu racjonalnej współpracy międzynarodowej, ale też zasypywaniu podziałów w naszym społeczeństwie. O tym wszystkim politycy każdej partii mówią, oczywiście, jednak nie do końca robią cokolwiek w tej kwestii.

Trump zdobywca szczytów

Kiedyś, w trakcie kampanii wyborczej nad Sekwaną, Marine Le Pen wyraziła opinię, że jeśli Francuzi wybiorą ją prezydentem, to ona razem z Putinem i Trumpem poukładają świat na nowo. Całe szczęście wygrał niezwykle zdolny, wyważony, inteligentny i świetnie wykształcony Emmanuel Macron. Niemniej plan kandydatki „prorosyjskiej” jest realizowany, tylko w innym składzie. 

Trump PutinPo szczycie w Helsinkach zdania są oczywiście podzielone. Jak zwykle część obserwatorów chwali Trumpa za podjęcie rozmów z Puinem, ale krytyka dość wyraźnie przeważa. Trump w swojej niezdarności, znów powiedział coś, co nie mieści się w głowach tak demokratów, jak i republikanów. Otóż mimo zapewnień, że ufa ludziom od wywiadu USA, to jednak wyszło na to, że Putinowi ufa bardziej. To nie jest skandal, to zamach na amerykańskie wartości, patriotyzm, a poważne osobistości świata polityki USA mówią o zdradzie.

Jak w biznesie

Zaledwie kilka tygodni temu miał miejsce inny szczyt. Także przełomowy, także kontrowersyjny. Trump spotykał się z Kim Dzong Unem. Oczywiście, że to dobrze, że liderzy się spotykają. Nawet z najbardziej zbrodniczym przywódcą trzeba rozmawiać, by uniknąć wojny. Niemniej niepokoiło to, co Trump mówił przed i po spotkaniu. Najpierw twierdził, że kilka minut wystarczy mu na „rozpracowanie” Kima. Za to po spotkaniu uznał, że odtąd Korea Północna nie jest już zagrożeniem dla świata. Mówiąc to, swoim wyrazem twarzy krzyczał: „Ja wam to załatwiłem”.

W końcu jest biznesmenem, więc zdolności negocjacyjne, oceny sytuacji, przeciwnika, może posiadać. Tyle, że za Kimem stoi potężna machina polityczno-wojskowa od której sam lider jest uzależniony. To nie jest tak, że nawet największy przywódca, jest władcą jednoosobowym. Nie jest nim ani Putin, ani Kim, ani Xi Jingping, ani Erdogan, ani z pewnością nie jest i nie będzie nim Trump. To właśnie uwiera Donalda Trumpa. On chce samodzielnie podejmować decyzje. W Białym Domu chciałby, aby byli tylko pochlebcy, tacy, którzy każdy jego ruch pochwalą i zachęcą go do kolejnych. Bardzo się złości, gdy krytykują go media, gdy nie zgadza się z nim Sąd Najwyższy USA. Ale coraz bardziej jest świadom, że na tym polega demokracja, i że nic na to nie poradzi.

Zdobywca szczytów

Zapewne dlatego w trakcie obu szczytów zamykał się z przywódcami Korei i Rosji, żeby sam na sam ustalać i potem ogłaszać co ustalił. Gdy proszono go o harmonogram denukleryzacji Korei, odmówił, bowiem on sam z Kimem o tym będą decydować. Oczywiście Kim szybko wrócił do starej gry prowokowania USA, wskutek czego Trump musiał uznać, że Korea jednak wciąż jest problemem. Putin miał jeszcze łatwiejsze zadanie. Chwalił Trumpa, mówił mu to co ten lubi słyszeć, na konferencji prasowej bronił go przed amerykańskimi dziennikarzami. Stąd może prezydent USA zapędził się w swoim oświadczeniu o tak wielkim zaufaniu do prezydenta Rosji, że przewyższa zaufanie do własnego wywiadu.

Donald Trump może myśleć, że „zdobywając” kolejne szczyty, buduje ład światowy oparty na porozumieniach liderów, ale ten świat tak nie działa. Doradcy mówią mu o tym, ale on ma na ich rady coraz większą alergię. Widać musi się przekonać w sposób brutalny. Wielu Republikanów miało go już dość w czasie kampanii prezydenckiej. Ta liczba stale rośnie. Nie sądzę, by impeachment był realnie użyty, ale jako straszak będzie z pewnością wykorzystywany coraz częściej. Samo wszczęcie procedury byłoby dla Trumpa dramatem.

Co dalej?

Trump ma świetny zespół, doskonałych, doświadczonych ludzi ze świetnymi kontaktami. Jeśli uda się go nakłonić do gry zespołowej (jaką jest przecież polityka), to będzie to z pożytkiem dla USA, świata i z pewnością także dla Polski. Ale jeśli pozostanie w swym uporze, to może spowodować poważne zagrożenie… nie dla USA, ale dla małych i średnich państw, które odcinają się od innych swoich partnerów i wiążą wszystkie nadzieje tylko ze Stanami Zjednoczonymi. Świat się globalizuje, wiele takich państw już nie ma, ale jedno wciąż słabo uczy się ze swojej historii…

StratLider nr 3/2018

Przedstawiam Wam już trzeci numer pisma StratLider!

StratLider nr 3_2018

Nowy obraz

Wewnątrz znajdziecie ujęcia i interpretacje kwestii przywództwa i strategii, w zupełnie różnych dziedzinach! Od poezji, filozofii i kosmosu po sport. Zachęcam do ściagania i czytania!

W numerze:

  • Wielki atraktor i atraktory w życiu,
  • Szansa reprezentacji na mundialu,
  • Szczyt geopolityczny Trump-Kim
  • Robert Lewandowski jako autorytet w blaskach i cieniach,
  • Szwecja i tamtejszy kryzys imigracyjny,
  • Syria i Proxy War
  • Francja za prezydentury Macrona
  • Sławek Ambroziak dołącza do StratLider,
  • Spotkanie z prof. Zimbardo,
  • Klub Obywatelski,
  • Atraktor w teorii i praktyce,
  • Wnętrze przywódcy,
  • Poezja, Film, Książka, Piosenka,
  • Sport: F1, Piłka, NHL.