Eksperyment polityczny!

Eksperymenty robione są po to, abyśmy niejako w soczewce dowiedzieli się o nas wszystkich czegoś ważnego. Co jeszcze bardziej istotne, abyśmy wiedząc o procesach, jakie w wyniku badania są opisywane, potrafili zmienić nasze postępowanie i budować lepsze społeczeństwa, a w wymiarze indywidualnym osiągać satysfakcję w życiu rodzinnym i zawodowym, przez niektórych określaną mianem szczęścia.

Milgram

Większość słyszała o słynnym eksperymencie Milgrama. W skrócie polegał on na tym, że nauczyciel miał przepytywać ucznia, a w razie złych odpowiedzi razić go prądem. Miała to być nowatorska metoda nauczania, zapewniająca szybkie efekty. W istocie „uczeń” był podstawionym aktorem, który miał reagować na impulsy elektryczne w odpowiedni sposób, a „nauczyciel” – osoba na której eksperymentowano, nieświadoma prawdziwych założeń badania, miał zadawać pytania i wciskać impulsy, któe faktycznie nie raziły „ucznia”. W ten sposób Milgram sprawdził, jaką mamy podatność na wykonywanie poleceń zupełnie fikcyjnego autorytetu (prowadzący badanie przebywał w pomieszczeniu ubrany w biały kitel i wydawał polecenia kontynuowania pracy).

Skala impulsów zaczynała się od niewielkich napięć, aż po serię wysokich dawek powodujących ogromny ból, poważny uszczerbek na zdrowiu, a nawet śmierć. Badani po każdej nieprawidłowej odpowiedzi mieli zadać kolejny impuls silniejszy od poprzedniego, aż do końca skali.

Wyniki eksperymentu okazały się wstrząsające. Ponad 90% badanych, pomimo krzyków „ucznia” i jego błagań o zaprzestanie, dotarło do impulsów ze strefy powodującej poważne obrażenia, a przeszło 60% dotarło do ostatniego impulsu powodującego pewną śmierć. Oczywiście tak jak w przypadku eksperymentu profesora Zimbardo także ten poddano ostrej krytyce, co ciekawe ostatnio znów kilku dziennikarzy postanowiło „obalić” wyniki tych badań, ale wystarczy zagłębić się w istotę tych eksperymentów by jasno widzieć, że owo „obalanie” ma służyć tylko popularności „obalających”… w istocie „demaskatorzy” nie odkryli niczego nowego.

Nasz eksperyment

Teraz zróbmy nasz własny eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy częścią takiego badania na skalę krajową. Przywódcy polityczni pełnią rolę „autorytetu” i tak jak u Milgrama wierzymy im i mamy na to swoje powody. Jesteśmy jednocześnie „nauczycielem”, który jest motywowany przez swój „autorytet” ale i przeciwnik ma swoich „nauczycieli”, pełnimy zatem jednocześnie rolę ucznia rażonego prądem przez „nauczyciela” z przeciwnego obozu. Przypominam – to eksperyment!

Teraz wyobraźmy sobie, że przywódcy partyjni nakłaniają posłów, senatorów, swoich żelaznych zwolenników do bezwzględnego posłuszeństwa, tylko po to, aby sprawdzić jak wielu uda się doprowadzić do końca skali z eksperymentu Milgrama. Kilka lat temu doszło do zabójstwa Marka Rosiaka z PiS, a kilka dni temu prezydenta Adamowicza kojarzonego z PO. W obu przypadkach zabójcy wygłaszali kwestie polityczne. Z pewnością nikt nie chciał aby do tego doszło, można też doszukiwać się ich problemów psychicznych i w ten sposób wytłumaczyć sobie te wydarzenia, jednak warto zauważyć, że ludzi zradykalizowanych i niestabilnych emocjonalnie jest w społeczeństwie więcej!

Czy „autorytety” zatrzymały eksperyment? Czy powiedziały – już dość, za wiele to kosztuje? Otóż nie, badanie trwa dalej, a my jesteśmy popychani do wciskania kolejnych przycisków. „Autorytety” z przeciwnych obozów mówią, „jestem bez winy – to tamci są winni”, namawiani jesteśmy do oceny własnego przywódcy przez pryzmat podłości przeciwnika, co usprawiedliwia wszystko po „naszej” stronie. Kolejne polecenia musimy wykonywać, bo „autorytet” wyjaśnia, że inaczej przeciwnik razi nas jeszcze mocniej.

Pewnie tak jak u Milgrama część z nas odmawia rażenia prądem i nie uczestniczy w spirali agresji, przywracając „tradycyjny” dialog z „uczniem” (nawet jeśli postrzegamy go jako „zdrajcę narodowego” lub „ciemnotę”). Tacy szybko konstatują, jak bardzo eksperyment jest szkodliwy dla wszystkich. Część będzie wykonywać polecenia w bezwzględnej wierze, że sukces „autorytetu” będzie naszym wspólnym sukcesem edukacyjnym – nauczymy „ucznia” i nam za to podziękuje… o ile przeżyje.

Po środku zaś jest też grupa ludzi, którzy tak jak u Milgrama wiedzą, że postępują źle, że nic nie usprawiedliwia rażenia prądem, ale nie potrafią sobie poradzić z wpływem „autorytetu”. Rwąc włosy z głowy, złorzecząc i wściekając się, wciskają kolejne przyciski. W istocie ich frustracja popycha ich do jeszcze większej brutalności. Mechanizm jest prosty, skoro „autorytet” zmusza mnie do tak brutalnych działań to znaczy, że „uczeń” jest tak zły, że ja dla niego muszę się też upodlić. To zatem jego wina, że ja – dobry człowiek – muszę czynić zło! Może zatem „przywalić” mu za taką głupotę mocniej i szybciej skończyć ten wstrętny eksperyment?

Zauważmy też, że inaczej niż u Milgrama, „autorytet”, aby przekonać do swoich racji ma do dyspozycji pieniądze z budżetu (główne partie są z niego finansowane), media, specjalistów od socjotechniki, PRu itd., jest więc znacznie lepiej wyposażony niż Milgram. Nic dziwnego, że w tryby bezwzględnej walki „autorytetów” dają się wciągnąć kolejne instytucje, nawet Kościół podzielił sie na obozy i spośród duchownych najbardziej „medialnych” tylko garstka stara się nie wchodzić w rolę „nauczyciela” z eksperymentu. Oczywiście wielką motywacją są pieniążki, które szeroką rzeką płyną do tych, którzy naszą sprawę usprawiedliwiają, a przeciwnikowi potrafią słono „dowalić”.

Najlepszym tego dowodem, jest zatrudnianie znanych z hejtu w sieci osób w mediach… Za przykład podam też duchownego, który na twitterze napisał, że nie można poddawać się „terrorowi miłosierdzia”. Takie słowa stanowią odwrotność posługi, jaką powinien sprawować i patrząc kategoriami religijnymi duchowny ten stanowić może synonim Lucfyera raczej niż tego, co Kościół faktycznie głosi. Takich postaw jest niestety całe mnóstwo. Coraz więcej osób publicznych zapamiętale wysyłając kolejne impulsy elektryczne o coraz większym natężeniu boleśnie rażąc „ucznia”, sami pełnią rolę „autorytetu”. Stając na czele grup zradykalizowanych grup, wyznaczają nowe normy, kształtują nowe standardy.
Tu stanowczo dodam, że są też wspaniali duchowni, politycy, dziennikarze, potrafiący w tym całych zamęcie zachować i prezentować wyznawane Zasady i Wartości – pisane dużymi literami.

Przerwać eksperyment!

Jeśli w ramach eksperymentu uda nam się spojrzeć na ten proces oczyma osoby spoza pomieszczenia, w którym toczy się badanie, jeśli zaglądając przez okno, zobaczymy zasłonę odgradzającą „ucznia” od „nauczyciela”, dostrzeżemy rolę „autorytetu”, który zyskuje satysfakcję ze swojego bania, zapewne później sławę, może władzę i pieniądze, a poranieni „uczeń” i „nauczyciel” okażą się trybikami w jego karierze, to może łatwiej nam zrozumieć będzie spektakl który toczy się w naszym kraju.

Oczywiście, że „autorytetom” zależy na dalszej eskalacji, wszak wyliczyli sobie za pomocą sondażowni (tych usłużnych oraz tych obiektywnych, których wyniki są dostępne tylko liderom), własnych ekspertów, statystyk, że to przynosi wzrost poparcia społecznego. Oczywiście, że każdą tragedię przekalkulują i wykorzystają, aby zwiększyć szanse wyborcze. Jednak dopóki żyjemy w demokracji (nawet niedoskonałej i ograniczonej), wciąż to my – ludzie (We the People) decydujemy o tym, jak sytuacja w naszym kraju wygląda. Przerwijmy eksperyment!

Powiedzmy Milgramowi – „Nie będę raził prądem ucznia tylko dlatego że nie zna odpowiedzi na moje ptytania!”. Nie dajmy sobie wmówić, że wschód Polski jest zapóźniony cywilizacyjnie i dlatego głosuje na PiS, a na Zachodzie mieszkają oszołomy i zdrajcy czy inne „ukryte opcje niemieckie” i dlatego głosują na PO. Jedno i drugie ma z rzeczywistością tyle wspólnego, co nic. Zamiast razić się prądem, rozmawiajmy, a jak się nie da bo nas „krew zalewa”, to idźmy w inną stronę, ale nie wbijajmy wirtualnego noża przeciwnikowi dlatego, że popiera nie tego polityka, którego my popieramy. Tylko czy potrafimy? Parę osób nas za to niepolubi, kilku znajomych przestanie obserwować na TT lub Fb, może ktoś zarzucić zdradę… Czy dasz radę z tym żyć? PAmiętaj, że za swoje czyny SAM odpowiadasz, Twój „autorytet” nie wezmie ich na siebie!

Czy potrafisz przerwać eksperyment? Czy możesz swojemu „autorytetowi” powiedzieć NIE?! 

Reklamy

Kiedy zło uderza nożem prosto w serce: o ciemnej stronie natury ludzkiej

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zawsze są jednostki, które potrafią się oprzeć, pozostać na stanowisku Wartości i Zasad wynikających z przekonań, wiedzy, doświadczenia, które nie ulegają deformacji i degeneracji w wyniku nawet największej presji sytuacyjnej lub ideologicznej.

Ważne jest, by w miarę obiektywnie dostrzegać granice, których przeoczenie staje się niebezpieczne indywidualnie – gdy sami odczuwamy gotowość do czynienia zła (Efekt Lucy Phere) oraz społecznie – gdy całe grupy samonapędzając się dążą do „ostatecznych rozstrzygnięć”.

A zatem ważne, by dostrzec przesuwanie się granicy tzw. normy, która wyznacza to co dopuszczalne, a poza którą uznajemy coś za niezgodne z prawem (norma prawna) lub Zasadami i Wartościami (norma moralna). Obie granice można przesuwać i czynią to kręgi decyzyjne, ale też opiniotwórcze (politycy, media, duchowni itp.). Niestety to przesuwanie norm w stronę agresji,, konfliktu, często jest kalkulowane jako korzystne dla notowań wyborczych, oglądalności, słuchalności, czytalności, klikalności mediów czy wzmacnia mobilizację w imię własnej religii.

Tutaj szczególna rola przypada „autorytetom”, które wyznaczają przesunięcie granicy norm. To ludzie bardzo popularni, na których wzorują się tysiące osób, ale ich cele nie służą dobru wspólnemu, tylko własnemu lub małej grupie ograniczonej do własnego „plemienia”, a faktycznie do jego kręgu decyzyjnego (takie plemię można długo oszukiwać, np za pomocą propagandy, że wyniszczanie przeciwników jest dla nich korzystne). To osoby posługujące się triadą ciemnych cech osobowości. To oni „sankcjonują” to, czy granica normy jest już w nowym miejscu i często zupełnie otwarcie to komunikują, twierdząc, że np. obecnie w Polsce trwa wojna, a więc trzeba nadzwyczajnych działań, innej wrażliwości, można więcej, aż do pokonania przeciwnika, „a potem przywrócimy normy”… To oczywiście część drogi do zła i nic jej nie usprawiedliwia.

Wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczymy, a gdy ktoś ma dość i woła „nie chcę żyć polityką”, jak robił to w swojej piosence Paweł Domagała, spotyka się z ostrą krytyką, że przecież nie jest to postawa obywatelska. Oczywiście racja, społeczeństwo obywatelskie ma się angażować w politykę, ale jeśli z drugiej strony dla wielu cały ten dyskurs podzielonego na „plemiona” społeczeństwa kogoś nie przekonuje, jeżeli ktoś nie znajduje swojej reprezentacji politycznej, nie jest w stanie odnaleźć nawet tzw. mniejszego zła, to czy ma pójść na studia politologiczne, szkolenia z zakresu komunikacji medialnej? Ludzie na różne sposoby szukają dystansu i nie każdy musi potrafić rozpoznawać prawdziwe intencje ukryte za polityczną demagogią. Paweł Domagała być może do wyborów pójdzie, ale zwyczajnie nie chce żyć polityką nieustannie, bo chce poświęcać czas swojej rodzinie i… MA RACJĘ!

To właśnie ci, którzy nawołują do wstąpienia do „plemienia”, chwycenia wirtualnego „noża” w dłonie i „ataku na „zdrajcę narodowego” lub „zapóźnionego cywilizacyjnie” przeciwnika przyczyniają się do tego, że zło zyskuje, że się rozpowszechnia.

To zablokowanie debaty o czynach, wydarzeniach, a w to miejsce wstawianie szkodliwych generalizacji w coraz ostrzejszym tonie, popycha ludzi poza granice wcześniejszych norm! „Autorytety” przybijają pieczątkę z napisem „akceptuję” (np. w formie „nie pochwalam, ale rozumiem”) i wówczas członkowie zradykalizowanych plemion ruszają do szturmu na twitterze, facebooku, forach dyskusyjnych, komentarzach do artykułów, co często przenosi się do domów rodzinnych, czasem nawet przy stole wigilijnym…

Ludzie mają różną odporność na radykalizację, możliwa jest praca nad budowaniem własnego dystansu i oceny zdarzeń (neuroplastyczność), ale im mocniejsze mechanizmy, tym więcej ludzi można przeciągnąć do „plemienia”, a wówczas radykalizacja przyspiesza gwałtownie, bowiem wewnątrz plemienia, odcinany jest dostęp do innych mediów, odpowiednio interpretowane są wszystkie wypowiedzi polityków, nie miejsca na żadne inne wartości spoza „naszego kręgu”. Nasz „wirtualny nóż” może ciąć na lewo i prawo, a także w centrum (zależnie od opcji) i można to robić bez ograniczeń – jeśli zamkną konto otwieramy następne, czasem kilka na raz. Do tego stosowane są techniki wzmacniające negatywny przekaz (fabryki trolli, boty), aby zradykalizować jak najwięcej ludzi i włączyć do „plemienia”. Przecież to tylko twitter, to tylko hejt. Ktoś napisał mi parę dni temu, że hejt to słowo wytrych. To częste usprawiedliwienia, wytłumaczenie, że przecież hejt to ci drudzy, a my zwalczamy ich hejt i musimy agresywnie bo inaczej to nic nie da…

To czy, a raczej kiedy nóż wirtualny zamieni się w stalowy, zależy od naszej odporności i wewnętrznie wpojonych wartości i zasad. Czy naprawdę wierzycie, że za stalowy nóż w takiej sytuacji złapie tylko „wariat”?

Jeśli tak, to zastanówcie się jeszcze raz! Przecież granica tych norm się przesuwa! „Dziennikarze” na okładkach gazet ubierają i wyposażają osoby publiczne w atrybuty jednoznacznie wrogie wobec naszego „plemienia”, często kojarzące się z użyciem broni lub eksterminacją ludzi… Na osobę, która jest poza normą, mówimy „wariat”, ale skąd wiadomo, kiedy jest się „wariatem”? Przecież wewnątrz „plemienia” normy są już zupełnie inne od tego, co wcześniej uznawaliśmy za normę.

Co dzień tysiące osób używają wirtualnych noży z największą brutalnością, a z historii znamy przypadki, gdy w wyniku skrajnej radykalizacji, zamiana, wirtulanych noży na stalowe, dokonała się błyskawicznie i kosztowała życie tysięcy lub milionów. Oczywiście umiarkowanych jest zawsze więcej niż radykałów, ale też radykałowie nadają wówczas ton, oni nie tylko robią wrzawę, ale w sytuacji, gdy pada hasło „ścinamy topole” (jak w Rwandzie), każdy umiarkowany jest traktowany jak zdrajca i dzieli los przeciwników… Podobnie jak w świecie wirtualnym, nie wystarczy przeciwnik pokonać, robi się to w najokrutniejszy sposób.

Rolą wszystkich, ale szczególnie autorytetów – polityków, ludzi mediów, duchownych, nauczycieli, wychowawców, a przede wszystkim rodziców jest to, by nie dzielić na dobrych i złych, by nie budować świadomości plemiennej, ale szukać zrozumienia, współpracy lub chociażby nie zatrzaskiwać furtek, czy nie burzyć mostów do komunikacji. Jeśli powiemy, że z „nimi” nie można rozmawiać, bo są źli i trzeba ich pokonać, a potem „przywrócimy normy”, to droga do „piekła” otwiera się na oścież i żadnego „potem” już może nie być…

Warto także zacząć sankcjonować mowę nienawiści w sieci. Jak to robić można nauczyć się w niektórych państwach zachodnich, ale i u nas np. Pani Agnieszka Gozdyra kilka razy świetnie pokazała, jak upublicznienie hejtera radykalnie zmienia jego postawę. Taka osoba uświadamia sobie, że nie jest anonimowa i żaden „autorytet”, już jej nie usprawiedliwia, bowiem jej czyny idą na jej indywidualny rachunek w ostatecznym rozliczeniu. Warto zrozumieć, że droga od noża wirtualnego do stalowego trafiającego prosto w serce wcale nie jest taka długa jak się może wydawać…

Nie da się przebić szklanego sufitu? Jeszcze!

Kwestie dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, czynników sukcesu i porażki są podejmowane przez filozofów od wieków. Ostatnio jednak problem ten staje się domeną także innych uczonych, a przede wszystkim okazuje się kwestią interdyscyplinarną. Nowe możliwości badawcze pozwalają na wyciągnięcie bardzo interesujących wniosków, które powinny zmieniać nasze zachowanie, dbałość o rozwój oraz budowanie interakcji z otoczeniem, a w konsekwencji nowych i znacznie lepszych rozwiązań systemowych. 

Machiavelli pisał, że z natury jesteśmy raczej źli, a dopiero instytucje czynią nas dobrymi. Te instytucje jego zdaniem to Religia, Wojsko i Prawo. Uznawał więc, że różnie rozumiany system sprawia, że człowiek staje się dobry. Jednak słabym punktem tej tezy jest to, że system także tworzą ludzie. Oczywiście istotne jest dla kogo i o kim pisał Machiavelli, a wiedząc to, jasne staje się, dlaczego System (zarządzany przez „Księcia”) czyni dobrymi ludzi, którzy mu się podporządkowują.

Podobne przesłanie jest także fundamentem religii chrześcijańskiej, według której rodzimy się z grzechem pierworodnym (z natury źli), a dopiero religia (chrzest) czyni nas dobrymi i zmazuje nasz grzech. Co więcej zaraz potem i tak znów stajemy się grzeszni, bowiem religia zakłada, że wszyscy tacy jesteśmy nieustannie. W trakcie nabożeństwa, niezależnie czy ktoś zrobił coś złego czy nie, klęcząc i bijąc się w piersi powtarza trzykrotnie: „moja wina”, a nawet „moja bardzo wielka wina”. Budowane ciągłe poczucie winy jest tym samym co kształtował Machiavelli w swoim „Księciu”. Czyli poczuciem, że system jedynie może nas oczyścić w nagrodę za posłuszeństwo. Dlatego tak ważna jest (niezależnie wśród wierzących czy nie) wolność myśli, odpowiedni dystans, interpretacja, dociekanie przyczyn, a nie tylko akceptacja skutków!

Religia ma jednakże swój duchowy wymiar (oprócz instytucjonalnego) i warto na nią także spojrzeć z takiej perspektywy (pisałem o tym w tekście: Duchowość niejedno ma imię). Dla wielu jest ważnym fundamentem pozwalającym odnaleźć równowagę w życiu, niezależnie od naleciałości historycznych w Kościele.

Także Machiavelli miał sporo racji w swoim wywodzie, bowiem istotnie wiele czynników wpływa na to jak rozwija się nasze „wnętrze”. W marcowym numerze National Geographic (edycja polska), pojawił się świetny tekst opisujący zmiany w mózgu osób skłonnych do czynienia zła oraz ludzi empatycznych, altruistycznych. Okazuje się, że w rodzinach patologicznych rodzą się dzieci z mózgiem ukształtowanym tak, że „z natury” są bardziej skłonne do patologii. Część tych dzieci jednak zmienia swoje skłonności w trakcie życia, często osiągają sukces stając się autorytetami dla innych (o czym pisałem w dziale „Autorytet w blaskach i cieniach” w 2 numerze czasopisma StratLider).

W tekście w NG pojawia się określenie „społeczny mózg” i odniesienie do jego plastyczności. Tym samym dochodzimy do problematyki z pogranicza kilku (pozornie) zupełnie różnych dziedzin: psychologii, psychologii społecznej, socjologii, a nawet kardiologii. W tym momencie uczeni, którzy sprzeciwiają się interdyscyplinarności tracą grunt pod nogami, bowiem badania nad mózgiem, a zatem zachowaniami człowieka (psychologia) oraz wpływem grupy/społeczeństwa na jednostkę (psychologia społeczna) pozwala wyciągać wnioski dotyczące całych grup społecznych (socjologia), a także okazuje się mieć bezpośredni związek z kardiologią (świetny tekst na ten temat Agnieszki Flis-Plewik w czwartym numerze „Szczęście – podaj dalej”). Powstaje więc kwestia psychodynamiki grup społecznych, która jest z pogranicza socjologii i psychologii społecznej (czym zajmuję się w swojej książce (mam nadzieję na wydanie jej do końca 2018), a jednocześnie plastyczność odpowiednich sekcji mózgu może poprawiać nasze zdrowie fizyczne lub powodować poważne zaburzenia i w efekcie przedwczesną śmierć.

To co sprawia, że jednostki są w stanie zmieniać swoje nastawienie rozwojowe, a co za tym idzie całe społeczeństwa mogą ewoluować, nawet po traumatycznych przeżyciach i stagnacji rozwojowej, nazywa się neuroplastycznością. Odkryta dopiero początkach XX wieku, a potwierdzona ledwie kilka dekad temu neuroplastyczność powinna stać się obiektem refleksji całych społeczeństw i to niezależnie od kultury, religii, strefy klimatycznej itd. Neuroplastyczność dotyczy bowiem człowieka jako takiego, a nie jakiejś jednej grupy. O fenomenie neuroplastyczności pisałem już na blogu dwukrotnie (Duchowość niejedno ma imię, Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości) a także miałem możliwość dyskutować o tym z prof. Zimbardo z którym prowadziłem (jako asystent) wykład na studiach doktoranckich, obejmujący tę problematykę.

Odkrycie neuroplastyczności powinno stać się nowym „kołem zamachowym” dla wielu dziedzin życia. Czynniki systemowe mogą kształtować szczęśliwe społeczeństwa (przykładem, choć nieco kontrowersyjnym może być książka „Duński przepis na szczęście”). Uświadomienie sobie potencjału neuroplastyczności, powinno dawać „zastrzyk adrenaliny” osobom, które straciły wiarę w swoje możliwości. To czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy osiągamy sukces i szczęście, czy starzejemy się w poczuciu klęski i nieszczęścia, zależy w bardzo dużej mierze od nas samych. Oczywiście nie ma sensu negować czynników obiektywnych, które w sposób niejako mechaniczny ograniczają nasze możliwości, jednak jak uczy przykład Jamesa Stockdale’a (którego paradoks opisałem na przykładzie Roberta Kubicy „Robert Kubica jako pozytywny wojownik”) nawet w najtrudniejszych warunkach można pracować z sukcesem nad swoim nastawieniem. O tym pisałem też w trzecim numerze „Szczęście – podaj dalej w tekście pt. „Szczęście: gdzie (kiedy) go szukać?” 

A zatem nawet jeśli uznamy, że czegoś nie potrafimy, że jest jakiś „szklany sufit”, którego nie damy rady nigdy przebić, to zawsze dodajmy sobie krótkie słówko: „jeszcze” („yet” – wzorem Carrol Dweck, która proponuje zawsze dodawać to słowo myśląc o rzeczach pozornie niewykonalnych). Dzięki temu w swojej głowie nie zamykamy odpowiednich „furtek” do których możemy odnaleźć klucz w przyszłości. To zaś pozwala na to, aby nie przegapić kolejnych okazji, których zawsze dostarcza życie.

Parytety nieformalne

Jadąc do pracy usłyszałem w Radiu Zet, że wg badań naukowców z USA okazuje się, że zarządy firm, w których jest więcej kobiet są bardziej efektywne, przynoszą więcej zysku tym firmom. To prawda o której prof. Zimbardo mówi często w swoich wykładach, takie mieszane zespoły wprowadza się w szkołach duńskich, a jednak w biznesie często jest ignorowana.

Skoro przynosi zysk, to dlaczego się taką regułę ignoruje? Przecież to zysk określa byt w wielkim biznesie? Jest tak dlatego, że mimo wszystko psychologia dominuje w wielu obszarach naszego życia, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Manager, który zarządza firmą częściej woli unikać niepewności, niż szukać w niej korzyści. Naturalną skłonnością managera jest dążenie do kontroli nad swoją firmą. Tymczasem wszystkiego zwyczajnie kontrolować się nie da.

Im szybciej taki manager zauważy, że nie wszystko można i trzeba kontrolować, tym szybciej ma szansę na rozwinięcie firmy poza „horyzont jego kontroli”. W końcu jest tylko człowiekiem, a doba ma „tylko” 24 godziny. Zatem prędzej czy później, jeśli stawia na rozwój, będzie musiał zaufać w jakimś stopniu grupie ludzi, stanowiących radę zarządzającą.

I tu właśnie istotna jest różnorodność i tu także kryje się zagrożenie. Szef, który uważa się za przysłowiową Α i Ω (Alfę i Omegę) szuka do takiej rady osób całkowicie mu podporządkowanych – takie klony jego woli, osoby które zwyczajnie „powiększają” jego zasięg kontroli, ale same przy tym nie podejmują inicjatywy. Osoby te nie będą go nigdy krytykować, będą posłusznie wykonywać polecenia i podpowiadać to, co ich zdaniem szef ma na myśli. Zapewne tym sposobem osiągnie częściowo swój cel, klony szefa będą mogły kontrolować firmę w czasie gdy on sam choruje lub wypoczywa.

Jednak korzyść taka wynika tylko z powiększenia zasięgu kontroli, a firma wymaga więcej bodźców niż jedynie kontrola. Gdy rozwój z jakiegoś względu nie będzie spełniał oczekiwań szefa, pojawią się konflikty i szef od swoich klonów będzie oczekiwał wyjaśnień. Może też, jeśli klony z zarządu są rodziną, lub przyjaciółmi, odpowiedzialność za porażki przeniesie się na pozostałych pracowników. Przecież szef (a więc i jego klony) są nieomylne, więc winni muszą być leniwi i/lub chciwi pracownicy? Z pewnością korzystają z dobroci szefa i go oszukują naciągając firmę na koszty.

Szef, który rozumie, że nie wie wszystkiego, że może się czasem „nawet” pomylić, że może mieć gorszy nastrój albo inny powód, dla którego jego efektywność spada, może zdecydowanie zwiększyć możliwości zarządu wprowadzając różnorodność. Dopuszczając (umiarkowaną) krytykę, różne sposoby myślenia, różne temperamenty, poznajemy aspekty funkcjonowania własnej firmy, jej otoczenia i innych ważnych uwarunkowań, których poprzez „klony” nigdy nie poznalibyśmy.

Kobiety zwykle inaczej postrzegają świat niż mężczyźni. Różnice między płciami są wbudowane nie tylko w nasz „kształt fizyczny”, ale przede wszystkim w psychikę. Dzieci w szkole zestawiane w zespoły dziewczynka-chłopiec, zupełnie inaczej rozwiązują zadania niż zespoły jednopłciowe, ale uwaga – tylko jeśli zdołają się porozumieć, a to zależy od tego jakie wartości wpajają im rodzice, jak organizuje to zadanie nauczycielka, czy jakie uwarunkowania istnieją w klasie.

Zatrudnienie kobiety wymaga od managera osobistej odwagi! „Zmierzy” się on bowiem  z osobą, która widzi świat, problemy, rozwój firmy inaczej niż on sam. Dla wielu lepiej uniknąć takiej niepewności mówiąc: „kobieta się nie nadaje”. Może jeśli szef inaczej podejdzie do kwestii zatrudnienia kobiety na takie stanowisko, i uzna, że nie musi się z nią „mierzyć”, że mają być zespołem złożonym „z różnych klocków”, które mimo różnorodności mają do siebie pasować, niepewność zacznie go interesować zamiast straszyć, różnorodność okaże się ciekawa, a nie chaotyczna.

Zawsze byłem przeciwnikiem parytetów formalnych, bo wprowadzały sztuczne zasady i często bardzo niesprawiedliwe normy, ale parytety powinny istnieć w sposób nieformalny, wynikając z naszej mądrości i… odwagi.

Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

Postać Anakina Skywalkera ilustruje interesujący problem transformacji dobra w zło. Nie jest to proces tak fantastyczny jak wydawałoby się z konwencji samego filmu. Na tym przykładzie warto zastanowić się dlaczego ten miły chłopczyk, o błyskotliwym umyśle, później ambitny młodzieniec otoczony opieką dobrych ludzi, za mistrza mający niekonwencjonalnego, ale także dobrego Obi Wana Kenobiego, jednak przechodzi na ciemną stronę mocy i jest gotów wymordować dzieci szkolące się na Jedi a potem zaciekle ścigać wszystkich swoich niedawnych przyjaciół.  

Postać Anakina Skywalkera ilustruje interesujący problem transformacji dobra w zło. Nie jest to proces tak fantastyczny jak wydawałoby się z konwencji samego filmu. Warto zastanowić się dlaczego ten miły chłopczyk, o błyskotliwym umyśle, później ambitny młodzieniec otoczony opieką dobrych ludzi, za mistrza mający niekonwencjonalnego, ale także przecież „dobrego” Obi Wana Kenobiego, jednak przechodzi na ciemną stronę mocy i jest gotów wymordować dzieci szkolące się na Jedi a potem zaciekle ścigać i z pasją zabijać wszystkich swoich niedawnych przyjaciół.  

PrezentacjaswNie będę w tym tekście analizował samego pojęcia dobra czy zła. Można się zastanawiać czy republika, a potem rebelia, to faktycznie strona dobra, a imperium to zło. Pojęcia można dość łatwo odwrócić i dowodzić czegoś zgoła odmiennego. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że jasna strona mocy jest jasna, a ciemna jest ciemna, tak jak „białe jest białe, a czarne jest czarne”. Chodzi bowiem o sam proces transformacji tego, co uznajemy za dobro, w to co uznajemy za zło. Oczywiście samo postrzeganie tego, co jest dobre a co złe jest tu ważne, jednak to, kto i jak może do tego przekonywać, jest w tym tekście kluczowe.

Co zatem sprawiło, że wielu Niemców popierało nazistowskie władze w końcu lat 30tych, a nawet w czasie wojny, gdy dochodziło do oczywistej krzywdy całych grup społecznych, które zostały uznane za ludzi gorszej kategorii? Dlaczego w Rwandzie, żyjący po sąsiedzku ludzie, należący do dwóch różnych plemion, w dużej mierze współzależnych od siebie – Tutsi i Hutu zaczęli się bestialsko mordować? Dalej w kolejce to budowania przerażającego obrazka ludzkich możliwości są Czerwoni Khmerowie, wydarzenia na Wołyniu 43, Brytyjskie obozy w Kenii 52-55, Srebrenica 95, rosyjska pacyfikacja Czeczenii, Abu Ghraib, Al-Kaida, Państwo Islamskie… i wiele innych.

138386538_34e1add807_bCzy zatem rację miał Machiavelli pisząc w „Księciu”, że człowiek jest z natury raczej zły, a dopiero instytucje państwa czynią go dobrym? Wszak w części przedstawionych wyżej przypadków zło pojawiało się wówczas, gdy znikał nadzór państwa. Ale w przypadku Niemiec, brytyjskich obozów w Kenii, rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii, czy zarządzanego przez żołnierzy USA więzienia Abu Ghraib, to właśnie instytucje państwowe inspirowały lub przynajmniej tolerowały deprawacje jakich dopuszczali się jego przedstawiciele. Co także z tymi, którzy w dzieciństwie czy okresie dojrzewania nie zdradzali oznak deprawacji, a jednak w którymś momencie zaczynali czynić zło? Czy państwo jakoś ich do tego popchnęło, albo czy ich i ich ofiary przed tym ustrzegło?

Freud_420aMoże więc Freud miał rację, że działanie człowieka jest determinowane przez skłonności wynikające z tego czego doświadczył w dzieciństwie? To bardzo „wygodna” teza, bo przecież nie da się w 100% określić co i jak mogło wpłynąć na stan świadomości jednostki. Coś co dla dorosłego jest błahe dla kilkuletniego dziecka może stanowić potężną traumę.

Często w nauce pojawiają się stwierdzenia: „teza przyjęta” czy „teza odrzucona”. Zależą one od tego czy i jak bardzo kolejne badania potwierdzają lub negują stwierdzenia wcześniejszych badaczy. Niemniej jeśli teza została postawiona w wyniku badań, które nie były intencjonalnie fałszowane to przecież jakiś fragment rzeczywistości zwykle prezentują. Czy zatem warto odrzucać tezy wynikające z rzetelnych i długoletnich badań? Czy nie powinny one podlegać zamiast tego modyfikacjom? Pomiędzy stwierdzeniami „teza odrzucona” a „teza rozwinięta”, jest jednak zasadnicza różnica. Odrzucanie wynika często z faktu, że kolejny badacz, który przecież korzysta z pracy poprzedników (nawet jeśli jej wyniki neguje) chce własną „prawdę” uczynić najważniejszą. Często czytamy, że Arystoteles odrzucał tezy Platona. Ale czy on sam je rzeczywiście odrzucał? Nigdy tego nie napisał, za to nie zgadzał się z ich częścią i je modyfikował. Właściwym zatem jest napisać Arystoteles rozwijał nauki Platona proponując inne wnioski i rozwiązania.

FOT_5624Dzięki takiemu podejściu można uznać, że zarówno Freud jak i Machiavelli mieli rację, a ich tezy łączy i rozwija kolejny wielki badacz profesor Zimbardo. Autor książki „Efekt Lucyfera, dlaczego dobrzy ludzi czynią zło”, określa trzy grupy czynników popychających do czynienia zła.

Pierwsza grupa to czynniki wewnętrzne. Tu właśnie Zimbardo zgadza się z Freudem. Wiele wydarzeń z dzieciństwa może mieć zasadnicze znaczenie dla naszego postrzegania świata, a w tym dobra czy zła.  W skrajnych warunkach nawet to co powszechnie jest uznawane za największe zło dla danej jednostki może być dobre z jej punktu widzenia. Jednostka taka może w ogóle nie oceniać przez pryzmat dobra czy zła, ale tylko korzyści lub jej braku. Korzyść zastępuje pojęcie dobra a strata jest złem. Wówczas same pojęcia dobra i zła w sensie humanistycznym stają się abstrakcyjne. Dziś w polityce bardzo często tak się właśnie dzieje.

Druga grupa czynników to interakcje. Szczególnie w okresie dojrzewania człowiek bardzo emocjonalnie reaguje na interakcje zarówno w obrębie rodziny, jak w środowisku koleżeńskim czy wreszcie na podłożu uczuciowym. To czynniki, które mogą zmienić diametralnie postrzeganie całego otoczenia i to często w bardzo krótkim czasie. Bywa, i to wcale nie rzadko, że młoda osoba, która bazując na związku z ukochaną/ukochanym buduje plany piękne i dalekosiężne, w chwili rozstania (które często jest zupełnym zaskoczeniem) traci orientację tak bardzo, że nie widzi już nie tylko perspektyw, ale nawet sensu dalszego życia.

Trzecia grupa to czynniki systemowe. Tu z kolei Zimbardo potwierdza i rozwija tezę Machiavellego. Wiele zależy od państwa, grupy etnicznej, grupy religijnej, kultury, itp. Te czynniki są najbardziej związane z psychologią społeczną, która poprzez wiele świetnych (choć często nieetycznych) eksperymentów i przykładów pokazuje dobitnie, jak można w krótkim czasie zmieniać postrzeganie świata zarówno pojedynczych osób, jak i całych grup społecznych.  Eksperymenty Milgrama, Asha czy samego Zimbardo świadczą, że większość przeciętnych ludzi jest bardzo podatna na wpływ systemowy, włącznie ze skłonnością krzywdzenia zupełnie nie znanych sobie innych ludzi (eksperyment Milgrama), lub że pod wpływem grupy jesteśmy w stanie przeczyć własnym zmysłom i np zgadzać się, że widzimy to co chce grupa wbrew oczywistym faktom (eksperyment Asha). Wreszcie sam Zimbardo w swojej książce pokazuje, że ten wpływ może zostać wykorzystany do wykreowania tzw. Efektu Lucyfera lub że efekt ten zachodzi samoistnie.

vader-mask

Dlatego tak intrygująca i ważna była scena przedstawiona na ilustracji obok, w V części Gwiezdnych Wojen, w której Joda wysyła Luke’a do jaskini, gdzie ten ma zmierzyć się ze swoim największym przeciwnikiem i najpotężniejszym strachem czyli samym sobą. Jeśli bowiem uwarunkowania wewnętrzne, system norm i zasad nie jest w człowieku mocno ugruntowany, jeśli nie ma on wystarczająco silnego kręgosłupa moralnego to czynniki systemowe lub interakcje będą miały na niego wpływ przemożny.  Mogą nawet spowodować utratę życia, lub bestialskie krzywdzenie innych ludzi niezależnie czy są czemukolwiek winni czy nie. Tak stało się z ojcem Luke’a, Anakinem i stąd tak wielkie obawy Jody wobec samego Luke’a.