Nie da się przebić szklanego sufitu? Jeszcze!

Kwestie dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, czynników sukcesu i porażki są podejmowane przez filozofów od wieków. Ostatnio jednak problem ten staje się domeną także innych uczonych, a przede wszystkim okazuje się kwestią interdyscyplinarną. Nowe możliwości badawcze pozwalają na wyciągnięcie bardzo interesujących wniosków, które powinny zmieniać nasze zachowanie, dbałość o rozwój oraz budowanie interakcji z otoczeniem, a w konsekwencji nowych i znacznie lepszych rozwiązań systemowych. 

Machiavelli pisał, że z natury jesteśmy raczej źli, a dopiero instytucje czynią nas dobrymi. Te instytucje jego zdaniem to Religia, Wojsko i Prawo. Uznawał więc, że różnie rozumiany system sprawia, że człowiek staje się dobry. Jednak słabym punktem tej tezy jest to, że system także tworzą ludzie. Oczywiście istotne jest dla kogo i o kim pisał Machiavelli, a wiedząc to, jasne staje się, dlaczego System (zarządzany przez „Księcia”) czyni dobrymi ludzi, którzy mu się podporządkowują.

Podobne przesłanie jest także fundamentem religii chrześcijańskiej według której rodzimy się z grzechem pierworodnym (z natury źli), a dopiero religia (chrzest) czyni nas dobrymi i zmazuje nasz grzech. Co więcej zaraz potem i tak znów stajemy się grzeszni, bowiem religia zakłada, że wszyscy tacy jesteśmy nieustannie. W trakcie nabożeństwa niezależnie czy ktoś zrobił coś złego czy nie, klęcząc i bijąc się w piersi powtarza trzykrotnie: „moja wina” a nawet „moja bardzo wielka wina”. Budowane ciągłe poczucie winy jest tym samym co kształtował Machiavelli w swoim „Księciu”. Czyli poczucie, że system jedynie może nas oczyścić w nagrodę za posłuszeństwo. Dlatego tak ważna jest (niezależnie wśród wierzących czy nie) wolność myśli, odpowiedni dystans, interpretacja, dociekanie przyczyn, a nie tylko skutków!

Religia ma jednakże swój duchowy wymiar (oprócz instytucjonalnego) i warto na to także spojrzeć z takiej perspektywy (pisałem o tym w tekście: Duchowość niejedno ma imię). Dla wielu jest ważnym fundamentem pozwalającym odnaleźć równowagę w życiu, niezależnie od naleciałości historycznych w Kościele, z którymi trudno się nie zgodzić.

Także Machiavelli miał sporo racji w swoim wywodzie, bowiem istotnie wiele czynników wpływa na to jak rozwija się nasze „wnętrze”. W marcowym numerze National Geographic (edycja polska), pojawił się świetny tekst opisujący zmiany w mózgu osób skłonnych do czynienia zła oraz ludzi empatycznych, altruistycznych. Okazuje się, że w rodzinach patologicznych rodzą się dzieci z mózgiem ukształtowanym tak, że „z natury” są bardziej skłonne do patologii. Część tych dzieci jednak zmienia swoje skłonności w trakcie życia, często osiągają sukces stając się autorytetami dla innych (o czym pisałem w dziale „Autorytet w blaskach i cieniach” w 2 numerze czasopisma StratLider).

W tekście w NG pojawia się określenie „społeczny mózg” i odniesienie do jego plastyczności. Tym samym dochodzimy do problematyki z pogranicza kilku (pozornie) zupełnie różnych dziedzin: psychologii, psychologii społecznej, socjologii a nawet kardiologii. W tym momencie uczeni, którzy sprzeciwiają się interdyscyplinarności tracą grunt pod nogami, bowiem badania nad mózgiem, a zatem zachowaniami człowieka (psychologia) oraz wpływem grupy/społeczeństwa na jednostkę (psychologia społeczna) pozwala wyciągać wnioski dotyczące całych grup społecznych (socjologia), a także okazuje się mieć bezpośredni związek z kardiologią (świetny tekst na ten temat Agnieszki Flis-Plewik w czwartym numerze „Szczęście – podaj dalej”). Powstaje więc kwestia psychodynamiki grup społecznych, która jest z pogranicza socjologii i psychologii społecznej (czym zajmuję się w swojej książce (mam nadzieję na wydanie jej do końca 2018), a jednocześnie plastyczność odpowiednich sekcji mózgu może poprawiać nasze zdrowie fizyczne lub powodować poważne zaburzenia i w efekcie przedwczesną śmierć.

To co sprawia, że jednostki są w stanie zmieniać swoje nastawienie rozwojowe, a co za tym idzie całe społeczeństwa mogą ewoluować, nawet po traumatycznych przeżyciach i stagnacji rozwojowej, nazywa się neuroplastycznością. Odkryta dopiero początkach XX wieku, a potwierdzona ledwie kilka dekad temu neuroplastyczność powinna stać się obiektem refleksji całych społeczeństw i to niezależnie od kultury, religii, strefy klimatycznej itd. Neuroplastyczność dotyczy bowiem człowieka jako takiego, a nie jakiejś grupy. O fenomenie neuroplastyczności pisałem już na blogu dwukrotnie (Duchowość niejedno ma imię, Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości) a także miałem możliwość dyskutować o tym z prof. Zimbardo z którym prowadziłem (jako asystent) wykład na studiach doktoranckich, obejmujący tą problematykę.

Odkrycie neuroplastyczności powinno stać się nowym „kołem zamachowym” dla wielu dziedzin życia. Czynniki systemowe mogą kształtować szczęśliwe społeczeństwa (przykładem, choć nieco kontrowersyjnym może być książka „Duński przepis na szczęście”). Uświadomienie sobie potencjału neuroplastyczności, powinno dawać „zastrzyk adrenaliny” osobom, które straciły wiarę w swoje możliwości. To czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy osiągamy sukces i szczęście, czy starzejemy się w poczuciu klęski i nieszczęścia, zależy w bardzo dużej mierze od nas samych. Oczywiście nie ma sensu negować czynników obiektywnych, które w sposób niejako mechaniczny ograniczają nasze możliwości, jednak jak uczy przykład Jamesa Stockdale’a (którego paradoks opisałem na przykładzie Roberta Kubicy „Robert Kubica jako pozytywny wojownik”) nawet w najtrudniejszych warunkach można pracować z sukcesem nad swoim nastawieniem. O tym pisałem też w trzecim numerze „Szczęście – podaj dalej w tekście pt. „Szczęście: gdzie (kiedy) go szukać?” 

A zatem nawet jeśli uznamy, że czegoś nie potrafimy, że jest jakiś „szklany sufit”, którego nie damy rady nigdy przebić, to zawsze dodajmy sobie krótkie słówko: „jeszcze” („yet” – wzorem Carrol Dweck, która proponuje zawsze dodawać to słowo myśląc o rzeczach pozornie niewykonalnych). Dzięki temu w swojej głowie nie zamykamy sobie odpowiednich „furtek” do których możemy odnaleźć klucz w przyszłości. To zaś pozwala na to aby nie przegapić kolejnych okazji, których zawsze dostarcza życie.

Reklamy

Parytety nieformalne

Jadąc do pracy usłyszałem w Radiu Zet, że wg badań naukowców z USA okazuje się, że zarządy firm, w których jest więcej kobiet są bardziej efektywne, przynoszą więcej zysku tym firmom. To prawda o której prof. Zimbardo mówi często w swoich wykładach, takie mieszane zespoły wprowadza się w szkołach duńskich, a jednak w biznesie często jest ignorowana.

Skoro przynosi zysk, to dlaczego się taką regułę ignoruje? Przecież to zysk określa byt w wielkim biznesie? Jest tak dlatego, że mimo wszystko psychologia dominuje w wielu obszarach naszego życia, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Manager, który zarządza firmą częściej woli unikać niepewności, niż szukać w niej korzyści. Naturalną skłonnością managera jest dążenie do kontroli nad swoją firmą. Tymczasem wszystkiego zwyczajnie kontrolować się nie da.

Im szybciej taki manager zauważy, że nie wszystko można i trzeba kontrolować, tym szybciej ma szansę na rozwinięcie firmy poza „horyzont jego kontroli”. W końcu jest tylko człowiekiem, a doba ma „tylko” 24 godziny. Zatem prędzej czy później, jeśli stawia na rozwój, będzie musiał zaufać w jakimś stopniu grupie ludzi, stanowiących radę zarządzającą.

I tu właśnie istotna jest różnorodność i tu także kryje się zagrożenie. Szef, który uważa się za przysłowiową Α i Ω (Alfę i Omegę) szuka do takiej rady osób całkowicie mu podporządkowanych – takie klony jego woli, osoby które zwyczajnie „powiększają” jego zasięg kontroli, ale same przy tym nie podejmują inicjatywy. Osoby te nie będą go nigdy krytykować, będą posłusznie wykonywać polecenia i podpowiadać to, co ich zdaniem szef ma na myśli. Zapewne tym sposobem osiągnie częściowo swój cel, klony szefa będą mogły kontrolować firmę w czasie gdy on sam choruje lub wypoczywa.

Jednak korzyść taka wynika tylko z powiększenia zasięgu kontroli, a firma wymaga więcej bodźców niż jedynie kontrola. Gdy rozwój z jakiegoś względu nie będzie spełniał oczekiwań szefa, pojawią się konflikty i szef od swoich klonów będzie oczekiwał wyjaśnień. Może też, jeśli klony z zarządu są rodziną, lub przyjaciółmi, odpowiedzialność za porażki przeniesie się na pozostałych pracowników. Przecież szef (a więc i jego klony) są nieomylne, więc winni muszą być leniwi i/lub chciwi pracownicy? Z pewnością korzystają z dobroci szefa i go oszukują naciągając firmę na koszty.

Szef, który rozumie, że nie wie wszystkiego, że może się czasem „nawet” pomylić, że może mieć gorszy nastrój albo inny powód, dla którego jego efektywność spada, może zdecydowanie zwiększyć możliwości zarządu wprowadzając różnorodność. Dopuszczając (umiarkowaną) krytykę, różne sposoby myślenia, różne temperamenty, poznajemy aspekty funkcjonowania własnej firmy, jej otoczenia i innych ważnych uwarunkowań, których poprzez „klony” nigdy nie poznalibyśmy.

Kobiety zwykle inaczej postrzegają świat niż mężczyźni. Różnice między płciami są wbudowane nie tylko w nasz „kształt fizyczny”, ale przede wszystkim w psychikę. Dzieci w szkole zestawiane w zespoły dziewczynka-chłopiec, zupełnie inaczej rozwiązują zadania niż zespoły jednopłciowe, ale uwaga – tylko jeśli zdołają się porozumieć, a to zależy od tego jakie wartości wpajają im rodzice, jak organizuje to zadanie nauczycielka, czy jakie uwarunkowania istnieją w klasie.

Zatrudnienie kobiety wymaga od managera osobistej odwagi! „Zmierzy” się on bowiem  z osobą, która widzi świat, problemy, rozwój firmy inaczej niż on sam. Dla wielu lepiej uniknąć takiej niepewności mówiąc: „kobieta się nie nadaje”. Może jeśli szef inaczej podejdzie do kwestii zatrudnienia kobiety na takie stanowisko, i uzna, że nie musi się z nią „mierzyć”, że mają być zespołem złożonym „z różnych klocków”, które mimo różnorodności mają do siebie pasować, niepewność zacznie go interesować zamiast straszyć, różnorodność okaże się ciekawa, a nie chaotyczna.

Zawsze byłem przeciwnikiem parytetów formalnych, bo wprowadzały sztuczne zasady i często bardzo niesprawiedliwe normy, ale parytety powinny istnieć w sposób nieformalny, wynikając z naszej mądrości i… odwagi.

Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

Postać Anakina Skywalkera ilustruje interesujący problem transformacji dobra w zło. Nie jest to proces tak fantastyczny jak wydawałoby się z konwencji samego filmu. Na tym przykładzie warto zastanowić się dlaczego ten miły chłopczyk, o błyskotliwym umyśle, później ambitny młodzieniec otoczony opieką dobrych ludzi, za mistrza mający niekonwencjonalnego, ale także dobrego Obi Wana Kenobiego, jednak przechodzi na ciemną stronę mocy i jest gotów wymordować dzieci szkolące się na Jedi a potem zaciekle ścigać wszystkich swoich niedawnych przyjaciół.  

Postać Anakina Skywalkera ilustruje interesujący problem transformacji dobra w zło. Nie jest to proces tak fantastyczny jak wydawałoby się z konwencji samego filmu. Warto zastanowić się dlaczego ten miły chłopczyk, o błyskotliwym umyśle, później ambitny młodzieniec otoczony opieką dobrych ludzi, za mistrza mający niekonwencjonalnego, ale także przecież „dobrego” Obi Wana Kenobiego, jednak przechodzi na ciemną stronę mocy i jest gotów wymordować dzieci szkolące się na Jedi a potem zaciekle ścigać i z pasją zabijać wszystkich swoich niedawnych przyjaciół.  

PrezentacjaswNie będę w tym tekście analizował samego pojęcia dobra czy zła. Można się zastanawiać czy republika, a potem rebelia, to faktycznie strona dobra, a imperium to zło. Pojęcia można dość łatwo odwrócić i dowodzić czegoś zgoła odmiennego. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że jasna strona mocy jest jasna, a ciemna jest ciemna, tak jak „białe jest białe, a czarne jest czarne”. Chodzi bowiem o sam proces transformacji tego, co uznajemy za dobro, w to co uznajemy za zło. Oczywiście samo postrzeganie tego, co jest dobre a co złe jest tu ważne, jednak to, kto i jak może do tego przekonywać, jest w tym tekście kluczowe.

Co zatem sprawiło, że wielu Niemców popierało nazistowskie władze w końcu lat 30tych, a nawet w czasie wojny, gdy dochodziło do oczywistej krzywdy całych grup społecznych, które zostały uznane za ludzi gorszej kategorii? Dlaczego w Rwandzie, żyjący po sąsiedzku ludzie, należący do dwóch różnych plemion, w dużej mierze współzależnych od siebie – Tutsi i Hutu zaczęli się bestialsko mordować? Dalej w kolejce to budowania przerażającego obrazka ludzkich możliwości są Czerwoni Khmerowie, wydarzenia na Wołyniu 43, Brytyjskie obozy w Kenii 52-55, Srebrenica 95, rosyjska pacyfikacja Czeczenii, Abu Ghraib, Al-Kaida, Państwo Islamskie… i wiele innych.

138386538_34e1add807_bCzy zatem rację miał Machiavelli pisząc w „Księciu”, że człowiek jest z natury raczej zły, a dopiero instytucje państwa czynią go dobrym? Wszak w części przedstawionych wyżej przypadków zło pojawiało się wówczas, gdy znikał nadzór państwa. Ale w przypadku Niemiec, brytyjskich obozów w Kenii, rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii, czy zarządzanego przez żołnierzy USA więzienia Abu Ghraib, to właśnie instytucje państwowe inspirowały lub przynajmniej tolerowały deprawacje jakich dopuszczali się jego przedstawiciele. Co także z tymi, którzy w dzieciństwie czy okresie dojrzewania nie zdradzali oznak deprawacji, a jednak w którymś momencie zaczynali czynić zło? Czy państwo jakoś ich do tego popchnęło, albo czy ich i ich ofiary przed tym ustrzegło?

Freud_420aMoże więc Freud miał rację, że działanie człowieka jest determinowane przez skłonności wynikające z tego czego doświadczył w dzieciństwie? To bardzo „wygodna” teza, bo przecież nie da się w 100% określić co i jak mogło wpłynąć na stan świadomości jednostki. Coś co dla dorosłego jest błahe dla kilkuletniego dziecka może stanowić potężną traumę.

Często w nauce pojawiają się stwierdzenia: „teza przyjęta” czy „teza odrzucona”. Zależą one od tego czy i jak bardzo kolejne badania potwierdzają lub negują stwierdzenia wcześniejszych badaczy. Niemniej jeśli teza została postawiona w wyniku badań, które nie były intencjonalnie fałszowane to przecież jakiś fragment rzeczywistości zwykle prezentują. Czy zatem warto odrzucać tezy wynikające z rzetelnych i długoletnich badań? Czy nie powinny one podlegać zamiast tego modyfikacjom? Pomiędzy stwierdzeniami „teza odrzucona” a „teza rozwinięta”, jest jednak zasadnicza różnica. Odrzucanie wynika często z faktu, że kolejny badacz, który przecież korzysta z pracy poprzedników (nawet jeśli jej wyniki neguje) chce własną „prawdę” uczynić najważniejszą. Często czytamy, że Arystoteles odrzucał tezy Platona. Ale czy on sam je rzeczywiście odrzucał? Nigdy tego nie napisał, za to nie zgadzał się z ich częścią i je modyfikował. Właściwym zatem jest napisać Arystoteles rozwijał nauki Platona proponując inne wnioski i rozwiązania.

FOT_5624Dzięki takiemu podejściu można uznać, że zarówno Freud jak i Machiavelli mieli rację, a ich tezy łączy i rozwija kolejny wielki badacz profesor Zimbardo. Autor książki „Efekt Lucyfera, dlaczego dobrzy ludzi czynią zło”, określa trzy grupy czynników popychających do czynienia zła.

Pierwsza grupa to czynniki wewnętrzne. Tu właśnie Zimbardo zgadza się z Freudem. Wiele wydarzeń z dzieciństwa może mieć zasadnicze znaczenie dla naszego postrzegania świata, a w tym dobra czy zła.  W skrajnych warunkach nawet to co powszechnie jest uznawane za największe zło dla danej jednostki może być dobre z jej punktu widzenia. Jednostka taka może w ogóle nie oceniać przez pryzmat dobra czy zła, ale tylko korzyści lub jej braku. Korzyść zastępuje pojęcie dobra a strata jest złem. Wówczas same pojęcia dobra i zła w sensie humanistycznym stają się abstrakcyjne. Dziś w polityce bardzo często tak się właśnie dzieje.

Druga grupa czynników to interakcje. Szczególnie w okresie dojrzewania człowiek bardzo emocjonalnie reaguje na interakcje zarówno w obrębie rodziny, jak w środowisku koleżeńskim czy wreszcie na podłożu uczuciowym. To czynniki, które mogą zmienić diametralnie postrzeganie całego otoczenia i to często w bardzo krótkim czasie. Bywa, i to wcale nie rzadko, że młoda osoba, która bazując na związku z ukochaną/ukochanym buduje plany piękne i dalekosiężne, w chwili rozstania (które często jest zupełnym zaskoczeniem) traci orientację tak bardzo, że nie widzi już nie tylko perspektyw, ale nawet sensu dalszego życia.

Trzecia grupa to czynniki systemowe. Tu z kolei Zimbardo potwierdza i rozwija tezę Machiavellego. Wiele zależy od państwa, grupy etnicznej, grupy religijnej, kultury, itp. Te czynniki są najbardziej związane z psychologią społeczną, która poprzez wiele świetnych (choć często nieetycznych) eksperymentów i przykładów pokazuje dobitnie, jak można w krótkim czasie zmieniać postrzeganie świata zarówno pojedynczych osób, jak i całych grup społecznych.  Eksperymenty Milgrama, Asha czy samego Zimbardo świadczą, że większość przeciętnych ludzi jest bardzo podatna na wpływ systemowy, włącznie ze skłonnością krzywdzenia zupełnie nie znanych sobie innych ludzi (eksperyment Milgrama), lub że pod wpływem grupy jesteśmy w stanie przeczyć własnym zmysłom i np zgadzać się, że widzimy to co chce grupa wbrew oczywistym faktom (eksperyment Asha). Wreszcie sam Zimbardo w swojej książce pokazuje, że ten wpływ może zostać wykorzystany do wykreowania tzw. Efektu Lucyfera lub że efekt ten zachodzi samoistnie.

vader-mask

Dlatego tak intrygująca i ważna była scena przedstawiona na ilustracji obok, w V części Gwiezdnych Wojen, w której Joda wysyła Luke’a do jaskini, gdzie ten ma zmierzyć się ze swoim największym przeciwnikiem i najpotężniejszym strachem czyli samym sobą. Jeśli bowiem uwarunkowania wewnętrzne, system norm i zasad nie jest w człowieku mocno ugruntowany, jeśli nie ma on wystarczająco silnego kręgosłupa moralnego to czynniki systemowe lub interakcje będą miały na niego wpływ przemożny.  Mogą nawet spowodować utratę życia, lub bestialskie krzywdzenie innych ludzi niezależnie czy są czemukolwiek winni czy nie. Tak stało się z ojcem Luke’a, Anakinem i stąd tak wielkie obawy Jody wobec samego Luke’a.

 

 

 

[VIDEO] Trzy zasady przy podejmowaniu noworocznego postanowienia!

Często słyszę, że podejmowanie noworocznych postanowień jest niepoważne, bo czym ten dzień różni się od pozostałych, inni twierdzą, że wiara w noworoczną magię jest świadectwem niedojrzałości. Nie zgadzam się z tym. Oczekiwanie zmiany, nowego, lepszego początku, jest stare jak świat. Pisałem o tym sporo w książce „W cieniu boskiego Juliusza”, gdzie symbolika Nowej, złotej ery była obecna niemal we wszystkich wydarzeniach politycznych i społecznych okresu przełomu starej i nowej ery. Takie oczekiwanie jest czymś naturalnym i można je wykorzystać jako element wzmacniający postanowienie. W końcu staramy się utrzymać w postanowieniu z dnia szczególnego bo pierwszego w nowym roku.

Podejmując noworoczne postanowienia musimy przestrzegać trzech zasad. Te zasady muszą wybrzmieć w naszej świadomości dokładnie wraz z tym najważniejszym postanowieniem. Inaczej nic z tego nie wyjdzie.

  1. Postanowienie niech będzie celem strategicznym – dalekosiężnym, nie oczekujmy szybkiej realizacji.

Zatem nie oczekujmy zrzucenia 10 kilo w miesiąc, ale rozłóżmy ten czas na kilka miesięcy itd.

2. Razem z postanowieniem dalekosiężnym, zaplanujmy pierwszy mały kroczek, nie wymagający wielkiego wysiłku, ale pozwalający na umocnienie się w postanowieniu.

Zróbmy kilka prostych ćwiczeń dla poprawienia figury, spalmy o jednego papierosa mniej, zjedzmy jedno ciastko mniej itd.

3. Bierzmy pod uwagę, że po drodze do realizacji celu poniesiemy porażki.

Miejmy na uwadze, że waga może jak jojo wrócić do stanu początkowego, że zdarzą się dni, gdy w nerwach sięgniemy po papierosa, że wypijemy znów o kieliszek za dużo. Pamiętajmy, że praca jaką wykonaliśmy nie poszła na marne! Proces trwa, a porażka jest nieuchronną częścią tego procesu! Jeśli w takim momencie zrezygnujemy to będzie to PORAŻKĄ, a nie to, że mieliśmy słabszy moment.

Jeśli będziemy mieli w głowie te trzy zasady, wówczas cel osiągniemy. Jak wybierać drogę do realizacji celu tak aby ją maksymalnie urealnić mówiłem i pokazywałem w filmie [VIDEO] „Jeż bokser”: Koncepcja strategiczna i przywódcza w wersji dla każdego To także bardzo ważne! U mnie działa super!

 

Ciemna strona księżyca: porażka jako szansa na sukces

Problem porażki jest bardziej skomplikowany niż się to pozornie wydaje. Niby wiemy, że jest nieuchronna (w jakimś momencie życia), niby wiemy, żeby „się nie przejmować”, staramy się aby sobie z nią poradzić, a jednak wywiera poważne piętno na naszych działaniach i życiu. Czasem jedna porażka zmienia nasz cały świat powodując, że po niej zaczynamy podejmować złe decyzje w panicznej obawie przed kolejną porażką. Samonapędzający się mechanizm autodestrukcji bywa nie do zatrzymania. W lżejszej odmianie powoduje stagnację na lata. Dlatego warto korzystać z doświadczeń i tych, którzy takie porażki potrafią wykorzystać i tych, którzy zrozumieli po latach, że porażka ich złamała. 

Wielu ekspertów, badaczy, powołuje się na  przykłady i cytaty największych liderów z tzw. pierwszych stron gazet, którzy odnieśli największe sukcesy. Pełno jest przykładów sukcesów, które inni próbują kopiować. Jest to uzasadnione. Niemniej jest także bardzo wiele osób pozostających w cieniu, którzy taki sukces odnieśli, ale potem wpadli w „otchłań porażki”. Ci drudzy też posiadali cechy charakteru, siłę woli, i doświadczenie, a jednak przegrali.

Warto zatem zestawić doświadczenia tych wielkich – medialnych osobistości, które jednak swoją pozycję budowały bazując na nauce z tymi pozostającymi w cieniu, których doświadczenie jest często nie tylko wartościowe, ale też bardzo pouczające dla innych. Samo kopiowanie wzorców sukcesu może paradoksalnie doprowadzić do katastrofy kogoś nie uwzględniającego możliwości porażki.

Do pierwszej grupy autorytetów, które stały się także gwiazdami mediów zaliczam profesora Philipa Zimbardo. Profesor jest postacią i kontrowersyjną, ale także bardzo popularną. Jest jednocześnie naukowcem, który wciąż prowadzi zaawansowane badania naukowe, publikuje zarówno prace naukowe, jak i popularne. Profesor w swoich wykładach przedstawia wyjaśnienie słowa porażka – FAIL jako: First – pierwsza, Attempt – próba, In – w, Learning – nauce. FAIL

Takie podejście do porażki, pozwala na jej wykorzystanie w procesie budowania własnego potencjału, a to sprawia, że jest ona nie tylko mniej bolesna, ale także przydatna. Służy jako nauka zarówno tego, że nie wszystko da się przewidzieć, ale też uczy jak sami reagujemy na porażkę. To pozwala przewidzieć negatywne skutki i reagować następnym razem tak, by je minimalizować.

W teorii jednak wszystko wydaje się proste. Łatwo napisać słowo FAIL, wytłumaczyć i polecić stosowanie się do zasady. Przykład niegdyś wybitnego kickboksera i boksera, mistrza świata, który poniósł w swojej karierze tylko dwie porażki na ringu – Marka Piotrowskiego pokazuje, jak trudno jest tą zasadę zastosować.

Piotrowski, jak sam opowiada w filmie dokumentalnym pt „Wojownik”, żył zwycięstwami, sukcesami i nie wyobrażał sobie możliwości porażki. Taka presja rzeczywiście dawała mu niesamowitą motywację. Wygrywał wszystko. Gdy jednak doszło do pierwszej porażki w rewanżowej walce z Rickiem Roufusem (czerwiec 1991 rok), Wojownikowi świat się zawalił. Marek  nie był przygotowany na to co się stało.

Pozostała niesamowita waleczność, ale kłopoty zaczęły się piętrzyć. Po kilku kolejnych zwycięstwach, półtora roku od porażki zakontraktowano walkę z Robem Kamanem, co okazało się fatalnym błędem. Drugi pogromca Marka rozmawiając z naszym kickbokserem w filmie „Wojownik” ogromnie chwali jego wielkie serce do walki. Marek nie mógł jednak tej walki wygrać, bowiem był do niej zupełnie nieprzygotowany, a sam Kaman był bardzo silnym i brutalnie walczącym przeciwnikiem w najtwardszej formule dopuszczającej tzw. low kick, czyli kopnięcie w udo. Na filmie można zobaczyć jak wyglądały nogi Marka po tej walce, a jednak się nie poddał i dopiero sędzia widząc, że walka może doprowadzić do kontuzji, a nawet kalectwa Piotrowskiego przerwał masakrowanie naszego Wojownika, przepraszając go. Po latach Kaman oprócz wyrazów podziwu dla męstwa Marka dodał też, że „to było niemądre”. Zarówno Marek, jak i jego ówczesny menadżer dziś przyznają, że ta walka była poważnym błędem.

Do tego doszedł tragiczny rozpad małżeństwa, gdy żona oznajmiła mu, że syn którego razem wychowywali nie jest jego, a zaraz potem doszła poważna choroba, która uniemożliwiła dalszą karierę. Trzy lata po drugiej porażce, Marek stoczył ostatnią walkę. Nigdy już nie przegrał w ringu, jednak jak sam mówi, po tych dwóch porażkach, rozpadzie rodziny i informacji o postępującej chorobie został złamany.

Marek przeżywał porażkę, ale potrafi też ją dziś zrozumieć. Używa do tego bardzo ciekawej analogii. Porównał możliwość porażki do ciemnej strony księżyca. A więc wiemy, że ona tam jest, ale widzimy tylko tę jasną. Ciemnej nie chcemy widzieć i wypieramy ją także z umysłu. Boimy się, bo jej nie znamy. Nie chcemy się „dołować” – po co skoro wszystko idzie dobrze? Dziś psycholodzy sportowi pomagają zrozumieć porażkę wielkim gwiazdom, jednak co z pozostałymi, których nie stać na „prywatnego psychologa”?

Marek PiotrowskiWracając do profesora Zimbardo, jego lekcja (FAIL) nie jest tylko ładnie wyglądającą zbitką słów. On też przeżył swoją porażkę. Już samo wychowanie w dzielnicy Bronx było  dla niego ciężkim przeżyciem o czym opowiada przy okazji swoich wykładów i o czym pisał w książce „Efekt Lucyfera”. Wielki eksperyment, który uczynił go sławnym (Stanfordzki Eksperyment Więzienny) stał się równocześnie jego przekleństwem. Sam o tym z profesorem rozmawiałem wielokrotnie i wiem jak trudne to doświadczenie. Nauka korzysta z tego eksperymentu, jednak wielu nie potrafił wybaczyć tego, w jaki sposób został on zrealizowany, ani też nieliczenia się z konsekwencjami dla młodych ludzi w nim uczestniczących. Sam Profesor mówi dziś, że kiedyś badał zło – także w sobie samym, a dziś niejako w formie rehabilitacji bada dobro oraz to jak w owo zło nie popadać.

Profesor tak jak Marek zobaczył swoją ciemną stronę księżyca, tyle że w odwrotnej kolejności. Marek długo widział tylko tą jasną choć wymagało to od niego wielu wyrzeczeń i poświęceń, natomiast Profesor doświadczył bardzo wcześnie ciemnej i wiedział z czym ma do czynienia.

Czy jednak myślenie o porażce nie osłabia? Pewnie że tak! Nie chodzi o to by kalkulować czy lub kiedy porażka się pojawi. Chodzi o to, by mieć w głowie taki wentyl bezpieczeństwa w postaci zasady FAIL. Inaczej mówiąc, korzystając znów z wykładu prof. Zimbardo, nie ma porażek! FAIL rozszyfrowane przez profesora to szansa na naukę, a nie porażka. Zamiast porażek trzeba widzieć kolejne lekcje!

Nie planuj porażki, ale wiedz, że gdy do niej dojdzie, otrzymasz ważną lekcję która zbuduje Twój potencjał do podejmowania kolejnych wyzwań. Nie myśl zatem o porażce, tylko o lekcji. Dopiero w 1959 roku udało się sfotografować drugą stronę księżyca – niewidoczną z ziemi. Poznanie jej udowodniło, że nie ma tam żadnej wrogiej nam cywilizacji, żadnych potworów o czym pisano wówczas w pismach S-F. Okazało się, że poznanie drugiej strony księżyca było dla nas cenną lekcją i kolejnym ważnym krokiem w badaniu kosmosu.

Zimbardo i Marek

 

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Propaganda jako świadectwo intencji jej autorów

propaganda

Propaganda może stanowić narzędzie nagłaśniające sukcesy, promujące plany, koncentrując się na pozytywach (nazwijmy ją propagandą sukcesu). Jest wówczas częścią PRu i ważnym elementem polityki. Propaganda może być także pełna kłamstw i oszczerstw służąc jedynie manipulacji (niech zostanie propagandą kłamstwa). Nie jest to a priori pojęcie pejoratywne, choć najczęściej taki jest powszechny odbiór. Pisałem o propagandzie w kontekście historycznym (W cieniu boskiego Juliusza)  prezentując oba aspekty i sądzę, że można na sposób prowadzenia działań propagandowych spojrzeć także jak na miernik intencji ich autorów.

Propaganda budowana w sposób profesjonalny, nawet jeśli tworzą ją ludzie o złych intencjach, składa się z obu wymienionych wyżej aspektów. Rzadko się zdarza by w propagandzie zdecydowanie dominował wątek negatywny, czyli zakłamujący, szkalujący przeciwników. Taka propaganda, kreowana na prymitywnym poziomie negatywnych emocji w dalszej perspektywie niszczy także autorytet jej autorów, nawet w oczach wiernych zwolenników (choć nie wyrażą tego wprost). Problemem jednak czasem jest to, że jej autorzy zwyczajnie innej tworzyć nie potrafią, albo nie rozumieją jej konsekwencji.

Zasadniczą sprawą jest zdefiniowanie odbiorcy. To zaś pozwala łatwo ocenić intencje jej autorów. Propaganda sukcesu, która zakłada budowanie wspólnego dobra oprócz koncentracji na sukcesach i promocji planów, nie będzie generowała twardego podziału „my vs oni”, bowiem to prowadzi do degeneracji relacji społecznych, przejawiające się w państwach zachodnich dekadencją demokracji, a finalnie mogące skutkować  efektem Lucy Phere.

Ten efekt jest korzystny tylko dla wąskiej grupy określanej jako tzw. Hate groups, podczas gdy nawet ich zwolennicy poważnie tracą czy to wprost ekonomicznie, czy w kategoriach poczucia bezpieczeństwa, a nawet wolności. Spór taki jest konfliktem osobistym, natomiast jego oś jest preparowana sztucznie tak, aby być trwałą linią podziału dla całego społeczeństwa. Wszak motywy osobiste nie miałyby siły zdolnej pociągnąć większej grupy społecznej.

Dzieje się tak dlatego, że działania propagandowe zbyt jednostronne i radykalne, łamią granice „strefy akceptacji” (Hovland C., Harvey  O. J., Sheriff M., Assimilation and contrast effects in reaction to communication and attitude change, Journal of Abnormal and Social Psychology, 55, 1957, s. 244-252) zdecydowanej większości społeczeństwa. Radykalizm z natury rzeczy jest cechą mniejszości raczej niż ogółu. Liderzy stojący za taką jednostronną „propagandą kłamstwa” w oczach większości społeczeństwa prędzej czy później tracą, w wyniku „rozdźwięk reputacji” (Murray K., Język liderów, Warszawa, s. 57).

Sytuacja taka nie pozostaje jednak bez wpływu na ogół społeczeństwa bowiem liderzy ci, traktujący często władzę jako fetysz powodują trudno- lub nieodwracalne zmiany zarówno w środowisku geopolitycznym, gdzie pole akceptacji błędów (margines błędu) jest uzależnione od położenia i potencjału państwa (dla Polski jest niewielkie), jak i wewnętrznych relacji państwowych, gdzie powstające mury pomiędzy częściami społeczeństwa są  trudne do obalenia.

Dlatego jest tak ważne, aby śledzić jak zmieniają się akcenty w propagandzie. Jednym z takich obszarów jest zestawianie patriotyzmu z nacjonalizmem. Nacjonalizm nie jest bowiem silniejszym patriotyzmem, ale w rozumieniu grup radykalnych (przynajmniej w Polsce) raczej wyznacznikiem wyjątkowości, nieomylności własnej nacji kosztem wszystkich innych. Co gorsza do tej nacji zalicza się tylko jednakowo myślących, wykluczając z niej innych Polaków. W istocie Nacjonalizm nie jest więc umiłowaniem własnego narodu, ale wypaczeniem niszczącym własny naród, zarówno wewnętrznie, jak i na polu międzynarodowym.

Propaganda zaś manipuluje tymi pojęciami, a efektem tego jest kolejny krok, już obecny w Polsce, czyli usprawiedliwianie faszyzmu kosztem narodowego socjalizmu. Tak stopniowo usprawiedliwiając kolejne radykalizmy staczamy się w stronę wspomnianego wcześniej efektu Lucy Phere.

Dlatego niezależnie od poglądów, obserwujmy propagandę przez pryzmat jej jednostronności albo szukania pola do dialogu. Nie gódźmy się na to, że ponoć już nie ma możliwości dialogu, a według niektórych potrzeby utrzymywania demokracji (sic!). Czytajmy tych, których krytykują radykałowie (zwani też „żelaźniakami” z obu stron) ze względu na ich odstępstwo od żelaznej linii partii czy ideologii.

Do Blog