Mój pierwszy maraton

Muszę zacząć od tego, że dokładnie 2 lata temu nagrałem VLOGa w którym namawiałem do aktywności (Jeż bokser), ale sam szukałem takiej, która nie jest bieganiem. Uczciwie przyznałem się, że nie cierpię biegać, to jest dla mnie nudne, namawiam na pływanie, boks, choć jak ktoś lubi biegać to też super, tyle, że to nie dla mnie. Teraz opisuję swój pierwszy maraton, który pobiegłem niemal dokładnie 24 miesiące po nagraniu tej wypowiedzi.

Przebiegnięcie maratonu wymaga treningu. Jedni koncentrują się na celu i po to trenują, inni trenują i po drodze zaczynają udzielać się w amatorskich zawodach. Ja należałem zdecydowanie do tej drugiej grupy. 20 kwietnia 2019 zacząłem biegać w miarę regularnie. Jeszcze w maju to było poniżej 90km miesięcznie, ale w czerwcu już przeszło 200. Lipiec stał pod znakiem kontuzji. Okazało się, że comiesięczny przeskok z 0 do 40, 90 i 202km/miesiąc to zbyt szybko. Bolały pachwiny, łydka, uda, czasem ból był lekki, ale czasem uniemożliwiał bieg. Jednocześnie łapałem bakcyla, więc zamiast odpuścić trochę treningi, przełamywałem ból i biegałem mocniej. Zapłaciłem za to w lipcu, gdy musiałem zupełnie przerwać bieganie na 10 dni, a potem rozpocząć niemal na nowo od lekkich treningów. Lekcja jaką wówczas odebrałem, to 1. Zmienne natężenie treningów na przestrzeni tygodnia, 3. Odpoczynek pomiędzy treningami, 2. Rolowanie mięśni i rozciąganie, rozgrzewka.

Jeszcze w sierpniu br. uważałem, że maraton najwcześniej mogę pobiec latem roku kolejnego. Ale właśnie w sierpniu kontuzje poznikały i biegało mi się coraz lepiej. Gdy wreszcie 11 września przebiegłem 30km poczułem, że dystans maratonu jest w moim zasięgu. Zapisałem się na Maraton Rzeszowski, który zaplanowany był na 7 października. Nie miałem zatem porządnych przygotowań, ale znalazłem w sieci plan treningowy przygotowujący do maratonu i zwyczajnie wyciąłem sobie z niego ostatni miesiąc. Mniej więcej trzymając się tych zaleceń biegałem coraz mocniej i więcej aż na 2 tygodnie przed przebiegłem pierwszy raz 31,5km, choć ze sporym wysiłkiem, przez co troszkę tej pewności siebie ze mnie uszło. Kolejne 2 tygodnie to coraz lżejsze biegi i krótsze dystanse.

Maraton

Założyłem sobie, że z czasu poniżej 4 godziny 30 minut będę zadowolony. Bałem się sytuacji o których słyszałem – skurcze i inne dolegliwości uniemożliwiające bieg niemal całkiem. Oczywiście obserwowałem znajomych z czasami poniżej 4h, 3:30, a nawet poniżej 3h i przez głowę przebiegały myśli – „a może dam radę poniżej 4h?”. Szybko je odganiałem, bo tempo 5:40 pozwalające na taki czas było dla mnie do utrzymania przez 20 a nie 42,195km. Wciąż powtarzałem sobie, że dyscyplina w czasie biegu ma być żelazna: 6min/km od początku do 36-8km i gdybym jakimś cudem miał jeszcze rezerwy to wtedy można przyspieszyć.

Jest moc

Ta umowa z samym sobą, była żelazna aż… do wystrzału startowego. Wtedy stało się to co stać się musiało. Niestety ustawiłem się za bardzo z przodu i wszyscy ci ludzie z żelazną kondycją zaczęli mnie szybko wyprzedzać. Gdy zerknąłem na zegarek, tempo jakie miałem to było 5:10… czyli szybciej niż biegałem na 10km. Dyscypliny starczyło na zwolnienie do 5:30 i uznałem, że tyle trenowałem, nigdy wcześniej nie robiłem takich przygotowań, że moja forma może przewyższać początkowe założenia. Dzień wcześniej biegłem na 5km i tempo 4:40 które było lepsze o 20sek od mojego maksymalnego, jednak utrzymałem do końca. Może więc i teraz tak będzie, a dużej straty z początku już nie nadrobię.

Powoli wpadałem w pułapkę, którą metodycznie sam na siebie zastawiałem. Z każdym kilometrem samopoczucie miałem lepsze, rosła pewność siebie, ale podświadomie czułem, że weryfikacja po połowie biegu nie będzie już możliwa… pułapka powoli zamykała się.

Niemniej te pierwsze 10 kilometrów było bardzo przyjemne, maksymalna produkcja endorfin robiła swoje, czułem siłę, fajna szybkość dodaje skrzydeł. Kibice dopingujący na poboczach, czasem bardzo humorystycznie sprzyjają szybkiemu biegowi. Mijam Most Zamkowy, ulica Szopena, Piłsudskiego, wokół słynnego pomnika ;-), wreszcie Cieplińskiego i tak dalej aż do Rynku, przelatuję przez 3-go Maja niemal bez zadyszki, jest doskonale. Tempo około 5:40 nie jest wymagające (jeśli biegnę na dychę, ewentualnie na 20km) i daje fajne uczucie mocy.

Na dziesiątym kilometrze dobiegam do trasy nad Wisłokiem na której często trenowałem, więc znajomy teren, na którym wylałem sporo potu także dodaje sił.

Odpięty numer i chwila refleksji

Po przebiegnięciu na drugą stronę rzeki, na 14 kilometrze widzę, że biegaczowi który mnie właśnie wyprzedził oderwał się numer i wisi już tylko na jednej agrafce. Zauważyłem to jednak, gdy był dobre kilkanaście metrów przede mną. Dylemat – dogonić i pomóc, żeby nie zgubił numeru, czy zadbać o równe tempo i biec swoje. Przeważa oczywiście swoboda i pokazanie sobie, że mogę przyspieszyć. Doganiam go bardzo szybko i właściwie nie czuję jakiegoś większego przez to zmęczenia. Kolega chowa numer do kieszeni, wymieniamy się kilkoma uwagami o tym jak fajnie się biegnie, że niezła pogoda, ale też mimochodem mówi mi, że celuje w czas poniżej 4 godzin i takie sobie trzyma tempo. Jakby nieco mnie to otrzeźwia, bo taki czas jak zakładałem przed biegiem jest poza zasięgiem.

Zdawało mi się, że zwolniłem rozumiejąc, że robi się niebezpiecznie, ale gdy teraz patrzę na średnie czasy na km, widzę, że nie tylko nie zwolniłem, ale 15 kilometr był trzecim najszybszym w czasie całego biegu… a zatem zwolniłem na moment co znalazło potwierdzenie w tempie chwilowym na zegarku, ale potem musiałem przyspieszyć by tę stratę nadrobić. To jednak było zupełnie poza świadomością.

Brutalna rzeczywistość

Pamiętam doskonale nawrót nad Wisłokiem gdy do półmetka zostało nieco ponad 4km, gdy poczułem pierwsze oznaki takiego zmęczenia, które uświadamiało, że niedługo zacznie się walka. To uświadamia, że owszem kolejne 10, 12km dam radę biec w dobrym tempie, ale co dalej. Nigdy wcześniej nie biegłem więcej niż 31,5 km. Dalej to terra incognita, a przecież naczytałem się o tym jak po 30 kilometrze zachodzą zmiany w organizmie, że brakuje tego paliwa naturalnego itd. Ta świadomość wyraźnie odbija się na czasie, bo tempo na 18 km to po raz pierwszy 6 minut/km (czyli takie jakim miałem biec od początku). Ten 18 kilometr bardzo dobrze pamiętam.

Znów kolejne 3 kilometry przebiegam szybciej i nie potrafię uzasadnić dlaczego… dopiero kilometr 21 jest zrozumiały – przebiegnięcie półmetka (bieg rozgrywany jest w dwóch pętlach, więc półmetek jest jednocześnie metą za kolejne 21km), wrzawa, i „sprężyna” na drugą połówkę. Ale już na moście na Wisłoku zdaję sobie sprawę, że ta druga połówka będzie ciężka. Znów Szopena, Piłsudskiego, Jagiellońska biegnę tempem 6min/km ale jest coraz ciężej. Może nie tyle fizycznie, ale świadomość, że to wciąż kilkanaście km do mety zaczyna przygniatać. Tuż przed wbiegnięciem na Rynek jest krótki odcinek pod górę i tutaj nagle nogi przechodzą w marsz. Głowa się dziwi, a nogi swoje. Ten konflikt „góry” z „dołem” trwa kilkanaście sekund i w końcu nogi dają się przekonać, że przecież dłuższe dystanse niż te 25 km już biegaliśmy.

Przez rynek przebiegam płynnie, ale zatrzymuję się na bufecie po raz pierwszy. Dotąd korzystałem ze swojej wody (plecak) i żeli co 10km. Teraz skorzystałem z kubeczka podanego przez wolontariusza, chyba bardziej by usprawiedliwić postój. Niestety na 3-go Maja to już jest marszobieg.

Drugi oddech

Na 26 kilometrze, koło Zamku Rzeszowskiego jest niewielki zbieg brukowaną uliczką parkową i to znów dodaje sił. Po marszobiegu udało się przywrócić trochę siły nogom. Przez moment błysk, że może kryzys jest za mną i utrzymując wolniejsze tempo jednak dam radę biec non stop do mety. Niestety niewielki podbieg zaraz dalej obnaża naiwność tej myśli…

Kara

Drugi przebieg przez ul. Dąbrowskiego znacznie różni się od tego sprzed godzinki. Teraz częściowo idę częściowo biegnę. Jeszcze po skręcie w Powstańców znów udaje się dłuższy odcinek przebiec, ale zaraz przypłacam to kolejnym osłabieniem… teraz każdy odcinek biegu misi być przeplatany krótkim marszem. Po drodze widzę młodych chłopaków naciągających łydki, widać grymas bólu gdy skurcz ściska nogę. Cieszę się, że tego nie mam, ale też myślę, co będzie dalej… jak nogi zareagują na 35, 40km? Kolejne kilometry to walka o to, by jak najwięcej biec i jak najpóźniej przechodzić w marsz. Najgorzej jest znów na nawrocie nad Wisłokiem na 4km przed metą, gdy nogi w ogóle już odmawiają biegu i zaczynają protestować w kwestii marszu…

Cierpienie

Od 38 kilometra każde podbiegnięcie jest cierpieniem. Jedynie myśl o mecie daje nadzieję. Nie miałem ani raz momentu zwątpienia, myśli o wycofaniu się, tylko żal, że ten czas zepsułem wtedy, gdy beztrosko sobie biegłem porzucając wszystkie założenia jakie zaplanowałem przed biegiem.

Koło 41 km nogi zrobiły się jakieś dziwnie sztywne i jakby nie mogłem im do końca ufać, czy sobie nie pójdą gdzie indziej niż im mózg nakazuje 😉 Takie uczucie nóg z waty, może się ugną i upadnę? Wrażenie, jakbym biegł na szczudłach. Pierwszy raz takie coś czułem, przez co nie całkiem wiedziałem, co się stanie.

Na 40 i 41 km nie jestem w stanie biec dłużej niż 20-30m. Obok biegnie chłopak, który wygląda, że jest w podobnym stanie. Przez 2 km na przemian maszerujemy i biegniemy wyprzedzając się na zmianę. To było bardzo fajne bo gdy on przechodził w marsz, to ja zaczynałem biec, a gdy ja maszerowałem, on biegiem mnie wyprzedzał i dawało mi to siłę. Myślę, że on podobnie to traktował. Szkoda, że za metą gdy widziałem go nie podszedłem i nie poznałem się z nim…

Meta

Wreszcie wybiegam na ostatnią prostą przed Millenium Hall (gdzie zlokalizowana była meta) i myślę, że te ostatnie 300m muszę przebiec. Ale nogi wiedzą swoje i przechodzą w marsz. Myślę, ok, to odpocznijcie jeszcze chwilę, ale na mecie czeka żona, dzieciaki, nie mogę się wlec jak jakiś upiór. Jeszcze 50m marszem i zaczynam powolutku biec.

Na 150m przed metą jest coraz więcej ludzi, dopingu i udaje się utrzymać bieg, aż wreszcie dobiegam do centrum handlowego, a tam z daleka widzę rodzinę i nagle czuję, że dam radę przyspieszyć, wyprzedzam dwóch biegaczy przed samą metą i w tym momencie zdaje mi się, że biegnę sprintem. Dzięki żonie można ten moment obejrzeć na filmie, który zamieściłem na twitterze: Meta maratonu

Pozdrawiam rodzinę machając ręką i „swobodnie” przebiegam przez linię mety. Ale za metą stoi gość z medalem dokładnie naprzeciw mnie a ja widzę, że nie wyhamuję, nogi nie reagują i pakuję się prosto na niego. Całe szczęście jakoś się utrzymał na nogach i nie wyrżnęliśmy obaj na bruk. Wokół widzę trójkę swoich chłopaków, nie zdawałem sobie sprawy, że pobiegli za mną i razem przebiegliśmy linię mety.

Ogromna satysfakcja i ogromne zmęczenie. Potrzeba kilku minut na ławce by znów stanąć na nogi.

Wnioski:

Zawsze trzeba trzymać się strategii ułożonej przed biegiem. Łatwo to powiedzieć, napisać, ale nadal nie wiem jak to sprawić podczas biegu.

Bieg uliczny z punktami żywieniowymi biegać bez zbędnego obciążenia. Plecak przyda się w górach.

Pokonanie maratonu dało mi przekonanie, że mogę biegać długo i daleko. Tydzień po przebiegnięciu linii mety zapisałem się na maraton w Krakowie 27 kwietnia 2020, a wczoraj na ultra – Duch pogórza – 60km w marcu 2020.

Ktoś na twitterze napisał do mnie „witaj w gronie maratończyków” – ogromna satysfakcja!

Na twitterze poznałem grupę wspaniałych biegaczy którzy wręcz promieniują pozytywną energią. Fantastyczna sprawa.

Zestawiając pierwsze akapity tego tekstu z ostatnimi można wysnuć wiosek bardzo „oklepany”, ale i wart każdego kolejnego powtórzenia – że nie wolno sobie zamykać dróg, odbierać szans. Do wszystkiego można dojść, wszystko osiągnąć, a ograniczenia są w naszych głowach… i czasem nieposłusznych nogach.

Szkolenie HIP w Rzeszowie we wrześniu.

Szanowni Państwo kolejne szkolenie z Projektu Bohaterskiej Wyobraźni zostało zaplanowane na wrzesień. Zapraszam do uczestnictwa! Miejsce szkolenia, budynek WSIiZ przy Sucharskiego 2.

Wszystkie informacje na temat szkolenia zawarte są na stronie Centrum Zimbardo ds Rozwiązywania Konfliktów.

StratLider nr 2

Screenshot 2018-04-30 01.42.51

2 StratLider nr 2_2018

Drugi numer czasopisma StratLider zawiera nieco zmieniony układ w stosunku do numeru pierwszego. Zmiany wynikają z uwag jakie spływały po wydaniu pierwszego numeru czasopisma. W obecnym pojawiły się następujące działy:

Strona 2: Geopolityka – czyli wydarzenia ze świata.

Strona 3: Najważniejsze działania StratLider.

Strona 4: Strategia – dział zawierający dwie koncepcje opisane tak by zaprezentować ich znaczenie zarówno przez pryzmmat wielkich organizacji jak i pojedynczych ludzi.

Strona 5: Podobnie jak wyżej, uniwersalne przedstawienie koncepcji przywódczej. Jednej z fundamentalnych a jednocześnie często nie donienanych, czyli front zewnętrzny i front wewnętrzny.

Strona 6: Autorytet w blaskach i cieniach – Postać gen Jamesa Mattisa.

Strona 7: Opowiadanie – drugi odcinek. Ciekaw jestem jak zostanie odebrany, bowie w tej dziedzinie nie mmam doświadczenia. Jedstem gotów zrezygnować z opowiadania, jeśli okaże się, że nie jest to pisarstwo wystarczające dla zaitneresowania czytelnika 🙂

Strona statnia: zawiera opis filmu istotnego z perspektywy StratLider. Ty razem film o Eksperymencie profesora Zimbardo z 1971 roku.

[VIDEO] Marzenia Pozytywnego Wojownika

Film o realizacji marzeń. Zasady są uniwersalne, ich przyswojenie pomaga w trudnych chwilach ale też w momentach, gdy poczujemy się zbyt pewnie.

Trzy zasady realizacji marzeń z życzeniami na nowy 2018 rok, oraz niespodzianka w postaci nowej inicjatywy w ramach projektu StratLider!

Film nawiązuje do Vlog6 – realizacji postanowień.

Rozwinięciem tego filmu jest tekst: Jakie możliwości ma człowiek w małej łódce na środku oceanu? Może zostać pozytywnym wojownikiem!

Kolejne dwa,które mówią o potrzebie mobilizacji oraz o tym, że czasem trzeba zaakceptować porażkę:

[VIDEO] Czasem trzeba się wkurzyć by coś zmienić!

Głową muru nie przebijesz

 

Powrót do Vloga

Głową muru nie przebijesz

Nie chwycisz wiatru w garść, podobnie jak głową muru nie przebijesz… Gdy sobie wszystko zaplanujesz, przygotujesz się najlepiej jak potrafisz, a do tego masz stosunek emocjonalny do miejsca wydarzenia i jeszcze wydarzenie jest szczególnej rangi, jest bardzo trudno zrezygnować. 

Tak się złożyło, że pierwszy raz nie dojechałem na wydarzenie, w którym miałem pełnić rolę inną niż widza. Siedząc na dworcu i widząc rosnące opóźnienie pociągu, który utknął zaledwie 30 kilometrów przed Rzeszowem, a który miał mnie dowieźć do Szczecina na promocję książki „Nie chwycisz wiatru w garść” Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, przez myśl przelatywały mi kolejne plany, opcje, jak można by tam dojechać jeśli pociąg nie dojedzie w ogóle. Pociąg miał wyjechać o 19.22, i już o tej godzinie miał 90 minut opóźnienia. Usiadłem i cierpliwie czekałem, a opóźnienie rosło… 100… 105… 150… 190… 210 minut, aż doszło do 240 minut, po dwóch godzinach czekania…

Na dodatek jestem przeziębiony i  choroba w takich warunkach zaczęła dawać o sobie znać coraz bardziej. Dokupiłem kolejne paczki chusteczek i byłem gotów dalej czekać… w końcu połowę opóźnienia już odczekałem, a nie zwykłem rezygnować z powziętej decyzji. Jednak, gdy Pani w kasie powiedziała, że to opóźnienie z pewnością się jeszcze zwiększy i nie wiadomo o ile, to cały wyjazd zaczął tracić sens.

Pytania jakie przelatywały mi przez głowę to czy pociąg w ogóle przyjedzie? Ile się spóźni i czy w ogóle zdążę na wydarzenie na które jadę? Nawet jeśli zdążę, to w takich warunkach czy choroba nie skończy się jakimś szpitalem? Czy mogłem coś zrobić by uniknąć takiej sytuacji?

A przede wszystkim – Co spowodowało, że do tego doszło? 

Zapewne doprowadził do tego splot przypadkowych wydarzeń, których nie mogłem przewidzieć. Skutkiem tego mimo, że bilety kupiłem zapobiegawczo dwa tygodnie wcześniej, że spakowany byłem dobrze i całkowicie przygotowany, że na dworzec przyjechałem sporo przed czasem, żeby jakiś nieprzewidziany korek lub wypadek nie pokrzyżował mi planów, przygotowane miałem nawet małe upominki na spotkanie z dziećmi ze szkoły Montessori w Szczecinie gdzie miałem z nimi rozmawiać na poważne tematy, a jednak nie udało się uniknąć porażki.

Być może wahnięcie skrzydeł motyla w Przemyślu spowodowało moją porażkę w Rzeszowie. Tak działa chaos. Nie wszystko da się przewidzieć. Upór jest ważny w osiąganiu celów, ale też trzeba wiedzieć, kiedy upór zmienia się w głupotę. Być może mur w który uderzymy głową okaże się tekturową atrapą i wygramy, ale bardziej prawdopodobne, że rozbijemy głowę. Zatem brnąc w próby kontrolowania chaosu na każdym poziomie można sobie poważnie zaszkodzić.

Może warto dalej czekać w takiej sytuacji, a może nie, jednak ważne by podjąć decyzję. Wprawdzie głową muru nie przebiję, ale może da się przeskoczyć lub obejść. Może pokornie akceptując porażkę wynikającą z chaosu dziś, uda się uzyskać wzór w którym nadal chaos będzie dominował, ale całość ułoży się w piękny obrazek – zwany fraktalem „jutro”. Istotą chaosu jest to, że zawsze znajdzie się atraktor, który go porządkuje. Można na taki atraktor czekać, a można go samemu tworzyć. Im więcej powstaje atraktorów tym wzór robi się pełniejszy, a siły tejże natury tworzą piękno takiego wzoru. Fraktale to samopodobne wzory oparte o tzw. atraktory dziwne.

Telefon do organizatorki i autorki książki Doroty pozwolił na wyjaśnienie sytuacji i znalezienie innych opcji. Rano Dorota miała już świetnego prelegenta, który mnie zastąpi, a my jesteśmy umówieni na kolejne wydarzenie, na koniec stycznia 2018, gdzie będę miał okazję na dłuższe wystąpienie. Realizacja spotkania z dziećmi w Montessori (upominków nawet nie wyciągam z plecaka) także może się odbyć wówczas co umawiam z Panią dyrektor Agnieszką Kowalewską. A więc zrealizujemy wszystko czego nie udało się zrobić dzisiaj. Dorota to co miałem powiedzieć, zilustruje przykładem jaki mi się przydarzył korzystając z tego tekstu.

Czy to już fraktal? 😉 Na razie „tylko” atraktor i to… dziwny 😉

Czy ułoży się fraktal nie wiem, dopiero z dystansu widać wzór. Powiem za rok 🙂