Mój pierwszy maraton

Muszę zacząć od tego, że dokładnie 2 lata temu nagrałem VLOGa w którym namawiałem do aktywności (Jeż bokser), ale sam szukałem takiej, która nie jest bieganiem. Uczciwie przyznałem się, że nie cierpię biegać, to jest dla mnie nudne, namawiam na pływanie, boks, choć jak ktoś lubi biegać to też super, tyle, że to nie dla mnie. Teraz opisuję swój pierwszy maraton, który pobiegłem niemal dokładnie 24 miesiące po nagraniu tej wypowiedzi.

Przebiegnięcie maratonu wymaga treningu. Jedni koncentrują się na celu i po to trenują, inni trenują i po drodze zaczynają udzielać się w amatorskich zawodach. Ja należałem zdecydowanie do tej drugiej grupy. 20 kwietnia 2019 zacząłem biegać w miarę regularnie. Jeszcze w maju to było poniżej 90km miesięcznie, ale w czerwcu już przeszło 200. Lipiec stał pod znakiem kontuzji. Okazało się, że comiesięczny przeskok z 0 do 40, 90 i 202km/miesiąc to zbyt szybko. Bolały pachwiny, łydka, uda, czasem ból był lekki, ale czasem uniemożliwiał bieg. Jednocześnie łapałem bakcyla, więc zamiast odpuścić trochę treningi, przełamywałem ból i biegałem mocniej. Zapłaciłem za to w lipcu, gdy musiałem zupełnie przerwać bieganie na 10 dni, a potem rozpocząć niemal na nowo od lekkich treningów. Lekcja jaką wówczas odebrałem, to 1. Zmienne natężenie treningów na przestrzeni tygodnia, 3. Odpoczynek pomiędzy treningami, 2. Rolowanie mięśni i rozciąganie, rozgrzewka.

Jeszcze w sierpniu br. uważałem, że maraton najwcześniej mogę pobiec latem roku kolejnego. Ale właśnie w sierpniu kontuzje poznikały i biegało mi się coraz lepiej. Gdy wreszcie 11 września przebiegłem 30km poczułem, że dystans maratonu jest w moim zasięgu. Zapisałem się na Maraton Rzeszowski, który zaplanowany był na 7 października. Nie miałem zatem porządnych przygotowań, ale znalazłem w sieci plan treningowy przygotowujący do maratonu i zwyczajnie wyciąłem sobie z niego ostatni miesiąc. Mniej więcej trzymając się tych zaleceń biegałem coraz mocniej i więcej aż na 2 tygodnie przed przebiegłem pierwszy raz 31,5km, choć ze sporym wysiłkiem, przez co troszkę tej pewności siebie ze mnie uszło. Kolejne 2 tygodnie to coraz lżejsze biegi i krótsze dystanse.

Maraton

Założyłem sobie, że z czasu poniżej 4 godziny 30 minut będę zadowolony. Bałem się sytuacji o których słyszałem – skurcze i inne dolegliwości uniemożliwiające bieg niemal całkiem. Oczywiście obserwowałem znajomych z czasami poniżej 4h, 3:30, a nawet poniżej 3h i przez głowę przebiegały myśli – „a może dam radę poniżej 4h?”. Szybko je odganiałem, bo tempo 5:40 pozwalające na taki czas było dla mnie do utrzymania przez 20 a nie 42,195km. Wciąż powtarzałem sobie, że dyscyplina w czasie biegu ma być żelazna: 6min/km od początku do 36-8km i gdybym jakimś cudem miał jeszcze rezerwy to wtedy można przyspieszyć.

Jest moc

Ta umowa z samym sobą, była żelazna aż… do wystrzału startowego. Wtedy stało się to co stać się musiało. Niestety ustawiłem się za bardzo z przodu i wszyscy ci ludzie z żelazną kondycją zaczęli mnie szybko wyprzedzać. Gdy zerknąłem na zegarek, tempo jakie miałem to było 5:10… czyli szybciej niż biegałem na 10km. Dyscypliny starczyło na zwolnienie do 5:30 i uznałem, że tyle trenowałem, nigdy wcześniej nie robiłem takich przygotowań, że moja forma może przewyższać początkowe założenia. Dzień wcześniej biegłem na 5km i tempo 4:40 które było lepsze o 20sek od mojego maksymalnego, jednak utrzymałem do końca. Może więc i teraz tak będzie, a dużej straty z początku już nie nadrobię.

Powoli wpadałem w pułapkę, którą metodycznie sam na siebie zastawiałem. Z każdym kilometrem samopoczucie miałem lepsze, rosła pewność siebie, ale podświadomie czułem, że weryfikacja po połowie biegu nie będzie już możliwa… pułapka powoli zamykała się.

Niemniej te pierwsze 10 kilometrów było bardzo przyjemne, maksymalna produkcja endorfin robiła swoje, czułem siłę, fajna szybkość dodaje skrzydeł. Kibice dopingujący na poboczach, czasem bardzo humorystycznie sprzyjają szybkiemu biegowi. Mijam Most Zamkowy, ulica Szopena, Piłsudskiego, wokół słynnego pomnika ;-), wreszcie Cieplińskiego i tak dalej aż do Rynku, przelatuję przez 3-go Maja niemal bez zadyszki, jest doskonale. Tempo około 5:40 nie jest wymagające (jeśli biegnę na dychę, ewentualnie na 20km) i daje fajne uczucie mocy.

Na dziesiątym kilometrze dobiegam do trasy nad Wisłokiem na której często trenowałem, więc znajomy teren, na którym wylałem sporo potu także dodaje sił.

Odpięty numer i chwila refleksji

Po przebiegnięciu na drugą stronę rzeki, na 14 kilometrze widzę, że biegaczowi który mnie właśnie wyprzedził oderwał się numer i wisi już tylko na jednej agrafce. Zauważyłem to jednak, gdy był dobre kilkanaście metrów przede mną. Dylemat – dogonić i pomóc, żeby nie zgubił numeru, czy zadbać o równe tempo i biec swoje. Przeważa oczywiście swoboda i pokazanie sobie, że mogę przyspieszyć. Doganiam go bardzo szybko i właściwie nie czuję jakiegoś większego przez to zmęczenia. Kolega chowa numer do kieszeni, wymieniamy się kilkoma uwagami o tym jak fajnie się biegnie, że niezła pogoda, ale też mimochodem mówi mi, że celuje w czas poniżej 4 godzin i takie sobie trzyma tempo. Jakby nieco mnie to otrzeźwia, bo taki czas jak zakładałem przed biegiem jest poza zasięgiem.

Zdawało mi się, że zwolniłem rozumiejąc, że robi się niebezpiecznie, ale gdy teraz patrzę na średnie czasy na km, widzę, że nie tylko nie zwolniłem, ale 15 kilometr był trzecim najszybszym w czasie całego biegu… a zatem zwolniłem na moment co znalazło potwierdzenie w tempie chwilowym na zegarku, ale potem musiałem przyspieszyć by tę stratę nadrobić. To jednak było zupełnie poza świadomością.

Brutalna rzeczywistość

Pamiętam doskonale nawrót nad Wisłokiem gdy do półmetka zostało nieco ponad 4km, gdy poczułem pierwsze oznaki takiego zmęczenia, które uświadamiało, że niedługo zacznie się walka. To uświadamia, że owszem kolejne 10, 12km dam radę biec w dobrym tempie, ale co dalej. Nigdy wcześniej nie biegłem więcej niż 31,5 km. Dalej to terra incognita, a przecież naczytałem się o tym jak po 30 kilometrze zachodzą zmiany w organizmie, że brakuje tego paliwa naturalnego itd. Ta świadomość wyraźnie odbija się na czasie, bo tempo na 18 km to po raz pierwszy 6 minut/km (czyli takie jakim miałem biec od początku). Ten 18 kilometr bardzo dobrze pamiętam.

Znów kolejne 3 kilometry przebiegam szybciej i nie potrafię uzasadnić dlaczego… dopiero kilometr 21 jest zrozumiały – przebiegnięcie półmetka (bieg rozgrywany jest w dwóch pętlach, więc półmetek jest jednocześnie metą za kolejne 21km), wrzawa, i „sprężyna” na drugą połówkę. Ale już na moście na Wisłoku zdaję sobie sprawę, że ta druga połówka będzie ciężka. Znów Szopena, Piłsudskiego, Jagiellońska biegnę tempem 6min/km ale jest coraz ciężej. Może nie tyle fizycznie, ale świadomość, że to wciąż kilkanaście km do mety zaczyna przygniatać. Tuż przed wbiegnięciem na Rynek jest krótki odcinek pod górę i tutaj nagle nogi przechodzą w marsz. Głowa się dziwi, a nogi swoje. Ten konflikt „góry” z „dołem” trwa kilkanaście sekund i w końcu nogi dają się przekonać, że przecież dłuższe dystanse niż te 25 km już biegaliśmy.

Przez rynek przebiegam płynnie, ale zatrzymuję się na bufecie po raz pierwszy. Dotąd korzystałem ze swojej wody (plecak) i żeli co 10km. Teraz skorzystałem z kubeczka podanego przez wolontariusza, chyba bardziej by usprawiedliwić postój. Niestety na 3-go Maja to już jest marszobieg.

Drugi oddech

Na 26 kilometrze, koło Zamku Rzeszowskiego jest niewielki zbieg brukowaną uliczką parkową i to znów dodaje sił. Po marszobiegu udało się przywrócić trochę siły nogom. Przez moment błysk, że może kryzys jest za mną i utrzymując wolniejsze tempo jednak dam radę biec non stop do mety. Niestety niewielki podbieg zaraz dalej obnaża naiwność tej myśli…

Kara

Drugi przebieg przez ul. Dąbrowskiego znacznie różni się od tego sprzed godzinki. Teraz częściowo idę częściowo biegnę. Jeszcze po skręcie w Powstańców znów udaje się dłuższy odcinek przebiec, ale zaraz przypłacam to kolejnym osłabieniem… teraz każdy odcinek biegu misi być przeplatany krótkim marszem. Po drodze widzę młodych chłopaków naciągających łydki, widać grymas bólu gdy skurcz ściska nogę. Cieszę się, że tego nie mam, ale też myślę, co będzie dalej… jak nogi zareagują na 35, 40km? Kolejne kilometry to walka o to, by jak najwięcej biec i jak najpóźniej przechodzić w marsz. Najgorzej jest znów na nawrocie nad Wisłokiem na 4km przed metą, gdy nogi w ogóle już odmawiają biegu i zaczynają protestować w kwestii marszu…

Cierpienie

Od 38 kilometra każde podbiegnięcie jest cierpieniem. Jedynie myśl o mecie daje nadzieję. Nie miałem ani raz momentu zwątpienia, myśli o wycofaniu się, tylko żal, że ten czas zepsułem wtedy, gdy beztrosko sobie biegłem porzucając wszystkie założenia jakie zaplanowałem przed biegiem.

Koło 41 km nogi zrobiły się jakieś dziwnie sztywne i jakby nie mogłem im do końca ufać, czy sobie nie pójdą gdzie indziej niż im mózg nakazuje 😉 Takie uczucie nóg z waty, może się ugną i upadnę? Wrażenie, jakbym biegł na szczudłach. Pierwszy raz takie coś czułem, przez co nie całkiem wiedziałem, co się stanie.

Na 40 i 41 km nie jestem w stanie biec dłużej niż 20-30m. Obok biegnie chłopak, który wygląda, że jest w podobnym stanie. Przez 2 km na przemian maszerujemy i biegniemy wyprzedzając się na zmianę. To było bardzo fajne bo gdy on przechodził w marsz, to ja zaczynałem biec, a gdy ja maszerowałem, on biegiem mnie wyprzedzał i dawało mi to siłę. Myślę, że on podobnie to traktował. Szkoda, że za metą gdy widziałem go nie podszedłem i nie poznałem się z nim…

Meta

Wreszcie wybiegam na ostatnią prostą przed Millenium Hall (gdzie zlokalizowana była meta) i myślę, że te ostatnie 300m muszę przebiec. Ale nogi wiedzą swoje i przechodzą w marsz. Myślę, ok, to odpocznijcie jeszcze chwilę, ale na mecie czeka żona, dzieciaki, nie mogę się wlec jak jakiś upiór. Jeszcze 50m marszem i zaczynam powolutku biec.

Na 150m przed metą jest coraz więcej ludzi, dopingu i udaje się utrzymać bieg, aż wreszcie dobiegam do centrum handlowego, a tam z daleka widzę rodzinę i nagle czuję, że dam radę przyspieszyć, wyprzedzam dwóch biegaczy przed samą metą i w tym momencie zdaje mi się, że biegnę sprintem. Dzięki żonie można ten moment obejrzeć na filmie, który zamieściłem na twitterze: Meta maratonu

Pozdrawiam rodzinę machając ręką i „swobodnie” przebiegam przez linię mety. Ale za metą stoi gość z medalem dokładnie naprzeciw mnie a ja widzę, że nie wyhamuję, nogi nie reagują i pakuję się prosto na niego. Całe szczęście jakoś się utrzymał na nogach i nie wyrżnęliśmy obaj na bruk. Wokół widzę trójkę swoich chłopaków, nie zdawałem sobie sprawy, że pobiegli za mną i razem przebiegliśmy linię mety.

Ogromna satysfakcja i ogromne zmęczenie. Potrzeba kilku minut na ławce by znów stanąć na nogi.

Wnioski:

Zawsze trzeba trzymać się strategii ułożonej przed biegiem. Łatwo to powiedzieć, napisać, ale nadal nie wiem jak to sprawić podczas biegu.

Bieg uliczny z punktami żywieniowymi biegać bez zbędnego obciążenia. Plecak przyda się w górach.

Pokonanie maratonu dało mi przekonanie, że mogę biegać długo i daleko. Tydzień po przebiegnięciu linii mety zapisałem się na maraton w Krakowie 27 kwietnia 2020, a wczoraj na ultra – Duch pogórza – 60km w marcu 2020.

Ktoś na twitterze napisał do mnie „witaj w gronie maratończyków” – ogromna satysfakcja!

Na twitterze poznałem grupę wspaniałych biegaczy którzy wręcz promieniują pozytywną energią. Fantastyczna sprawa.

Zestawiając pierwsze akapity tego tekstu z ostatnimi można wysnuć wiosek bardzo „oklepany”, ale i wart każdego kolejnego powtórzenia – że nie wolno sobie zamykać dróg, odbierać szans. Do wszystkiego można dojść, wszystko osiągnąć, a ograniczenia są w naszych głowach… i czasem nieposłusznych nogach.

Eksperyment polityczny!

Eksperymenty robione są po to, abyśmy niejako w soczewce dowiedzieli się o nas wszystkich czegoś ważnego. Co jeszcze bardziej istotne, abyśmy wiedząc o procesach, jakie w wyniku badania są opisywane, potrafili zmienić nasze postępowanie i budować lepsze społeczeństwa, a w wymiarze indywidualnym osiągać satysfakcję w życiu rodzinnym i zawodowym, przez niektórych określaną mianem szczęścia.

Milgram

Większość słyszała o słynnym eksperymencie Milgrama. W skrócie polegał on na tym, że nauczyciel miał przepytywać ucznia, a w razie złych odpowiedzi razić go prądem. Miała to być nowatorska metoda nauczania, zapewniająca szybkie efekty. W istocie „uczeń” był podstawionym aktorem, który miał reagować na impulsy elektryczne w odpowiedni sposób, a „nauczyciel” – osoba na której eksperymentowano, nieświadoma prawdziwych założeń badania, miał zadawać pytania i wciskać impulsy, któe faktycznie nie raziły „ucznia”. W ten sposób Milgram sprawdził, jaką mamy podatność na wykonywanie poleceń zupełnie fikcyjnego autorytetu (prowadzący badanie przebywał w pomieszczeniu ubrany w biały kitel i wydawał polecenia kontynuowania pracy).

Skala impulsów zaczynała się od niewielkich napięć, aż po serię wysokich dawek powodujących ogromny ból, poważny uszczerbek na zdrowiu, a nawet śmierć. Badani po każdej nieprawidłowej odpowiedzi mieli zadać kolejny impuls silniejszy od poprzedniego, aż do końca skali.

Wyniki eksperymentu okazały się wstrząsające. Ponad 90% badanych, pomimo krzyków „ucznia” i jego błagań o zaprzestanie, dotarło do impulsów ze strefy powodującej poważne obrażenia, a przeszło 60% dotarło do ostatniego impulsu powodującego pewną śmierć. Oczywiście tak jak w przypadku eksperymentu profesora Zimbardo także ten poddano ostrej krytyce, co ciekawe ostatnio znów kilku dziennikarzy postanowiło „obalić” wyniki tych badań, ale wystarczy zagłębić się w istotę tych eksperymentów by jasno widzieć, że owo „obalanie” ma służyć tylko popularności „obalających”… w istocie „demaskatorzy” nie odkryli niczego nowego.

Nasz eksperyment

Teraz zróbmy nasz własny eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy częścią takiego badania na skalę krajową. Przywódcy polityczni pełnią rolę „autorytetu” i tak jak u Milgrama wierzymy im i mamy na to swoje powody. Jesteśmy jednocześnie „nauczycielem”, który jest motywowany przez swój „autorytet” ale i przeciwnik ma swoich „nauczycieli”, pełnimy zatem jednocześnie rolę ucznia rażonego prądem przez „nauczyciela” z przeciwnego obozu. Przypominam – to eksperyment!

Teraz wyobraźmy sobie, że przywódcy partyjni nakłaniają posłów, senatorów, swoich żelaznych zwolenników do bezwzględnego posłuszeństwa, tylko po to, aby sprawdzić jak wielu uda się doprowadzić do końca skali z eksperymentu Milgrama. Kilka lat temu doszło do zabójstwa Marka Rosiaka z PiS, a kilka dni temu prezydenta Adamowicza kojarzonego z PO. W obu przypadkach zabójcy wygłaszali kwestie polityczne. Z pewnością nikt nie chciał aby do tego doszło, można też doszukiwać się ich problemów psychicznych i w ten sposób wytłumaczyć sobie te wydarzenia, jednak warto zauważyć, że ludzi zradykalizowanych i niestabilnych emocjonalnie jest w społeczeństwie więcej!

Czy „autorytety” zatrzymały eksperyment? Czy powiedziały – już dość, za wiele to kosztuje? Otóż nie, badanie trwa dalej, a my jesteśmy popychani do wciskania kolejnych przycisków. „Autorytety” z przeciwnych obozów mówią, „jestem bez winy – to tamci są winni”, namawiani jesteśmy do oceny własnego przywódcy przez pryzmat podłości przeciwnika, co usprawiedliwia wszystko po „naszej” stronie. Kolejne polecenia musimy wykonywać, bo „autorytet” wyjaśnia, że inaczej przeciwnik razi nas jeszcze mocniej.

Pewnie tak jak u Milgrama część z nas odmawia rażenia prądem i nie uczestniczy w spirali agresji, przywracając „tradycyjny” dialog z „uczniem” (nawet jeśli postrzegamy go jako „zdrajcę narodowego” lub „ciemnotę”). Tacy szybko konstatują, jak bardzo eksperyment jest szkodliwy dla wszystkich. Część będzie wykonywać polecenia w bezwzględnej wierze, że sukces „autorytetu” będzie naszym wspólnym sukcesem edukacyjnym – nauczymy „ucznia” i nam za to podziękuje… o ile przeżyje.

Po środku zaś jest też grupa ludzi, którzy tak jak u Milgrama wiedzą, że postępują źle, że nic nie usprawiedliwia rażenia prądem, ale nie potrafią sobie poradzić z wpływem „autorytetu”. Rwąc włosy z głowy, złorzecząc i wściekając się, wciskają kolejne przyciski. W istocie ich frustracja popycha ich do jeszcze większej brutalności. Mechanizm jest prosty, skoro „autorytet” zmusza mnie do tak brutalnych działań to znaczy, że „uczeń” jest tak zły, że ja dla niego muszę się też upodlić. To zatem jego wina, że ja – dobry człowiek – muszę czynić zło! Może zatem „przywalić” mu za taką głupotę mocniej i szybciej skończyć ten wstrętny eksperyment?

Zauważmy też, że inaczej niż u Milgrama, „autorytet”, aby przekonać do swoich racji ma do dyspozycji pieniądze z budżetu (główne partie są z niego finansowane), media, specjalistów od socjotechniki, PRu itd., jest więc znacznie lepiej wyposażony niż Milgram. Nic dziwnego, że w tryby bezwzględnej walki „autorytetów” dają się wciągnąć kolejne instytucje, nawet Kościół podzielił sie na obozy i spośród duchownych najbardziej „medialnych” tylko garstka stara się nie wchodzić w rolę „nauczyciela” z eksperymentu. Oczywiście wielką motywacją są pieniążki, które szeroką rzeką płyną do tych, którzy naszą sprawę usprawiedliwiają, a przeciwnikowi potrafią słono „dowalić”.

Najlepszym tego dowodem, jest zatrudnianie znanych z hejtu w sieci osób w mediach… Za przykład podam też duchownego, który na twitterze napisał, że nie można poddawać się „terrorowi miłosierdzia”. Takie słowa stanowią odwrotność posługi, jaką powinien sprawować i patrząc kategoriami religijnymi duchowny ten stanowić może synonim Lucfyera raczej niż tego, co Kościół faktycznie głosi. Takich postaw jest niestety całe mnóstwo. Coraz więcej osób publicznych zapamiętale wysyłając kolejne impulsy elektryczne o coraz większym natężeniu boleśnie rażąc „ucznia”, sami pełnią rolę „autorytetu”. Stając na czele grup zradykalizowanych, wyznaczają nowe normy, kształtują nowe standardy.
Tu stanowczo dodam, że są też wspaniali duchowni, politycy, dziennikarze, potrafiący w tym całych zamęcie zachować i prezentować wyznawane Zasady i Wartości – pisane dużymi literami.

Przerwać eksperyment!

Jeśli w ramach eksperymentu uda nam się spojrzeć na ten proces oczyma osoby spoza pomieszczenia, w którym toczy się badanie, jeśli zaglądając przez okno, zobaczymy zasłonę odgradzającą „ucznia” od „nauczyciela”, dostrzeżemy rolę „autorytetu”, który zyskuje satysfakcję ze swojego bania, może też sławę, władzę i pieniądze, a poranieni „uczeń” i „nauczyciel” okażą się trybikami w jego karierze, to może łatwiej nam zrozumieć będzie spektakl który toczy się w naszym kraju.

Oczywiście, że „autorytetom” zależy na dalszej eskalacji, wszak wyliczyli sobie za pomocą sondażowni (tych usłużnych oraz tych obiektywnych, których wyniki są dostępne tylko liderom), własnych ekspertów, statystyk, że to przynosi wzrost poparcia społecznego. Oczywiście, że każdą tragedię przekalkulują i wykorzystają, aby zwiększyć szanse wyborcze. Jednak dopóki żyjemy w demokracji (nawet niedoskonałej i ograniczonej), wciąż to my – ludzie (We the People) decydujemy o tym, jak sytuacja w naszym kraju wygląda. Przerwijmy eksperyment!

Powiedzmy Milgramowi – „Nie będę raził prądem ucznia tylko dlatego że nie zna odpowiedzi na moje ptytania!”. Nie dajmy sobie wmówić, że wschód Polski jest zapóźniony cywilizacyjnie i dlatego głosuje na PiS, a na Zachodzie mieszkają oszołomy i zdrajcy czy inne „ukryte opcje niemieckie” i dlatego głosują na PO. Jedno i drugie ma z rzeczywistością tyle wspólnego, co nic. Zamiast razić się prądem, rozmawiajmy, a jak się nie da bo nas „krew zalewa”, to idźmy w inną stronę, ale nie wbijajmy wirtualnego noża przeciwnikowi dlatego, że popiera nie tego polityka, którego my popieramy. Tylko czy potrafimy? Parę osób nas za to „zniepolubi”, kilku znajomych przestanie obserwować na TT lub Fb, może ktoś zarzucić zdradę… Czy dasz radę z tym żyć? Pamiętaj, że za swoje czyny SAM odpowiadasz, Twój „autorytet” nie weźmie ich na siebie!

Czy potrafisz przerwać eksperyment? Czy możesz swojemu „autorytetowi” powiedzieć NIE?! 

Kiedy zło uderza nożem prosto w serce: o ciemnej stronie natury ludzkiej

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zawsze są jednostki, które potrafią się oprzeć, pozostać na stanowisku Wartości i Zasad wynikających z przekonań, wiedzy, doświadczenia, które nie ulegają deformacji i degeneracji w wyniku nawet największej presji sytuacyjnej lub ideologicznej.

Ważne jest, by w miarę obiektywnie dostrzegać granice, których przeoczenie staje się niebezpieczne indywidualnie – gdy sami odczuwamy gotowość do czynienia zła (Efekt Lucy Phere) oraz społecznie – gdy całe grupy samonapędzając się dążą do „ostatecznych rozstrzygnięć”.

A zatem ważne, by dostrzec przesuwanie się granicy tzw. normy, która wyznacza to co dopuszczalne, a poza którą uznajemy coś za niezgodne z prawem (norma prawna) lub Zasadami i Wartościami (norma moralna). Obie granice można przesuwać i czynią to kręgi decyzyjne, ale też opiniotwórcze (politycy, media, duchowni itp.). Niestety to przesuwanie norm w stronę agresji,, konfliktu, często jest kalkulowane jako korzystne dla notowań wyborczych, oglądalności, słuchalności, czytalności, klikalności mediów czy wzmacnia mobilizację w imię własnej religii.

Tutaj szczególna rola przypada „autorytetom”, które wyznaczają przesunięcie granicy norm. To ludzie bardzo popularni, na których wzorują się tysiące osób, ale ich cele nie służą dobru wspólnemu, tylko własnemu lub małej grupie ograniczonej do własnego „plemienia”, a faktycznie do jego kręgu decyzyjnego (takie plemię można długo oszukiwać, np za pomocą propagandy, że wyniszczanie przeciwników jest dla nich korzystne). To osoby posługujące się triadą ciemnych cech osobowości. To oni „sankcjonują” to, czy granica normy jest już w nowym miejscu i często zupełnie otwarcie to komunikują, twierdząc, że np. obecnie w Polsce trwa wojna, a więc trzeba nadzwyczajnych działań, innej wrażliwości, można więcej, aż do pokonania przeciwnika, „a potem przywrócimy normy”… To oczywiście część drogi do zła i nic jej nie usprawiedliwia.

Wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczymy, a gdy ktoś ma dość i woła „nie chcę żyć polityką”, jak robił to w swojej piosence Paweł Domagała, spotyka się z ostrą krytyką, że przecież nie jest to postawa obywatelska. Oczywiście racja, społeczeństwo obywatelskie ma się angażować w politykę, ale jeśli z drugiej strony dla wielu cały ten dyskurs podzielonego na „plemiona” społeczeństwa kogoś nie przekonuje, jeżeli ktoś nie znajduje swojej reprezentacji politycznej, nie jest w stanie odnaleźć nawet tzw. mniejszego zła, to czy ma pójść na studia politologiczne, szkolenia z zakresu komunikacji medialnej? Ludzie na różne sposoby szukają dystansu i nie każdy musi potrafić rozpoznawać prawdziwe intencje ukryte za polityczną demagogią. Paweł Domagała być może do wyborów pójdzie, ale zwyczajnie nie chce żyć polityką nieustannie, bo chce poświęcać czas swojej rodzinie i… MA RACJĘ!

To właśnie ci, którzy nawołują do wstąpienia do „plemienia”, chwycenia wirtualnego „noża” w dłonie i „ataku na „zdrajcę narodowego” lub „zapóźnionego cywilizacyjnie” przeciwnika przyczyniają się do tego, że zło zyskuje, że się rozpowszechnia.

To zablokowanie debaty o czynach, wydarzeniach, a w to miejsce wstawianie szkodliwych generalizacji w coraz ostrzejszym tonie, popycha ludzi poza granice wcześniejszych norm! „Autorytety” przybijają pieczątkę z napisem „akceptuję” (np. w formie „nie pochwalam, ale rozumiem”) i wówczas członkowie zradykalizowanych plemion ruszają do szturmu na twitterze, facebooku, forach dyskusyjnych, komentarzach do artykułów, co często przenosi się do domów rodzinnych, czasem nawet przy stole wigilijnym…

Ludzie mają różną odporność na radykalizację, możliwa jest praca nad budowaniem własnego dystansu i oceny zdarzeń (neuroplastyczność), ale im mocniejsze mechanizmy, tym więcej ludzi można przeciągnąć do „plemienia”, a wówczas radykalizacja przyspiesza gwałtownie, bowiem wewnątrz plemienia, odcinany jest dostęp do innych mediów, odpowiednio interpretowane są wszystkie wypowiedzi polityków, nie miejsca na żadne inne wartości spoza „naszego kręgu”. Nasz „wirtualny nóż” może ciąć na lewo i prawo, a także w centrum (zależnie od opcji) i można to robić bez ograniczeń – jeśli zamkną konto otwieramy następne, czasem kilka na raz. Do tego stosowane są techniki wzmacniające negatywny przekaz (fabryki trolli, boty), aby zradykalizować jak najwięcej ludzi i włączyć do „plemienia”. Przecież to tylko twitter, to tylko hejt. Ktoś napisał mi parę dni temu, że hejt to słowo wytrych. To częste usprawiedliwienia, wytłumaczenie, że przecież hejt to ci drudzy, a my zwalczamy ich hejt i musimy agresywnie bo inaczej to nic nie da…

To czy, a raczej kiedy nóż wirtualny zamieni się w stalowy, zależy od naszej odporności i wewnętrznie wpojonych wartości i zasad. Czy naprawdę wierzycie, że za stalowy nóż w takiej sytuacji złapie tylko „wariat”?

Jeśli tak, to zastanówcie się jeszcze raz! Przecież granica tych norm się przesuwa! „Dziennikarze” na okładkach gazet ubierają i wyposażają osoby publiczne w atrybuty jednoznacznie wrogie wobec naszego „plemienia”, często kojarzące się z użyciem broni lub eksterminacją ludzi… Na osobę, która jest poza normą, mówimy „wariat”, ale skąd wiadomo, kiedy jest się „wariatem”? Przecież wewnątrz „plemienia” normy są już zupełnie inne od tego, co wcześniej uznawaliśmy za normę.

Co dzień tysiące osób używają wirtualnych noży z największą brutalnością, a z historii znamy przypadki, gdy w wyniku skrajnej radykalizacji, zamiana, wirtulanych noży na stalowe, dokonała się błyskawicznie i kosztowała życie tysięcy lub milionów. Oczywiście umiarkowanych jest zawsze więcej niż radykałów, ale też radykałowie nadają wówczas ton, oni nie tylko robią wrzawę, ale w sytuacji, gdy pada hasło „ścinamy topole” (jak w Rwandzie), każdy umiarkowany jest traktowany jak zdrajca i dzieli los przeciwników… Podobnie jak w świecie wirtualnym, nie wystarczy przeciwnik pokonać, robi się to w najokrutniejszy sposób.

Rolą wszystkich, ale szczególnie autorytetów – polityków, ludzi mediów, duchownych, nauczycieli, wychowawców, a przede wszystkim rodziców jest to, by nie dzielić na dobrych i złych, by nie budować świadomości plemiennej, ale szukać zrozumienia, współpracy lub chociażby nie zatrzaskiwać furtek, czy nie burzyć mostów do komunikacji. Jeśli powiemy, że z „nimi” nie można rozmawiać, bo są źli i trzeba ich pokonać, a potem „przywrócimy normy”, to droga do „piekła” otwiera się na oścież i żadnego „potem” już może nie być…

Warto także zacząć sankcjonować mowę nienawiści w sieci. Jak to robić można nauczyć się w niektórych państwach zachodnich, ale i u nas np. Pani Agnieszka Gozdyra kilka razy świetnie pokazała, jak upublicznienie hejtera radykalnie zmienia jego postawę. Taka osoba uświadamia sobie, że nie jest anonimowa i żaden „autorytet”, już jej nie usprawiedliwia, bowiem jej czyny idą na jej indywidualny rachunek w ostatecznym rozliczeniu. Warto zrozumieć, że droga od noża wirtualnego do stalowego trafiającego prosto w serce wcale nie jest taka długa jak się może wydawać…

Siedem grzechów PO w opozycji

Ostatni sondaż IBRIS (z 3-4 stycznia 2019), najbardziej w mojej opinii wiarygodnej instytucji tego rodzaju, pokazuje umocnienie się patii rządzącej o niemal 2%, osłabienie głównej partii opozycyjnej o potężne 5%, zniknięcie jej słynnego niegdyś koalicjanta (Nowoczesna poniżej 1% mieści się w granicach błędu statystycznego). W dyskusjach ze zwolennikami PO, często napotykam się na stanowisko zgodnie z którym partia ta nie popełnia i nie popełniała błędów, a to okoliczności niezależne od niej powodują, że nie może przebić tzw. szklanego sufitu, który nie tyle wyznacza jakaś wartość procentowa, co poziom poparcia PiSu. PO zyskuje lub traci, ale zawsze jest niżej w sondażach niż partia rządząca.

Zauważyć należy, że w systemie demokratycznym nieustanne liderowanie PiSu od trzech lat jest fenomenem, bowiem partie zwykle przeżywają kryzys po kilku miesiącach, lub na półmetku pierwszej kadencji, tymczasem w przypadku rządzących, kryzys oznacza liderowanie, tylko z mniejszą przewagą. Po wszystkich „nam się należy”, horrendalnych zarobkach w SSP, które przecież miały być przez „Dobrą zmianę” zracjonalizowane, kuriozalnych wypowiedziach byłego szefa MON i jego dziwacznych decyzjach, kumoterstwie, synekurach i nepotyzmie, gdy cena paliwa jest wyższa niż Niemczech, a cena prądu nie rośnie dzięki centralnemu sterowaniu (co musi mieć fatalne konsekwencje), chaosie w szkolnictwie, który z nieznanych mi przyczyn przez panią minister Zalewską jest nazywany „reformą”, opozycja dawno już powinna przeważać w sondażach zdecydowanie.

Zwalanie wszystkiego na to, że „Ciemny lud” dał się przekupić za 500+, jest zupełnie niepoważne i w samym PO chyba nikt w to nie wierzy. Dlaczego więc PO tak słabo wypada na tle PiS? Niezależnie od sympatii i antypatii politycznych lub też (co ostatnio coraz bardziej powszechne) wiary lub niewiary w danego lidera politycznego, warto analizować mechanizmy jakie prowadzą do sukcesu lub porażki politycznej.

Nie musicie się ze mną zgadzać, rozważcie jednak w spokoju i z dystansem siedem poniższych punktów:

  1. Nieskuteczność Anty-PiS.

„Jeśli liderzy PO mówią, że ich głównym celem jest pokonanie PiS, a liderzy PiS, że dla dobra Polski to oni muszą utrzymać się przy władzy, to przeciętny wyborca, który pochłonięty jest codziennymi obowiązkami, pracą, opiekuje się dziećmi, nie mając czasu na głębsze analizy potencjału partii politycznych, nie widzi między nimi różnicy.”

Gdy piszę o retoryce Anty-PiS stosowanej przez PO, to wielu jej zwolenników odpowiada „przecież mają program”, albo zwyczajnie „to nieprawda”. Ktoś nawet napisał, że słyszy co innego niż ja w wywiadach przedstawicieli PO. Oczywiście, że każdy słyszy to, co chce, ale ja akurat bardzo chcę słyszeć, co PO zamierza zrobić po wygranych wyborach, jak zamierza posprzątać konsekwencje „reformy” pani Zalewskiej i wreszcie faktycznie zreformować edukację, jak chce modernizować Armię, jak ułoży nasze sojusze międzynarodowe po bezprecedensowym zrujnowaniu wszystkich relacji poza USA (i Orbanem) przez PiS. Bardzo chcę o tym wszystkim słyszeć, nawet, jeśli co trzecie słowo ma być przytykiem do obecnie rządzących. Zamiast tego słyszę wciąż, że PiS źle rządzi. To wiem, ale chcę usłyszeć, czy ich następcy będą rządzili lepiej, tak samo, czy jeszcze gorzej.

2. Niemal zupełne ignorowanie własnego programu.

Ależ oczywiście, że PO ma własny program, można nie zgadzać się z jego tym czy innym założeniem, jednak w mojej ocenie to program najbardziej centrowy ze wszystkich partii, do tego o zabarwieniu konserwatywnym, co mi osobiście odpowiada. PO jest wstrzemięźliwa w kwestiach uznawanych za kontrowersyjne w społeczeństwie (jak relacje Państwo-Kościół) i znaczenie lepiej niż np. w N, zrozumiała potrzeby gorzej sytuowanych grup społecznych w Polsce. Nie wdając się w szczegóły, jest to program, który w mojej ocenie nieźle się broni. Wymyślono nawet dobrą i chwytliwą nazwę – PRową – „Sześciopak Koalicji Obywatelskiej”, określany jako „6 kroków do przyszłości”! Wszystkie sześć punktów, to konkretne sprawy, wpadające w ucho. Tylko, że gdy przedstawiciele PO udają się do mediów, to zdają się zapominać o tym programie! Powinni wszędzie od tego zaczynać swoje wypowiedzi, do nich nawiązywać, na nich kończyć, bo takim przekazem docieraliby do ludzi, z których część mogłaby poszukać więcej informacji… Dominacja retoryki „Anty-PiS” powoduje, że niczego nikt nie szuka, nie chce już słuchać, przełącza na inny program w TV i Radiu. Nie chodzi o to, aby nie wskazywać błędów, kolejnych afer, partii rządzącej, ale o to, by proporcje „anty-PiS w stosunku do przekazu nt przyszłości (planów, aktywności, rozwoju) były na korzyść tych drugich.

3. Lider bez zaufania.

Miałem okazję na żywo słuchać lidera PO, pana Grzegorza Schetyny. W jego wypowiedzi także było sporo Anty-PiS, ale poza tym to były bardzo rozsądne treści, z dystansem, bardzo pozytywny przekaz. Jednak, problem braku zaufania wynika z przeszłości. Lider PO nie potrafi się od tego oderwać i wielu mówi, że już tak być musi. Ja uważam inaczej. Gdyby on sam, ale i inni ważni politycy PO zaczęli więcej mówić o tym, co w pkt. 2, gdyby potrafili przyznać, że PiS ma rację w niektórych swoich postulatach, w mojej ocenie zyskaliby na tym, a sam szef PO oderwałby się od negatywnego wizerunku, jaki obecnie przeważa w ogromnej części społeczeństwa. Twierdzenia, że ten wizerunek jest bez znaczenia dla wyborów nie będę komentował, bowiem tak może mówić tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o polityce.

4. Brak rozliczenia się z przyczynami porażki z 2015r

Teraz jest na to już za późno, a niestety w czasie powyborczym PO ten element zupełnie nie wyszedł. To bardzo ważne i gdyby liderzy PO rzetelnie do tego podeszli wkrótce po wyborach, zapewne spowodowałoby chwilowe straty w sondażach, ale jednocześnie położyłoby ważne i solidne fundamenty pod przyszłą retorykę prawdziwej zmiany w Partii, która wyciąga wnioski z błędów. Oczywiście przedstawiciele PO mówili o błędach, ale to były tezy na poziomie „byliśmy za mało agresywni”, „daliśmy się oszukać PiSowi”, „za mało chwaliliśmy się jacy jesteśmy wspaniali”. Takie wypowiedzi nie stanowią rozliczenia się z przyczyn porażki, ale raczej utrwalają i wzmacniają przekaz przeciwnika, który mówił o bucie i arogancji PO. Teraz, gdy partia rządząca nieustannie okazuje butę i arogancję, wyborca odrzuca obie partie, co powoduje wzrost znaczenia polityków spoza tych dwóch obozów (Kukiza, Biedronia, wzmacnia SLD). 

5. Niewypał KO

Zawiązanie Koalicji Obywatelskiej było w moim odczuciu bardzo dobrym krokiem, ale nie tyle na budowanie koalicji, co na PRową zmianę nazwy, którą odtąd mieli kojarzyć wyborcy. PO dla wielu kojarzyła się źle, więc KO może ten obraz nieco zmienić. Dawało to szansę na „nowy początek” dla polityków PO. Tak się nie stało. Moim zdaniem wiele złego dla KO wyrządziła szefowa N, która swoimi wypowiedziami tak drastycznie różniła się od szefa PO (szczególnie w kwestiach socjalnych, dotyczących Kościoła itp.), że cały projekt z daleka wyglądał na prowizoryczny i sztuczny, a przecież KO potrzeba było właśnie wiarygodności i naturalności! Z kolei styl w jakim spacyfikowano N, spowodował, że znów PO wpisała się w retorykę PiSu oskarżającą szefa platformy o autorytaryzm a nawet tyranię ;-). Oczywiście nie wolno bagatelizować tzw. bonusu za współpracę. Otwartość na współpracę, zdolności koalicyjne to przecież miały być znaki rozpoznawcze PO, tymczasem to PiS posiada obecnie koalicję (niezależnie od relacji w jej wnętrzu), a KO po pacyfikacji N pozostała koalicją tylko z nazwy. 

6. Rozmycie tożsamości.

Tożsamość PO jest ważnym punktem odniesienia, bowiem wielu Polaków docenia jak wiele za czasów tej partii zrobiono, niemniej PO popełniła też szereg poważnych błędów, z których nie chciała się rozliczyć w 2015 roku i później (punkt 4). Do tego zupełna rozbieżność wypowiedzi szefowej N i szefa PO metodycznie kompromitowały ciekawy pomysł KO. To powoduje, że przekonani pozostają przekonani, ale zawiedzeni, niezdecydowani, głosujący na PiS jako „mniejsze zło”, nie mają powodu by nawet zastanowić się nad propozycją PO, KO ani tym bardziej POKO. Wciąż pytają, czym jest dziś PO, czy może KO? A może trzeba mówić POKO? To trochę tak jak z Ryszardem Petru mylącym nazwę własnej partii, w przypadku PO też wielu nie wie, do którego bytu się odnosić. Ten chaos widoczny jest też w sondażach. Raz badana jest PO i N oddzielnie, innym razem jako KO, a teraz pojawia się nowy byt POKO i dla wielu obserwatorów sceny politycznej, którzy nie wgłębiają się meandry funkcjonowania klubów parlamentarnych, partii itd., taki stan rzeczy to właśnie rozmycie tożsamości. Do tego dochodzi retoryka „anty-PiS”, która buduje jakieś zręby tożsamości „wojennej”, za którą brak jest widocznej wizji przyszłości. Partia polityczna z samej istoty swego funkcjonowania musi mówić o przyszłości, o współpracy, o budowaniu, a nie tylko o walce, bowiem polityka to sztuka rządzenia, a nie samej walki o władzę. Na początku roku wyborczego, lider powinien zdecydować się na któryś z tych szyldów i zdecydowanie promować go obudowując pozytywnym przekazem. 

7. Aktywność w mediach społecznościowych.

Tutaj sporo się zmieniło. PiS rozleniwiony stale zwycięskimi sondażami zaniechał głębszych działań w sieci zadowalając się poparciem potężnych grup hejterów internetowych. Przekaz pozytywny w tej partii na TT niemal nie istnieje, oprócz propagandy sukcesu, co akurat jest tak toporne, że chyba nie działa nawet na żelaznych zwolenników, niemniej takie zestaw akcentów radykalizuje wielu zwolenników partii rządzącej. Jednocześnie PO wskutek retoryki wojennej zyskała także pokaźne grono hejterów, zwanych popularnie trollami, którzy sądząc, że wspierają swoją partię, tak naprawdę topią ją swoimi bezmyślnymi wpisami. Atakują wszystkich, którzy nie dość euforycznie wypowiadają się o PO i jej szefie. Nie różnią się oni niczym od hejterów partii rządzącej, ale sami się napędzają tym, że przecież są na „wojnie”. Dość zabawnie to wygląda, gdy ci „żołnierze” twitterowi, umazani elektronicznym błotem, unurzani w internetowej krwi, wciskają swoje przekonanie o własnym heroizmie np. żołnierzom, którzy faktycznie na wojnie byli i coś tam więcej niż ich „heroiczny” hejt widzieli. Oczywiście owi hejterzy sprawnie posługują się obelgami, choć nie są w stanie zrozumieć swojej śmieszności. Trudno tu całkiem winę zrzucać na PO, polaryzacja społeczeństwa i jego radykalizacja to efekt większej ilości czynników niż działania partii. Jednakże, jeśli PO chce odróżniać się od PiS, a nowoczesne media to obszar, w którym taka różnica byłaby najlepiej widoczna, politycy PO powinni traktować TT jako część swojej pracy, a nie zło konieczne. Potrzeba tu więcej pozytywnego przekazu, więcej wpisów merytorycznych. To, co mówią w mediach powinno być wzmacniane za pomocą mediów społecznościowych. W tym obszarze warto spojrzeć na działania szefa PSL i oficjalnego konta tej partii. Konta prowadzone z dystansem, humorem, ale też merytorycznie, nawet kampania o nadużyciach PiSu prowadzona przez PSL na TT, była modelowo realizowana. Okazuje się, że nawet „Anty-PiS”, można „uprawiać” lepiej niż robi to PO.

Siedem powyższych punktów wynika z obserwacji życia politycznego. Jest to, owszem krytyka, ale krytyka życzliwa, bowiem zależy mi na dobrej polityce w naszym kraju, na reformach, rozwoju, budowaniu racjonalnej współpracy międzynarodowej, ale też zasypywaniu podziałów w naszym społeczeństwie. O tym wszystkim politycy każdej partii mówią, oczywiście, jednak nie do końca robią cokolwiek w tej kwestii.

I po Mattisie. Zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony USA

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Niemal dwa lata temu pisałem na #StratLider o nominacji gen Jamesa Mattisa na stanowisko Sekretarza Obrony USA, przedstawiłem jego sylwetkę w tekście, a także pisałem o tym dla „Polska the Times”, mówiłem w TV i Radiu. To był ważny moment dla świata i dla Polski. W Wiadomościach TVP moja wypowiedź na ten temat została zatytułowana: „Wściekły pies na czele Pentagonu” opatrzona paskiem o treści, która sugerowała, że nominacja gen Mattisa to dobra wiadomość dla Polski. To była prawda.

Moja praca naukowa koncentruje się na działaniach Sił koalicji w Iraku, piszę o strategii i przywództwie, jakie USA tam zaprezentowały i problem ten jest znacznie bardziej złożony niż się to najczęściej przedstawia (książka już prawie ukończona). W ramach tych badań uczestniczyłem w stypendium naukowym w Hoover Institution, które jest częścią Uniwersytetu Stanforda, gdzie poznałem gen Mattisa, jeszce przed nominacją do administracji prezydenta Trumpa. Wskutek powyższych przyczyn śledziłem bardzo uważnie poczynania administracji USA i szczególnie działania gen Mattisa, jako Sekretarza Obrony, gospodarza potężnego „państwa w państwie”, jakim jest Pentagon.

Aktywność Sekretarza Obrony

Te niespełna dwa lata gen Mattis spędził niezwykle aktywnie, niemal zawsze był w jakiejś podróży, a to do Azji wschodniej, na Bliski Wschód, Europy, itd. Nie wypowiadał się zbyt często dla mediów, choć także nie unikał kontaktu, gdy było trzeba. Ja w tym czasie miałem z nim sporadyczny kontakt mailowy i choć były to krótkie wiadomości, to jednak także dawały mi pewne pojęcie o jego postawie. Z tych wszystkich powodów wydaje mi się, że w dniu ogłoszenia rezygnacji gen Mattisa z funkcji Sekretarza Obrony, (gdy piszę te słowa, w USA jest wciąż ten sam dzień) należy przedstawić kilka wniosków.

Generał, Mattis przez ostatnie dwa lata był ogromnie aktywny. Kiedyś napisałem do niego, że gdy obserwuję jego aktywność mam wrażenie, że z dwóch frontów, na których się prowadzi działania (wewnętrzny i zewnętrzny wg koncepcji Józefa Piłsudskiego), to ten wewnętrzny zdaje się trudniejszy. W odpowiedzi wcale nie spodziewałem się narzekania, wszystko, co wiem o Generale utwierdza mnie zawsze w przekonaniu jak wielki to patriota, jak niezłomne zasady wyznaje. Odpowiedział, że „All’s well on the Potomac front, no problem” (wszystko dobrze na froncie Potomak, nie ma problemu).

Tarcia pomiędzy SecDef i POTUSem

Niemniej z każdym miesiącem nie tylko widać było coraz więcej tarć, ale też działania i wypowiedzi prezydenta nie zawsze korespondowały z wypowiedziami gen Mattisa. Można było odnieść wrażenie, że obaj panowie prowadzą własną politykę, co nie znaczy, że nie było koordynacji. Z moich obserwacji wyciągam wniosek, że gen Mattis nie zaprzeczając słowom i czynom prezydenta, starał się je wykorzystywać tak, by ich skutki nie zakłócały jego działań realizowanych zgodnie ze strategią, którą zresztą uzgodnił z prezydentem.

Dlatego też, gdy Trup mówił o UE jako wrogu, gdy podważał artykuł 5 traktatu NATO, gen Mattis zapewniał o współpracy i całkowitym poświęceniu USA dla sojuszników. Gdy Trump zdawał się mówić „America First – and only”, Matis zmieniał to w „America First – for world’s good”, Gdy Trump ogłaszał sukces rozmów z Kim Dzong Unem, twierdząc, że problem zbrojeń nuklearnych Korei Płn. jest rozwiązany, Mattis ostrzegał przed tym, jak złożone są relacje wewnętrzne w tym małym państwie. Gdy zaś Donald Trump wikłał się w rozmowy z Władimirem Putinem, po jednej z nich twierdząc, że lubi swój wywiad, ale ufa Putinowi w kwestii wpływu Rosji na wybory w USA, Mattis prezentował zawsze jednolite stanowisko wobec Rosji, polegające na tym by rozmawiać, ale jedynie w twardy sposób. Nigdy nie wykluczył też wpływu Kremla na wybór Trumpa.

Fort Trump

Pochlebstwa, które tak działały na Trumpa, nie robiły najmniejszego rażenia na Mattisie, a wręcz wzbudzały jego ostrożność. Gdy więc pojawił się temat „Fort Trump”, jak nietrudno się domyślić, Prezydent okazywał swoją satysfakcję z faktu, iż baza US w Polsce miałaby być tez jego pomnikiem, a gen Mattis, odpowiadał, że sprawdzimy, policzymy, pomówimy oraz, że nazwa nie jest tu najważniejsza. W dealu pt. „Fort Trump” administracji polskiej chodzi o przekonanie takim pochlebstwem i 2 mld dolarów, by baza była permanentna, podczas gdy Mattis przekonuje, że US odchodzą od takich rozwiązań, że bazy rotacyjne są znacznie bardziej korzystne dla sprawności wojsk US, które muszą się przenosić, co jakiś czas, ćwiczyć w różnych środowiskach, nabierać nowego doświadczenia, a także trenować przemieszczanie wojsk, rozbudowywać logistykę itd. Jednocześnie takie bazy mają identyczne oddziaływanie odstraszające wobec Rosji. Innymi słowy zdawał się sugerować, by nie wyrzucać ogromnych pieniędzy w błoto, a zamiast tego rozbudowywać własny potencjał zbrojny.

Rezygnacja Mattisa

Senator Nancy Pelosi zaraz po infromacji o rezygnacji gen Mattisa powiedziała dla ABCNews: „Yes, I am shaken by the resignation of Gen. Mattis, for what it means to our country, for the message it sends to our troops and for the indication of what his view is of the commander-in-chief.” Można zarzucić, że to demokratka, a oceniając po konflikcie w naszym kraju, to musi oznaczać, że rządzący i opozycja nie potrafią zgadzać się na żadnej kwestii, jednak w przypadku gen Mattisa, głosy krytyczne były bardzo sporadyczne zarówno wśród republikanów jak i demokratów. Oskarżać go mogli jedynie skrajni pacyfiści.

Gra pomiędzy Trumpem i Mattisem musiała jednak dobiec końca, bowiem ani prezydent nie mógł nie słyszeć rozdźwięku pomiędzy jego twittami i wypowiedziami Sekretarza Obrony, ani też Mattis nie był w stanie wszystkich, często bardzo chaotycznych działań Trumpa odpowiednio „zagospodarować”. Stopniowo tarcia były coraz większe, czego potwierdzeniem jest wpis na twitterze prezydenta sprzed kilku tygodni, o tym, jakoby Mattis miał być kimś jakby demokratą – „I think he’s sort of a Democrat, if you want to know the truth.”

Konsekwencje rezygnacji dla Polski

Tak jak rezygnacja Mattisa jest ważnym znakiem zarówno dla republikanów jak i demokratów, tak samo powinna być bardzo istotnym sygnałem do refleksji nad Wisłą, bowiem o ile nad Potomakiem mogą się obawiać kłopotów, które co najwyżej nieco obniżą PKB USA, czy osłabią relacje z Meksykiem i na Bliskim Wschodzie, o tyle pomiędzy Zachodem, a Rosją, mamy do stracenia znacznie więcej. Rosja z pewnością od miesięcy, a w zasadzei od trzech lat miała swoje warianty działania na tę okoliczność. Teraz gdy Mattis przestanie mieć jakikolwiek wpływ na Trumpa, Putin z pewnością będzie chciał przetestować nowy układ sił w USA.

Nie twierdzę, że to, co się stało jest jakąś katastrofą dla Polski, ale to, jak zmieni to naszą sytuację zależy od naszych polityków podejmujących kluczowe decyzje. Od ich doświadczenia i wiedzy o sprawach międzynarodowych, od ich umiejętności myślenia strategicznego, umiejętności negocjacyjnych, ale i koncyliacyjnych, od ich sprytu i mądrości zależeć będzie czy polskie bezpieczeństwo ucierpi, czy polska obronność pozostanie na niskim poziomie czy będziemy potrafili w tej nowej sytuacji się odnaleźć.

W tekście sprzed dwóch lat, pisałem, że ważne jest także by decydenci polscy, zamiast pochlebcami (otrzymującymi dotacje na własne media) otaczali się ekspertami i specjalistami znającymi różne płaszczyzny funkcjonowania administracji USA i potrafiącymi zachować bezstronny krytycyzm. W ten sposób budowanie relacji jest znacznie łatwiejsze, ale też trzeba się zmierzyć z krytyką, co nie każdy jest w stanie przełknąć. Tu jednak kwestie partyjne nie mogą być przeszkodą. Interes Polski wymaga myślenia ponadpartyjnego i to jest sprawa fundamentalna! Tak jest w USA w pewnej mierze, gdzie republikanie nie mają problemu z krytykowaniem własnej administracji, podobnie jak w czasach Obamy wielu demokratów otwarcie krytykowało tamtego prezydenta. Taka postawa jest prawdziwym patriotyzmem, bo zmusza prezydentów, ministrów, urzędników do najlepszej pracy, a nie rozleniwia, gdy „żelazny elektorat” i tak „nas” popiera niezależnie, co robimy.

Zakończenie

Zapewne teraz (niezależnie kto zastąpi Mattisa), prezydent będzie jeszcze bardziej podatny na pochlebstwa, ale wcale nie znaczy to, że tym sposobem doprowadzi się do dealu, który będzie korzystny dla partnera USA. Trzeba mieć stale na uwadze „podejście biznesowe” Donalda Trumpa. Stopniowa wymiana kluczowych osób administracji USA, poczynając od Rexa Tillersona (potem wpisy na twitterze prezydenta o „głupocie byłego Sekretarza Stanu), McMastera i teraz Mattisa każą zachowywać szczególną uwagę w relacjach z USA.

Konieczne jest też odbudowanie relacji z zachodnimi partnerami Polski tak, aby nasza pozycja negocjacyjna nie cierpiała na podejściu ukierunkowanym na jednego tylko partnera i to nieproporcjonalnie silniejszego. Trzeba pamiętać, że dla USA nigdy nie byliśmy i nie będziemy priorytetem, to nasza postawa i umiejętność „Gry na wielkiej szachownicy”, może zapewnić nam powodzenie i rozwój lub zepchnąć nas ponownie w poczet narodów bez własnego państwa…