Tag Archives: Irak

Efekt Lucy Phere

Efekt Lucyfera opisany przez prof. Philipa Zimbardo jest mechanizmem, który niepostrzeżenie wkrada się do życia społecznego niszcząc relacje stopniowo tak, że faktycznie przez większość jest zawsze niezauważalny. Nawet w czasie największych katastrof społecznych takich jak Holokaust, Wołyń 43, czy Rwanda 94, Srebrenica 95 itd. wielu uczestników tych zdarzeń mimo wszystko nie zdawało sobie sprawy ze zła w jakim uczestniczy. Cały sekret leży właśnie w stopniowym pojawianiu się tego efektu. Łatwo wówczas zaprzeczać, że: – my na pewno nie, – w naszym społeczeństwie to niemożliwe, – takie rzeczy to na Bałkanach albo na Bliskim Wschodzie, ale nie Polsce.  

Gdy usłyszałem piosenkę Muńka Staszczyka to w pierwszej chwili spodobała mi się melodia, tym bardziej, że lubię jego muzykę. Słowa wyrwane z kontekstu nie robiły wrażenia. Dopiero gdy wsłuchałem się w cały utwór – od początku do końca – zrozumiałem wielką mądrość tej piosenki.

Sam w swoich prezentacjach, szkoleniach, wykładach przedstawiam Efekt Lucyfera jako walkę zła z dobrem. Posługuję się przy tym moją ulubioną ilustracją tego problemu, na której Szatan siłuje się z Bogiem.

Nowy obraz (3)

To bardzo obrazowe i także ważne, ale jednak nieco mylące. Muniek przypomniał mi znów to o czym pisał Zimbardo. Właśnie to stopniowanie “Efektu Lucyfera” jest kluczowe. To na to trzeba zwracać szczególną uwagę. Dlatego tak ważne i mądre jest przedstawienie tego Efektu jako Lucy Phere w piosence Muńka. Istotne są słowa o budowaniu PRu, gdzie zwykle osoby, które to robią ubierają swoje cele w piękne ideały, ale w istocie często cel jest jeden – finanse… to znaczy zwykle tak jest, bowiem jest też część ludzi, którzy pieniądze traktują jak środek, a nie cel. W tym przypadku celem faktycznym jest władza.

Władza jako fetysz  to poważny problem ponieważ gdy pojawia się strategia “dziel i rządź”, to niezależnie, czy jest to wynikiem woli rządzącego czy nie, “Efekt Lucy Phere” pojawia się i szybko zdobywa pole.  Rządzący zawsze przeceniają swoje możliwości kontroli nad mechanizmami, których nie do końca (lub wcale) nie rozumieją. Nie są w stanie zrozumieć, że wywiad, wojsko, policja, propaganda, urzędy i sądy walczą z Efektem Lucyfera, ale nie stanowią wystarczających narzędzi do kontroli nad Efektem Lucy Phere.

To co wydaje się naszym sprzymierzeńcem bo pozwala władzę zdobyć i potem ją utrzymać, przedłużać, okazuje się “przyjacielem”, który ma własne cele i zaczyna przejmować kontrolę nad wszystkimi procesami w społeczeństwie. Drobna i niepozorna Lucy osiąga władzę nad tymi, którym wciąż jeszcze się zdaje że rządzą. Piękny PR, skrojony tak by wygrać władzę, okazuje się pułapką z której bardzo trudno się wyplątać.

2017-04-11 (3)

Clausewitz pisał, że der Zweck (cel polityczny) musi być zawsze głównym w wojnie. Cel działań zbrojnych – das Ziel musi mieć charakter podrzędny. Ale mgła wojny czasem powoduje, że widzimy tylko das Ziel. Nawet gdy walkę wygramy, mówimy że wciąż się toczy bo wszyscy chcą nam ją odebrać, spiskują i knują przeci nam i tylko my wiemy co jest dobre, właściwe. Nie jesteśmy w stanie przejść do der Zweck.  Tu właśnie kryje się i wychodzi z ukrycia wraz z całym swoim urokiem Lucy Phere. Ona żywi się walką, rośnie gdy łamiemy granice sporu, gdy konflikt nie jest merytoryczny, nie wynika z idei, ale jest osobisty i dąży do “zniszczenia” przeciwnika.

Powiecie, że przesadzam? Że w Polsce ten konflikt nie jest aż taki? Powiem, że Polska to piękny kraj, w którym żyją wspaniali ludzie. Ale “Efekt Lucy Phere” może to zniszczyć szybciej niż nam się zdaje. Dlatego trzeba go widzieć na poszczególnych etapach, gdy zaczyna dominować w mediach, na ulicy, a wreszcie w rodzinach, nawet szkołach… to znak, że Lucy Phere się rozkręca i działa coraz mocniej, ale my tego nie chcemy widzieć bo jej postać to śliczna dziewczynka o niebieskich oczach. Wszak walczymy w imię pięknych ideałów gromiąc zdrajców Ojczyzny, a w wyobraźni słyszymy szum piór przyczepionych do husarskiej zbroi. Musimy widzieć co Lucy Phere robi, a nie jak wygląda. Co się z nami dzieje, a nie jaki PR jest dziś stosowany (np. w postaci fatalnych “przekazów dnia”).

Poniżej jeszcze jeden slajd z mojej prezentacji. Zaznaczam, że obaj politycy są po środku w przeciwieństwie do żołnierzy wykorzystywanych jako narzędzie. Ludzie potrafią stać się w tym samym czasie bezwzględnymi oprawcami albo bohaterami ratującymi życie ludzkie. Musimy sobie uświadamiać “Efekt Lucy Phere” aby nie popaść w kłopoty i sytuację bez wyjścia.

Nowy obraz (4)

Trzy wydarzenia okresu przejsciowego, istotne dla nowej administracji USA

Warto analizować wydarzenia do jakich dochodzi w momencie w okresie przejsciowym w USA. Gdy odchodzący prezydent już faktycznie nie sprawuje wladzy, a nowa administracja dopiero obejmuje stanowiska, powstaje w grze geopolitycznej swoisty moment “dekoncentracji” jednej strony, który stwarza pole do bardzo aktywnych działań drugiej. Wszystko co się dzieje obecnie będzie miało ogromny wpływ na politykę nowej administracji USA.

323bcbd6-d6f4-11e6-bbb7-6a43a6f882fe_660x385

Dzień po wyborach pisałem o  nowej rzeczywistości, bowiem zwycięstwo Donalda Trumpa trzeba postrzegać nie tylko w kategoriach sukcesu republikanów nad demokratami w USA, ale jako konsekwencję przemian społecznych w całym świecie zachodnim („Nowa rzeczywistość po zwycięstwie Trumpa”  https://mmilczanowski.wordpress.com/2016/11/09/nowa-rzeczywistosc-po-zwyciestwie-trumpa/).

Ta nowa rzeczywistość to wbrew jednak najczarniejszym wizjom roztaczanym przez ośrodki sprzyjające demokratom w USA, w mojej opinii nie będzie politycznym trzęsieniem ziemi. Oczywiście będzie starał się przeforsować w jakiejś formie nawet tak kontrowersyjne postulaty jak budowa muru na granicy z Meksykiem, ale zapewne okaże się, że po kilku działaniach (bardziej PRowych) skończy się utrzymaniem status quo w relacjach z Meksykiem. Donald Trump nie ma możliwości przeprowadzenia zmian tak, jak sam by tego chciał. Potężna machina polityczna USA generuje wiele różnych uwarunkowań uniemożliwiających działanie niezależne prezydentowi. Prezydent nie jest bowiem niezależnym człowiekiem, ale przedstawicielem całego narodu włączając w to opozycję. Właśnie dlatego uwarunkowania wewnętrzne muszą wpływać na linię polityczną lidera w każdym kraju. Jeśli tych mechanizmów kontrolnych ze strony instytucji, jak i społeczeństwa brak, jak dzieje się to często w młodych demokracjach, wówczas system pod przykrywką demokracji może przesuwać się w stronę dyktatury.

W przypadku nowej administracji USA i samego Donalda Trumpa, pojawia się też szereg sygnałów świadczących o tym, że Donald Trump powoli otrzymuje stosowną porcję wiedzy (by nie powiedzieć lekcję) na temat geopolityki ze strony samego Władymira Putina. Na pewno można już „rozczytać” trzy wyraźne sygnały pokazujące wyrafinowaną grę Rosji i przeliczenie się, a czasem bezradność nowej administracji USA (oby tylko doraźną – wynikającą z okresu transformacji a być może z błędnych założeń samego nowego prezydenta).

Informacje o wizytach D. Trumpa w Rosji

Pierwszym sygnałem było upublicznienie informacji o rzekomych materiałach, świadczących nie tylko o zażyłych relacjach Trumpa z wpływowymi Rosjanami, ale też kwestiach obyczajowych związanych z rzekomymi (znowu) wizytami biznesmena w Rosji. Te doniesienia nie znajdowały się w rękach wywiadu USA w trakcie kampanii, bo z pewnością ta czy inna frakcja w środowisku wywiadowczym umożliwiłaby wykorzystane ich przez obóz demokratów. Także moment ich upublicznienia nie wydaje się przypadkowy. A więc doszło do nich już po wyborach, gdy nie mogły zagrozić objęciu prezydentury przez Trumpa, a jednocześnie podkopywały jego pozycję jeszcze zanim został zaprzysiężony. Niewątpliwie stawiało go to w trudnej sytuacji, eskalując konflikty obozu prezydenta elekta z mediami w USA i narażając na ostre ataki polityczne oraz wzrost nieufności w Europie. Jednocześnie łatwo sobie wyobrazić, że obecnemu już prezydentowi musi bardzo zależeć, by jeśli takie materiały faktycznie istnieją, nie zostały jednak upublicznione w postaci twardych dowodów. Może być też tak, że takich dowodów zupełnie nie ma, a wszystko jest tylko elementem gry. Jakkolwiek jest, to wydarzenie powinno być wyraźnym sygnałem ostrzegawczym dla nowego prezydenta.

Wydanie Snowdena w prezencie

Drugą bardzo ważną kwestią, choć nieco przemilczaną przez media, było krótkie zamieszanie wokół Edwarda Snowdena. Mogłoby się wydawać, że jest zupełnym przypadkiem, iż pozwolenie na pobyt w Rosji upływa Snowdenowi akurat w okresie poprzedzającym zaprzysiężenie nowego prezydenta w USA. Jednak wiemy, że Rosja prowadzi grę geopolityczną w sposób znacznie bardziej przemyślany i rozsądny niż rozbite wewnętrznie i skłócone państwa zachodnie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że termin ten był tak zaplanowany by Snowden mógł odegrać jakąś rolę w tym właśnie momencie. Pamiętamy przedłużanie pobytu Snowdena na lotnisku w Rosji, gdy komentatorzy przywoływali słynny film z 2004 roku „Terminal” jako ilustrację tego zdarzenia. W sumie spędził na tym lotnisku ponad miesiąc, by w dniu 16 lipca 2013 roku otrzymać pozwolenie na pobyt w Rosji na rok.

Sugestia wydania Snowdena niejako w prezencie nowemu prezydentowi, padła z ust byłego dyrektora CIA (“Edward Snowden może zostać w Rosji na dłużej” – Wiadomości – WP.PL http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Edward-Snowden-moze-zostac-w-Rosji-na-dluzej,wid,18678031,wiadomosc.html ), niewątpliwie jednak taka publiczna wypowiedź była częścią gry na ocieplenie stosunków z Rosją, co potwierdziłoby zasadność stanowiska Trumpa z okresu kampanii wyborczej w tej kwestii. Odpowiedź Kremla była twarda i dosadna – jasno pokazując, że gra nie jest tak prosta, jak mógł sobie wcześniej wyobrażać Trump. To gra na znacznie wyższym poziomie – geopolitycznym, gdzie wszystkie chwyty są możliwe. Odpowiedź zawierała dwa stwierdzenie i oba były pozornie równie absurdalne (musiały wywołać uśmiech nawet na twarzach tych, którzy pozytywnie postrzegają wszystkie działania Rosji w ostatnich latach).

Mianowicie, po oświadczeniu, że Snowden otrzymuje pozwolenie na pobyt w Rosji na kolejne dwa lata, stwierdzono, że po pierwsze: przebywa tam z powodów humanitarnych, a po drugie, że nie kontaktuje się z żadną agencją wywiadowczą. Stwierdzenia te urągałyby inteligencji każdego obserwatora, gdyby nie wynikały właśnie z gry geopolitycznej. Pierwsze z nich miało pokazać nie tylko, że USA działają niehumanitarnie (stały motyw propagandowy Rosji pokazujący, że polityka USA jest zdegenerowana, a rosyjska ma być wzorem do naśladowania (sic!)), ale też, że nowy prezydent nie różni się w tej kwestii od poprzednika. Druga część oświadczenia Kremla może być różnie odbierana w kontekście sugestii CIA o tym, jakoby Snowden jeszcze przed ucieczką z USA miał mieć kontakty z wywiadem rosyjskim.

Konferencja w Astanie bez USA

Trzecim mocnym sygnałem z Kremla była konferencja w Astanie, zorganizowana przez Rosję, Turcję i Iran. Bardzo istotne jest miejsce tej konferencji – czyli stolica Kazachstanu, który jest bliskim sojusznikiem Rosji (polecam rozmowę na ten temat dr Zofii Sawickiej z moim udziałem u red Adama Głaczyńskiego w Polskim Radiu Rzeszów: „Konflikt w Syrii – jak wpływa na światową politykę?” http://www.radio.rzeszow.pl/dyskusyjny-klub-radiowy-aud/52843/konflikt-w-syrii-jak-wplywa-na-swiatowa-polityke).

Podobnie konferencje dotyczące Ukraniny odbywały się w Białorusi, której także w żadnym wypadku nie można nazwać neutralnym terytorium. To bardzo interesujące w jaki sposób zorganizowano przekaz do mediów na ten temat. To Rosja, Turcja i Iran organizują konferencję, na którą zaproszono ONZ i USA – w takiej właśnie kolejności (mówił o tym Sergey Ławrow). Nowa administracja USA dopiero się w tym momencie tworzyła. Daje to szereg możliwości Rosji, a niewiele USA. Trump przyjmując zaproszenie uznałby rolę USA jako aktora poza kręgiem decyzyjnym – gościa konferencji. Jako że administracja USA jest w fazie transformacji istniało duże prawdopodobieństwo, że wobec wyżej wymienionego niebezpieczeństwa USA zaproszenie odrzuci, co znów było na korzyść Rosji.

Pamiętajmy że zwalczanie ISIS jest dziś jednym z najważniejszych haseł polityki zagranicznej nowej administracji USA. Walka ta miała się toczyć na nowych zasadach  – współpracy USA z Rosją. Tymczasem Rosja wspólnie z Turcją i Iranem (których rola jest też złożona w rejonie Bliskiego Wschodu) razem rozwiązują konflikt w Syrii gdzie ISIS ma pozycję najmocniejszą, pozostawiając USA rolę obserwatora.

Trzy sygnały powinny teraz posłużyć samemu Trumpowi do rewizji jego założeń realizacji polityki międzynarodowej i skłonić go do zaufania nowemu sekretarzowi obrony („Gen Jim Mattis prywatnie, półtora roku przed mianowaniem na Sekretarza Obrony USA” https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/21/gen-jim-mattis-prywatnie-i-oficjalnie-poltora-roku-przed-mianowaniem-na-sekretarza-obrony-usa/), oraz nowemu sekretarzowi stanu.

Dlatego też Trump mimo fatalnych wpadek (jak rozmowa z prezydent Tajwanu) stara się nie zaostrzać relacji z Chinami. Wydaje się, że i w tej kwestii jego retoryka wyborcza pozostanie tylko retoryką wyborczą. W mojej ocenie pomijając kwestię wiarygodności polityków (opisaną w tekście „Dekadencja demokracji i jak jej przeciwdziałać” https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/07/dekadencja-demokracji-i-jak-jej-przeciwdzialac/) to dobrze, że zmienił w tej sprawie zdanie, bowiem polityka USA nie może dziś być wymierzona przeciw jednemu zagrożeniu ignorując pozostałe.

W mechanizmach geopolitycznych sympatie i antypatie mogą odgrywać jakąś rolę, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że działają tam bezwzględne mechanizmy i albo potrafi się grać albo nie – a wówczas konsekwencje dla przegrywającego zawsze poważne.  Dlatego gra na poziomie geopolitycznym wymaga posiadania wielopoziomowej i rzetelnie zbudowanej koncepcji geostrategicznej. Musi ona opierać się na realizmie, aby dopiero na takiej podstawie budować założenia idealistyczne. Idealizm bez rozumienia realistycznych uwarunkowań jest bajką, która może uczynić wiele szkody. Tyczy się to nie tylko USA, mniejsze państwa także muszą umieć „czytać” geopolitykę, by w tej grze w jakiejś (nawet niewielkiej) roli uczestniczyć, ale też by nie dać się tym potężnym mechanizmom znieść (jak stało się z Irakiem, Libią, Syrią, Jemenem, wcześniej Somalią i wieloma innymi państwami w Afryce, częściowo Ukrainą i Gruzją, Czeczenią i innymi a historycznie i Polska boleśnie doświadczyła tego efektu). Polityka USA jest dla Polski bardzo ważna, ale właśnie dlatego nie można jej analizować tylko i wyłącznie z perspektywy naszych interesów. Aby nasze interesy osiągać, musimy rozumieć interesy i założenia geostrategiczne mocarstw – i to realistycznie.

Gen Jim Mattis prywatnie, półtora roku przed mianowaniem na Sekretarza Obrony USA

14730545_187337241707092_2694406252351455232_n
Spotkanie z gen Jamesem Mattisem w jego biurze w Hoover Institution w lipcu 2015 roku

Generał Jim Mattis, jest osobą, która stała się już za życia legendą. Cytaty z jego wypowiedzi są wykorzystywane w opracowaniach naukowych, ale i grach komputerowych, powstają o nim filmy. Mianowanie osoby o tak silnej osobowości na stanowisko Sekretarza Obrony USA, ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla USA, ale i dla całego świata – w tym bardzo istotne dla Polski.

Miałem tę wielką przyjemność i zaszczyt poznać generała Mattisa półtora roku temu, gdy przebywając na stypendium w Hoover Institution, zwróciłem się do niego z prośbą o konsultację mojej pracy naukowej dotyczącej tzw. „operacji stabilizacyjnej” Sił Koalicji pod przywództwem USA w Iraku po 2003 roku. Rozmowa wyszła znacznie poza założone ramy. W sumie potrwała dwie godziny i była niezwykle szczera. Konwersację mailową, natomiast prowadzimy do dziś. Stało się tak z kilku powodów. Przede wszystkim z uwagi na to, że spotkanie miało charakter prywatny, generał Mattis nie pełnił wówczas żadnej funkcji publicznej, a z drugiej strony bardzo cenił fakt odbycia przeze mnie służby w Iraku w latach 2005-6 na stanowisku oficera operacyjnego oraz pracy naukowej, której tematyka dotyczy kwestii strategii USA na Bliskim Wschodzie. Posiadałem też ze sobą rekomendacje od szefa BBN gen Stanisława Kozieja, który przedstawiał w nim moją rolę konsultanta w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego RP.  Inną okolicznością stanowiącą tzw. ice braker był fakt, że tym co nas łączy jest zamiłowanie do historii, w tym starożytnej. Generał jest miłośnikiem historii i filozofii, pasjonuje się postaciami takimi jak Aleksander Wielki czy Napolen, ale jego ulubionym tematem jest postać i prace Marka Aureliusza. Wiele cytatów znanych z mediów pochodzących z wypowiedzi generała Mattisa bazuje na filozofii stoickiej, której reprezentantem był Aureliusz. Generał tą wiedzę jednak pogłębia o własne przemyślenia, samemu stając się punktem odniesienia i źródłem wiedzy. Ja z kolei kwestiami przywództwa i strategii zajmuję się na płaszczyźnie naukowej od co najmniej 15 lat. Pisałem o tym w kontekście “Podbojów Aleksandra Wielkiego” (obecnie kończę prace nad drugim – rozszerzonym wydaniem), walk o władzę w imperium rzymskim po śmierci Cezara (książki: “Filippi, 23 X 42p.n.e.” i “W cieniu boskiego Juliusza”). Teraz o tym samym, czyli przywództwie i strategii, piszę w kontekście operacji stabilizacyjnej w  Iraku: Publikacje

Mimo mojego bardzo krytycznego stosunku do sposobu przeprowadzenia interwencji w Iraku przez siły koalicji pod przywództwem USA, generał poparł wszystkie tezy mojej pracy. Jednocześnie generał podzielił się kilkoma własnymi spostrzeżeniami. Przede wszystkim wskazał jako zasadniczy błąd brak części czwartej (phase 4) strategii w Iraku – czyli tego co dotyczy utrzymania i stabilizacji po podbiciu Iraku. Zgodził się też z tym, że przewaga jaką uzyskał Iran w wyniku inwazji sił koalicji, była jednym z największych problemów Iraku.

Co istotne jednak, nie poprzestawał na krytykowaniu polityki USA, ale miał też szereg bardzo istotnych spostrzeżeń na temat prowadzenia operacji stabilizacyjnych w sytuacji takiej, jak w Iraku. Przedstawiał na przykład rolę edukacji dzieci i młodzieży czego zupełnie nie dostrzeżono po 2003 roku z Białego Domu. Podkreślał, że dyktatorzy a więc i przywódcy organizacji terrorystycznych takich jak Al.-Kaida, Boko Haram czy ISIS przede wszystkim tępią inteligencję – boją się edukacji. Dlatego zajmując teren dokonują egzekucji administracji, nauczycieli i innych przedstawicieli inteligencji. W ich szkołach zamiast nauczania dokonuje się prania mózgów.

Edukacja powinna więc być jednym z najważniejszych elementów operacji stabilizacyjnej, co z pewnością w dużej mierze zmieniłoby Irak. Generał przedstawił koncepcję zakładającą zmniejszenie ilości wojsk o 20 tys., a z pieniędzy w ten sposób zaoszczędzonych zorganizowanie rocznych stypendiów dla dzieci i młodzieży irackiej realizowanych w państwach Europy i USA. Już w ciągu pierwszych lat okupacji tak wielka liczba młodzieży szkolnej przewinęłaby się przez państwa europejskie i amerykańskie, że miałyby one duży wpływ na sytuację w samym Iraku, zastępując stopniowo kadrę dydaktyczną, a później polityczną państwa. Oczywiście ten pomysł jest tylko jednym z wielu jakie można było wdrożyć zamiast stawiać jedynie na rozwiązania militarne.

Gen Mattis bardzo ciepło wyrażał się zarówno o polskich żołnierzach w Iraku, jak i w ogóle o Polsce. To człowiek zasad, co istotne w świecie polityki, w której obowiązuje dziś termin „post-prawda”. Jednocześnie widzi on politykę w płaszczyźnie strategicznej, czego brakuje bardzo wielu liderom. W kwestii problemów europejskich, generał Mattis wskazał na konieczność powstrzymywania Rosji, ale i współpracy z tym państwem. Tu także gen Mattis wskazał przykład błędnych rozwiązań. Tym co zdecydowanie szwankuje w polityce zachodniej, jest brak podejścia strategicznego. Działania są prowadzone doraźnie bez przewidywania konsekwencji i narzędzi radzenia sobie z nimi co przy potencjale Europy nie musi prowadzić do natychmiastowych klęsk, ale powoduje doraźne porażki.

Przykładem który gen Mattis przedstawił jest sytuacja Ukrainy. UE będąca w kryzysie ekonomicznym i politycznym, zaoferowała Ukrainie stopniową integrację ze swoimi strukturami. To spowodowało niepokój Rosji, a gdy ta weszła zbrojnie na Ukrainę, tak UE jak i NATO nie były w stanie przedstawić żadnej odpowiedzi. To pokazuje brak strategii, którą generał określa jako „atrofię strategiczną” całego zachodu.

Moim zdaniem atrofia ta nie wynika jednak z braku możliwości, ale braku wiedzy, kompetencji a często przywództwa najwyższego poziomu.  Operacji w takiej skali nie można prowadzić bez zrozumienia konsekwencji i posiadania narzędzi dla radzenia sobie z nimi. Problem Ukrainy z tej perspektywy wygląda bardzo podobnie do tego co stało się w Iraku. Przecież prezydent George W. Bush w książce „Decision Points” wspomina, że nie przewidziano, iż Iran tak bardzo skorzysta na sytuacji i że będzie miał aż tak duży wpływ na sytuację w Iraku. To przykład atrofii strategicznej USA, o której generał, także w kontekście Iraku wypowiedział się wyraźnie.

Generał Mattis uważa, że jedyną wojną jaką USA zrealizowały właściwie była operacja „Pustynna Burza”. Planem było wyrzucenie Iraku z Kuwejtu, ale ONZ nie dawała autoryzacji na prowadzenie operacji aż do obalenia władzy w Bagdadzie. Zrealizowano to co zostało zaplanowane zgodnie rezolucją z ONZ, nawet jeśli budziło to kontrowersje zarówno w świecie jak i w samym obozie republikańskim w USA.

nowy-obraz
Slajd z wystąpienia w Szkole Liderów Pana Jacka Santorskiego w ramach APPendix

Generał Mattis posiada trzy przydomki – najbardziej znany to „Mad Dog” wynikający z jego ostrych wypowiedzi typu: „I come in peace. I didn’t bring artilleryBut I’m pleading with you, with tears in my eyes: If you fuck with me, I’ll kill you all”. Ale był też przez żołnierzy nazywany “Chaos” oraz “Warrior monk” (mnich wojownik). Oba te przydomki raczej wynikają z jego natury filozofa i stylu przywództwa który Jim Collins określa jako “Level Five Leadership” (przywództwo poziomu piątego), a więc najwyższy poziom pozwalający nie tylko na przełamywanie schematów i wytyczanie nowych zasad, ale też na budowanie struktur, złożonych z liderów zmotywowanych do dążenia do wspólnego celu. Koncepcja ta jest zbieżna w dużej mierze z określaną przez podręcznik piechoty morskiej USA zasadą: „Mission command” (dowodzenie przez zrozumienie misji). Tekst o połączeniu tych dwóch koncepcji, napisany wspólnie przez Pana Jacka Santorskiego i przeze mnie ukaże się w marcowym numerze Coachingu. W szkole liderów Pana Santorskiego mówiłem o tym w ramach wykładu otwartego nagranego na platformie APPendix:

Zarządzanie konfliktem – Mission – oriented command (wymaga bezpłatnego logowania)

Taką też koncepcję gen. Mattis realizował w Iraku przygotowując swoich żołnierzy inaczej niż większość dowódców. Podczas gdy większość z nich nastawiała żołnierzy na takie działanie, w którym mieli przede wszystkim dbać o swoje bezpieczeństwo co narażało ludność cywilną, on mówił: „jeśli widzisz wroga, ale na linii strzału jest ktoś postronny, nie strzelaj bo zrobisz sobie dziesięciu nowych wrogów”. Ta zasada, niestety nie znalazła zastosowania powszechnego w siłach koalicji, co powodowało szereg poważnych problemów dla całego planu operacji (nie mówiąc nawet już o konsekwencjach dla mieszkańców). Jeśli więc wskutek innego stylu dowodzenia Mattis wydawał się niektórym żołnierzom chaotyczny, to raczej wynikało to z jego większej od innych dowódców zdolności przewidywania i wiedzy, a także wizji strategicznej, która na poziomie taktycznym nie zawsze była dobrze rozumiana. Przekazywał im więc treści nie do końca zgodne z systemem szkolenia, jaki przechodzili ci żołnierze w ośrodkach treningowych przez wyjazdem do Iraku. To musiało w nich budzić ambiwalentne wrażenia.

Wszystko to w mojej opinii czyni z gen Mattisa najlepszym możliwym kandydatem do stanowiska Sekretarza Obrony Stanów Zjednoczonych. Niemniej jednak, będzie miał on trudne zadanie z uwagi na samego prezydenta Donalda J. Trumpa. Już od momentu nominowania pomiędzy tzw. zespołem przejściowym (transition team) prezydenta elekta, a samym Mattisem doszło do szeregu konfliktów. Już w dniu przesłuchania przez komisję senacką generała, zespół Trumpa próbował nie dopuścić do tego (ogłoszono nawet, że się nie odbędzie), kalkulując, że generał zostanie i tak zaprzysiężony, ponieważ republikanie mają wystarczającą do tego większość w kongresie. Generał Mattis sprzeciwił się tym planom związanym z grami politycznymi raczej nie najwyższych lotów i sam ogłosił, że przed komisją stanie.

To właśnie przywiązanie do zasad  powodowało, że nie chciał wikłać się w tego typu zagrywki narażając swój autorytet. To kolejny przykład świadczący o bezkompromisowości i nie-sterowalności gen Mattisa. Każdy kto oglądał jego przesłuchanie przed komisją kongresu musiał zdać sobie sprawę z formatu generała, ale też niezwykłego szacunku jakim darzą go i republikanie i demokracji.

Pozytywnym za to faktem jest to, że już po pierwszej oficjalnej rozmowie Trumpa z Mattisem ten pierwszy publicznie przyznał, że generał przekonał go co do bezsensowności rozszerzania prawa o stosowaniu tzw. wzmożonych metod przesłuchań. Mattis kwestionował zupełnie stosowanie tortur. Pokazuje to, że Donald Trump jest w stanie zaufać osobie, która dość bezceremonialnie krytykowała go w kampanii wyborczej. Co więcej, że jest w stanie uczyć się od takich osób. Oby więc nowy prezydent USA, na temat strategii i geopolityki, czerpał wiedzę z takich właśnie źródeł. Skoro więc Donald J. Trump został 45 prezydentem USA, to narzekanie na jego wybór nie ma sensu. Nominacje na stanowiska bardzo istotne w administracji USA, są bardzo różne. Niemniej w samym gen. Mattisie pokładam pełne zaufanie.

Druga debata prezydencka w USA: fakty widziane z mojej perspektywy

ft-trump-clinton-1024x576Po pierwszej debacie, dość wyrównanej, choć w mojej opinii wygranej nieznacznie przez Hillary R. Clinton (HRC), druga debata toczyła się tuż po ujawnieniu nagrania, które ukazuje jak Donald Trump wypowiada się o kobietach. Nagranie jest z 2005 roku, ale w USA takie kwestie mają ogromne znaczenie. To, że Trump zdaje sobie z tego sprawę, aż zbyt dobrze widać od pierwszych sekund debaty.

Druga debata prezydencka fakty widziane z mojej perspektywy:

Wizerunkowo HRC vs Trump:

  1. HRC: skupiona na przeciwniku, odpowiada patrząc w oczy Trumpa lub pytających. Trump: w czasie odpowiedzi HRC robi pompki na krześle, cały czas ię kręci przerywa i docina. Jest w wyraźnej defensywie i chce nadrobić tym czym zawsze nadrabiał – braki wiedzy i umiejętności przykryć bezczelnością ale nerwowość powoduje że robi to kiepsko. 1:0
  2. Gdy HRC mówi o Rosji, Trump “chowa” się za krzesłem – to dobrze znany mechanizm psychologiczny człowieka niepewnego i zagubionego. Często nauczyciel nie radzący sobie z klasą staje za krzesłem tracąc resztki szans na opanowanie klasy. 2:0
  3. HRC gdy jej przerywają prowadzący mocnym głosem przekrzykuje ich ale nie za długo – tak by “pokazać” siłę. Gdy przerywają Trumpowi, skarży się że są nieuczciwi i go oszukują. Co to mówi o kandydatach? To chyba jasne kto lepiej wygląda. 3:0
  4. Nie przywitali się, dlaczego? W pierwszej debacie w czasie przywitania Trump “klepał” HRC protekcjonalnie po plecach – zabieg pokazujący jej słabość i potrzebę jego opieki. HRC wyciągnęła wnioski i wolała uprzejmie skinąć głową niż do tego dopuścić. Na końcu zrobił swoje ale ona trzymała dystans i nie pozwoliła by ją “klepał” dłużej. Punkt dla Trumpa ale na końcu bo zabieg udał się dopiero na końcu debaty. 3:1

W mojej opinii wizerunkowo zwycięstwo HRC jest absolutne. Trump powinien się pouczyć tego elementu – to nie tylko PR wyborczy, ale bardzo ważna kompetencja prezydenta i każdego prawdziwego przywódcy a także ważny element prezydentury. Osoby znające się na negocjacjach wiedzą, że tylko 15-25% informacji płynie kanałem werbalnym, a pozostałe 75-85% to kanały wizualny i wokalny. W tym aspekcie Trump o wiele lepiej prezentował się w pierwszej debacie. Każdy przywódca w czasie spotkań stosuje tego typu zabiegi i trzeba to wiedzieć i umieć reagować, a także samemu stosować. Nie wyobrażam sobie spotkania Trump-Putin w roli prezydentów. Trump wyszedłby wizerunkowo nie na kumpla, ale raczej jako podporządkowany Kremlowi i taką propagandą Putin by świetnie grał.

Merytorycznie HRC vs Trump:

  1. Sprawy obyczajowe – Oczywiście po piątkowych rewelacjach Trump nie tu ma szans. Po miażdżącym ataku, próbuje słabo mówić o mailach, o Billu Clintonie, ale to tylko pogarsza sprawę… kłamie też że to wszystko nieprawda, po czym przyznaje, że powiedział co powiedział… nos rośnie Trumpowi pierwszemu… Sprawa jest nie do obrony, powinien przytaknąć, przeprosić i jak najszybciej zmienić temat – powinien uczyć się od HRC, choć i ta popełnia błędy broniąc się przez zarzutami o aferę mailową. 1:0 ale to 1 ma znacznie większą wagę niż we Francji czy Włoszech. W USA to bardzo ważny punkt.
  2. E-maile – tu HRC mówi, że zarzuty Trumpa to same kłamstwa – buczenie na sali i to uzasadnione. Zaraz potem ponownie przeprasza. Oczywiście chodziło o detale ale nos Hillary także rośnie… Za to HRC potrafi zmienić temat mówiąc, że przecież nie można całej debaty poświęcić jednemu tematowi, na co Trump odpowiada, że to nieuczciwe, że prowadzący są stronniczy – innymi słowy mówi: rozmawiajmy tylko o e-mailach HRC bo nie mam nic innego do powiedzenia… E-maile to żelazny punkt dla Trumpa, ale na własne życzenie go osłabił. 1:1
  3. Rosja – HRC: mówi o Rosji ostro  i rosyjskim zaangażowaniu w Syrii, ale pokazuje znajomość tematu, Trump rozbrajająco na pytanie o związki z Putinem: “nic nie wiem o Rosji” (I know nothing about Russia). Oczywiście miał na myśli swoje związki z Putinem, ale wyszło to co faktycznie myśli o Putinie… nie ma pojęcia o możliwościach i grach prowadzonych przez Kreml. Sam został kiedyś przez Rosjan zignorowany i ośmieszony i teraz będzie tylko gorzej. 2:1
  4. Rosja – negocjacje – Trump zarzuca HRC, że chce wojny z Rosją, ale sam mówi tylko o współpracy z Kremlem, jeszcze tu, Trump mógłby ugrać punkt ale mówi – TYLKO o WSPÓŁPRACY! Nie podaje żadnych detali. Co na to HRC? Że na Rosję trzeba mieć “leverage” – dźwignię, argumenty – które zmuszą Rosję do prawdziwych negocjacji bo Putin to niebezpieczny człowiek. Znów wielki punkt dla HRC. 3:1
  5. Gdy HRC mówi o popieraniu rebelii w Syrii i obalaniu Asada, Trump odpowiada, że chyba “ona” nie wie czym jest rebelia. Punkt dla Trumpa, ale kto z oglądających wie ze ten punkt wygrał Trump i dlaczego? 3:2
  6. Podatki – Trump nie rozlicza się z podatków – to że ich nie płaci jest jasne, bo sam to powiedział w pierwszej debacie. Teraz mówi że jednak płaci… Teraz nos Trumpa rośnie mocno, ale i łatka oszusta lgnie coraz mocniej. 4:2
  7. Zmiany w gospodarce wewnętrznej. Trump: chcę obniżać podatki a HRC przez 30 lat nie zrobiła nic. Już już punkt dla Trumpa? Cóż może odpowiedzieć Hillary, przecież nie ma szans, ale co robi HRC? Mówi: Donald mówi że przez 30 lat mogłam to czy tamto ale w takim razie powiem Wam co zrobiłam przez 30 lat… i wymienia mnóstwo spraw których Trump nie może zaprzeczyć. Powinien to być znacznie lepszy. Po punkcie 5:3
  8. Imigranci – Pytanie od Muzułmanki stawia Trumpa w złej sytuacji. Stara się wskazać, że Muzułmanie muszą o złych rzeczach dziejących się dookoła nich “reporting” – jak to przetłumaczyć – zgłosić? A może donieść? Czy to dobra linia? Oczywiście ma rację ale nie wygląda dobrze. Za chwilę HRC jednak wpada w podobną pułapkę mówiąc, że Muzułmanie muszą mieć otwarte oczy i uszy… czyli też donosić? Od tego jest Policja, FBI, CIA, NSA i wiele innych. Oczywiście że o przygotowaniach terrorystycznych każdy powinien donieść na Policję, ale Imama radykalizującego młodych ludzi nikt nie zgłosi bo 1 – nie zdają sobie sprawy z tego co się dzieje, 2 – żadna grupa społeczna tego nie akceptuje. Najpierw prawo musi być egzekwowane, a potem można liczyć na takie postawy. W mojej opinii nikt tu nie wygrywa 5:3 

Całość wygrywa w mojej ocenie HRC 8:4, ale wrażenie porażki Trumpa jest chyba większe niż ten wynik. Dochodzą kolejne osoby silnie związane i reprezentujące Republikanów, które po piątkowej aferze, nie są w stanie już dłużej wspierać Trumpa. Paul Rayan – speaker Republikanów dopiero co poparł Trampa po olbrzymich naciskach z strony GOP, ale po ostatnim piątku dystansuje się wyraźnie i znów nie będzie występował wspólnie z kandydatem własnej partii. Jeszcze większą chyba stratą jest wystąpienie byłej sekretarz stanu i bardzo wpływowej kobiety – Condoleezzy Rice, reprezentując (w pewnym sensie) bastion republikanów – Stanford University, która otwarcie wzywa do tego, aby Republikanie nominowali kogoś innego mimo iż głosowanie już się formalnie rozpoczęło.

Zwolennicy nadal będą twierdzić, że Trump jest pokrzywdzony, że wszystkie jego wypowiedzi są manipulowane przez media, że HRC kłamie, ale ta linia obrony przestaje działać wobec ciężaru jego wypowiedzi, a szczególnie w trakcie debat. W mojej ocenie tylko jakiś kataklizm mógłby odwrócić sytuację…

Zdjęcie ze strony panampost.com

Wojna w Syrii: zawieszenie broni a kampania wyborcza

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z kilkoma nagłymi metamorfozami w polityce międzynarodowej skoncentrowanej na konflikcie w Syrii. Widać było wyraźnie ożywienie USA w kwestii “schładzania” konfliktu w Syrii oraz rozmowy z Rosją w tej sprawie, a zaraz potem gwałtowne zerwanie zawieszenia broni i wzmożenie walk prowadzonych z jeszcze większą zaciętością i okrucieństwem. Nie oszczędzono nawet konwoju ONZ wiozącego pomoc humanitarną. Jeśli napiszę w tym momencie wprost, że za tym zamieszaniem stoją wybory prezydenckie w USA, to zapewne trudno będzie doszukać się tu związku, jednak łącząc fakty można taki wniosek na końcu odnaleźć i wcale nie potrzeba do tego teorii spiskowych. 

Pilniejszych obserwatorów musi dziwić, skąd tak nagłe ciśnienie w USA do zawieszenia broni w Syrii? Przecież o negocjacjach i możliwości wygaszania konfliktu sam Asad wypowiadał się wielokrotnie. Rosja nieco rzadziej z uwagi na własne interesy jakie zamierza osiągnąć w tym regionie, ale za cenę podniesienia jej statusu do rangi drugiego supermocarstwa (oczywiście tylko PRowo – ale to Putinowi zupełnie wystarcza) gotowa był do daleko idących porozumień w Syrii.

Znów za chwilę, gdy zawieszenie broni legło w gruzach, rozpoczyna się niezwykle wzmożona kampania Zachodu (głównie USA) uświadamiająca brutalność działań Rosyjskich, która wcale nie zwiększyła się ostatnio, bo rosyjskim zwyczajem zawsze była bezwzględna. Skąd bierze się nagłe zgłaszanie rezolucji w sprawie odsunięcia Asada od władzy w Syrii, skoro jest oczywiste, że Rosja taką rezolucję odrzuci (tradycyjnie wspólnie z Chinami), z resztą jedna taka rezolucja już miała miejsce i spotkał ją podobny los jak obecną. Nie żebym kwestionował samą rezolucję, ale warto zwrócić uwagę na czas i kontekst w jakim się pojawia. Przecież jeśli nie ma najmniejszych wątpliwości, że zostanie odrzucona, to cały wysiłek na jej wprowadzanie do prządku obrad ma raczej cel propagandowy niż jakikolwiek inny.

Aby zrozumieć tak nagłe zwroty akcji, trzeba spojrzenia geopolitycznego i bynajmniej nie skoncentrowanego li tylko na regionie Bliskiego Wschodu. Dla wyjaśnienia, trzeba spojrzeć na politykę USA od początku roku, a szczególnie od ostatniego orędzia Baraca Obamy. Właśnie w owym State of Union prezydent USA nakreślił nową koncepcję wojny z ISIS i wzywał sojuszników do wsparcia działań koalicji, za wyjątkiem Rosji, której nadal nie zamierzał włączać do tego grona (pisałem o rekomendacjach dla Polski w tym kontekście: http://pulaski.pl/nowa-strategia-walki-przeciw-is-rola-polski/). Słowa prezydenta zostały wzmocnione wypowiedziami oficerów Pentagonu, kreślących nieco bardziej precyzyjnie strategię walki z ISIS. Wystąpienie Pentagonu świadczyło, że to nie są kolejne puste słowa, ale że za nimi kryje się prawdziwa determinacja do działania.  Jednakże przecież taką strategię można było zbudować w 2012, 13, 14 i 15 a jednak powstała dopiero w 2016. Na dodatek w lecie 2015 roku Barack Obama rozbrajająco i otwarcie stwierdził, że nie ma strategii na zwalczanie ISIS. Samo takie stwierdzenie budziło wielki niepokój, ponieważ przyznanie tego publicznie bardzo mocno wpływało na sytuację w regionie pokazując brak woli USA do działania na rzecz pokoju.

To zwiększenie aktywności USA właśnie w początkach 2016 roku, wiązało się z dwoma przyczynami i obie są kwestią wewnętrzną Amerykanów. Po pierwsze chodzi o zwiększenie szans wyborczych kandydatki demokratów – Hillary Clinton (ten sam obóz polityczny co obecny prezydent, a więc jego sukces byłby dużym bonusem w wyścigu wyborczym dla Hillary). Po drugie (ważniejsze dla samego Obamy) w USA występuje silny imperatyw pośród prezydentów do tego, aby uczynić jedną rzecz tak ważną i ponadczasową, że pamięć o niej będzie wiązała się z byłym POTUSem na zawsze i czyniła z niego bohatera. Takim wydarzeniem miało być zabicie Osamy bin Ladena, ale okazało się to zupełnie wirtualnym sukcesem – nie wystarczającym do budowy ponadczasowej legendy Obamy. Dotąd więc ma opinię świetnego mówcy, zawarł kilka ciekawych kompromisów politycznych, ale media tyleż samo czasu poświęcały jego umiłowaniu do gry w golfa co do dealu z Iranem czy Kubą. Zniszczenie ISIS byłoby z pewnością czymś, dzięki czemu Obamę w książkach historii trzeba by wiązać z efektywnością i rozwiązywaniem trudnych spraw. Pomysł musiał się zrodzić pod koniec 2015 roku.Zniszczenie ISIS w samym Iraku byłoby kolejnym wirtualnym sukcesem, na dodatek sytuacja w tym państwie jest tak złożona, że zapewne trudno będzie ten sukces faktycznie udowodnić. Trzeba było zaplanować zniszczenie ISIS i w Iraku i w Syrii.

O ile jednak sytuacja w Iraku pozwalała na szybkie odzyskiwanie terenu przez rząd Iracki, jak również Kurdów na północy spod władzy ISIS, o tyle w Syrii popierana przez USA rebelia była nie dość że słaba, to jeszcze jej zapatrywania na przyszłość państwa były bardzo kontrowersyjne. Niestety jedyną poważną świecką siłą w Syrii pozostaje reżim Bashara al-Asada. Nawet zwolennicy wspierania rebelii mają duże problemy z negowaniem jej ekstremistycznego nastawienia – włącznie z planowaniem wprowadzenia szariatu po ewentualnym zwycięstwie. Do tego pomiędzy “rebeliantami”, a ugrupowaniami uznawanymi za terrorystyczne istnieje ciągły przepływ ludzi, a także handel sprzętem. Dlatego broń przerzucana przez Amerykanów dla rebeliantów najczęściej trafiała do Al-Nusry (obecnie Dżabhat asz-Shama) a nawet ISIS. Stąd niezdecydowane wspieranie rebelii przez USA przed 2016, a nawet  zupełna rezygnacja (choć chwilowa) z jej dozbrajania w 2014 i 2015 roku.

Najbardziej logicznie byłoby dogadać się z Asadem. Ale Obama rysował tyle czerwonych linii, tyle razy oskarżał (oczywiście słusznie) wojska rządowe Syrii o użycie broni chemicznej czy brutalnych masakr na ludności cywilnej, że zapewne administracja USA uznała, że takie porozumienie zbyt skompromitowałoby Amerykanów. Dlatego stworzona koalicja rebeliantów z Kurdami syryjskimi z YPG (sojusz ten nazwano SDF – Syrian Democratic Forces) przy wsparciu Amerykanów do końca lata próbowała zająć Aleppo i w perspektywie dojść do Al-Rakki (uznawana za “stolicę” ISIS), co jednak okazało się zupełnie nierealne. Jednocześnie YPG uznawane za śmiertelnego wroga Turcji było regularnie przez nich osłabiane odcinaniem dostaw, blokowaniem przepływu ludzi, a nawet bezpośrednimi akcjami militarnymi armii tureckiej. To samo YPG było też przekonywane przez Rosję do sojuszu z Asadem przeciw rebeliantom. Dlatego też część YPG toczyło walki z SDF z którym sprzymierzała się inna część syryjskich Kurdów. W tej sytuacji jakiekolwiek postępy rebelii trzeba uznac za wielki sukces.  Skoro więc rebelianci i SDF, okazali za słabi by zwyciężyć, zbyt podzieleni i zbyt radykalni, a z Asadem Obama nie mógł się przełamać by negocjować, pozostało “uśmiechnąć się” do Rosjan. Stąd jesienią br nagłe wzmożenie negocjacji z Rosją i próba zawarcia paktu o zawieszeniu broni między siłami rządowymi a “rebeliantami”.

Tyle że na Kremlu też obserwuje się kampanię w USA. Kreml stawia zdecydowanie na Trumpa, który nie krył do jesieni br sympatii do Putina (zmienia się to w końcówce kampanii bowiem PRowcy Trumpa przekonali go, że ma to fatalne skutki dla jego wizerunku w USA i w Europie). Dlatego też Obama musiałby zaoferować na prawdę wiele by Rosja sprawiła mu prezent na koniec prezydentury. Aż strach myśleć czego mógł żądać Kreml od zdesperowanych demokratów w USA. Tak czy inaczej do dealu nie doszło wskutek czego USA rozpoczęły kampanię propagandową (opartą z resztą na prawdzie) skoncentrowaną przeciw Rosji. Wykorzystują do tego media społecznościowe, rezolucję ONZ, prasę i telewizję. Rosja odpowiada planami utworzenia stałej bazy w Syrii, budowy bazy w Wietnamie i wznowieniem lotów strategicznych północnymi rubieżami Europy aż do wybrzeży Portugalii, a także nagłaśniając transport rakiet balistycznych Iskander-M do Kaliningradu.

Oczywiście każdy z tych ruchów obu stron ma także inne cele i uzasadnienia, ale  gówna oś strategicznej rozgrywki wyglądała tak jak to opisano. Z jednej więc strony USA gra na rzecz własnych interesów wewnętrznych aczkolwiek powstanie strategii zwalczania ISIS (nawet jeśli dalece nieidealnej) należy uznać za czynnik pozytywny, choć dobrze by poświęcono tej koncepcji więcej uwagi niż tylko opracowując plany militarne. Z drugiej Putin prowadzi bardzo skomplikowaną grę obliczoną na wprowadzenie Rosji do superligi mocarstw światowych (u boku USA) ale jednocześnie musi bardzo uważać na sytuację wewnętrzną w swoim kraju mocno dotkniętym sankcjami, z rozszalałą korupcją i układami mafijnymi w których rolę mafiozów pełnią ludzie z FSB i wojska. W takim państwie przywódca nigdy nie może czuć się zbyt pewnie. Pokazy siły służą także zwieraniu szeregów wewnętrznych.

Można się oburzać, że gra polityków jest tak bezwzględna. W Syrii giną dziesiątki ludzi każdego dnia, w Iraku wciąż trwają brutalne rozprawy ISIS z szyitami i szyitów z sunnitami, a Jemen pogrąża się w chaosie podobnym do syryjskiego.  Jednak oburzenie nie zmieni absolutnie niczego bowiem za tymi wojnami stoją siły tak potężne że życie ludzkie nie ma najmniejszego znaczenia. Trzeba jednak (mówiąc językiem piłkarskim) tę grę czytać, aby wiedzieć jak się zachować i samemu w niej nie znaleźć się na straconej pozycji. Siły geopolityczne są jak walec i miażdżą te pionki na szachownicy, które skupiając uwagę jedynie na wewnętrznych sprawach, konfliktując się wewnętrznie zapominają o polityce międzynarodowej.

syria-boy

W co “gra” Erdogan?

502700e62a9d6f5311b2ef941274fa5fRozumienie strategicznego znaczenia zmian zachodzących w Turcji jest bardzo ważne dla przyszłości Europy i całego Zachodu. Skutki nieudanego przewrotu w Turcji, obecnie niemal stu procentach zależą od samego prezydenta Recepa Erdogana. Ma on w ręku wszystkie atuty i może swobodnie modelować sytuację zarówno wewnątrz kraju jak i do pewnego stopnia w kwestii roli Turcji w przestrzeni międzynarodowej. W zależności od decyzji jakie teraz podejmie, sytuacja może się zmienić diametralnie, ale może pozostać w zasadzie taka jaką była dotychczas jeśli idzie o kwestie międzynarodowe. Niewątpliwie natomiast ogromne zmiany zajdą w samej Turcji.

W tekście pt. “Próba przewrotu wojskowego w Turcji – przyczyny realizacji i fiaska“, przedstawiłem najbardziej prawdopodobne źródła inspiracji nieudanego zamachu, a także przyczyny jego niepowodzenia. Nie podejmowałem się natomiast o przedstawianie wniosków, bowiem tak szybko po opisywanych wydarzeniach wydaje mi się, że byłoby to mało wiarygodne. Niemniej jednak, można pokusić się o pewne wnioski na podstawie dotychczasowej polityki prezydenta Erdogana oraz nieudanego zamachu.

To czy zamach był zainscenizowany przez samego prezydenta czy był faktycznie realizowany przez buntowników czy nawet inspirowany (jak twierdzi prezydent) przez Fetullaha Gullena nie ma w moim przeświadczeniu zasadniczego znaczenia dla dalszej polityki międzynarodowej Ankary. Istotne znaczenie może mieć tylko taka opcja, w której rzeczywiście za zamachem stałaby CIA. Wówczas współpraca Turcji z USA stanęłaby pod wielkim znakiem zapytania a to byłaby zmiana o ogromnym znaczeniu geopolitycznym (co staram się wyjaśnić poniżej). Oczywiście nadal trudno byłoby Turcji tak po prostu zerwać stosunki z USA, jednak przy odpowiednich okolicznościach Erdogan mógłby do tego doprowadzić.

O tym w jaką stronę pójdzie teraz Turcja decydują uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, jednak zasadniczym znaczenie mają teraz zamiary samego Erdogana. Jego plany są zapewne kontynuacją tego co zamierzał przez zamachem (jeśli zamach nie przyniósł mu jakichś szczególnie istotnych nowych informacji na temat stosunku państw do Turcji) tyle że teraz z pewnością nastąpi przyspieszenie działań i pełna mobilizacja jego środowiska politycznego. Porażająca skala czystek jakie obecnie następują w całej Turcji, przy ogromnym i spontanicznie wyrażanym poparciu społecznym, po ustabilizowaniu sytuacji, pozwoli prezydentowi na stanowcze działania także w przestrzeni międzynarodowej .

Trzy opcje

Można więc przedstawić kilka scenariuszy strategicznych decyzji jakie może planować prezydent Erdogan. Scenariusze te są uporządkowane od najbardziej do najmniej prawdopodobnego (zdaniem autora). Zasadniczo istnieją w mojej opinii trzy realne scenariusze działań Ankary w obecnej sytuacji:

  1. Multilateralizm w koalicji z NATO i US. Przyśpieszenie budowania pozycji lidera na Bliskim Wschodzie ale w ramach NATO i we w strategicznej współpracy z USA. Erdogan rozumie że Turcja w izolacji straci na znaczeniu, a zaostrzanie kursu względem USA (widoczne sporo przed zamachem) ma zmusić USA do wsparcia aspiracji Turcji do odgrywania roli lidera na Bliskim Wschodzie.
  2. Izolacjonizm. Próba budowania roli lidera regionalnego z pozycji izolacjonistycznej. Prezydent Erdogan  stawia na względną izolację Turcji wierząc w jej potęgę i nie uwzględniając już realnych uwarunkowań sytuacji międzynarodowej.
  3. Multilateralizm z odwróceniem sojuszy. Prezydent zmierza do odwrócenia sojuszy i budowy nowego układu sił w którym USA byłyby stopniowo odpychane z Bliskiego Wschodu a częściowo ich miejsce przejmowałyby Rosja i Chiny.

Powyższe opcje należy traktować indywidualnie lub łącznie 1 z 2, albo 2 z 3. Nie można natomiast połączyć 1 z 3, chyba że w formie stopniowej transformacji układu międzynarodowego. Warto zauważyć, że wszystkie scenariusze mieszczą się w formule tzw. “Wielkiej szachownicy” (pojęcie użyte przez prof. Zbigniewa Brzezińskiego) i nie są niczym niezwykłym zarówno w historii. Nasze przyzwyczajenie do obecnie istniejącego układu sił może dawać zupełnie mylne poczucie odrealnienia opcji dla nas bardzo niekorzystnych. Jest to bardzo niebezpieczne i należy brać pod uwagę nawet scenariusze, jakie jeszcze przed nieudanym zamachem w Turcji mogły być pozbawione podstaw.

Multilateralizm we współpracy z NATO i USA – kontynuacja

Pierwszy scenariusz jest najbardziej racjonalny i nie wykracza bardzo poza dotychczasowy układ sił, przy jedynie zwiększonych aspiracjach Turcji. W takiej sytuacji międzynarodowe status quo pozostaje niemal nienaruszone, a Turcja jako nadal najbardziej kłopotliwy członek NATO wciąż jest jednak istotnym uczestnikiem sojuszu. Jednakże wobec skali i bezwzględności wewnętrznych rozliczeń w Turcji oraz sposobu w jakim są przeprowadzane Turcja coraz bardzie obnaża swoje oblicze zupełnie nie pasujące do świata zachodnich demokracji. Tak jak zajęcie Krymu przez Rosję było określane w NATO mianem “opadnięcia masek”, tak podobnie można określić całą sytuację jaka ma miejsce w Turcji po 15 lipca 2016 roku.

Nie oznacza to że w państwach zachodnich nie zdawano sobie sprawy z odmienności kulturowej i politycznej Turcji, niemniej jednak z przyczyn geopolitycznych i gospodarczych starano się widzieć demokratyczne, lub prodemokratyczne maski na twarzach liderów tego państwa. Niewątpliwie działania Turcji będą skrajnie brutalne wobec własnego społeczeństwa co będzie wywoływać protesty Zachodu. To z kolei pogłębi rozłam między Turcją a strukturami NATO. Dalsza współpraca będzie możliwa ale będzie jeszcze trudniejsza niż przed zamachem. Stopniowo więc taka sytuacja może prowadzić do opcji 2 lub nawet 3.

Izolacjonizm

Dużo więcej zmian zaszłoby przy opcjach 2 i/lub 3. Opcja 2 znana jest z historii nader dobrze. W ostatnich latach za przykład można podać prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka lub Iraku Saddama Husaina. Obaj ci przywódcy stracili w dużej mierze kontakt z rzeczywistością nie zdając sobie sprawy  w jak niebezpiecznym są położeniu. Prezydent Egiptu w przeddzień utracenia władzy w rozmowach ze swoimi urzędnikami twierdził, że wszystko jest pod kontrolą, a Egipcjanie nigdy nie poważą się podnieść na niego ręki. Podobnie prezydent Husain nie do końca zdawał sobie sprawę z tego jak szybko zakończy się jego panowanie w Iraku.

Rządy autorytarne tym się właśnie charakteryzują, że lider po odniesieniu sukcesów czy to w wojnie czy na polu sprawowania władzy, czy wychodząc wzmocnieni po nieudanych zamachu – ciesząc się poparciem społecznym, stopniowo przestają przyjmować krytykę otaczając się pochlebcami. Sprzeniewierzają się więc jednej z fundamentalnych zasad wyłożonych przez Nicolo Machiavellego w jego dziele pt. Książę: “Mądry książę żeby ustrzec się przed pochlebcami musi wybrać na tyle mądrych doradców, ze, gdy mówią mu prawdę nawet najgorszą, jest wstanie przyjąć ją z godnością i nie obrażać się”.

Prezydent Erdogan po wygranych wyborach z początku lata w 2015 roku, był zmuszony zawiązać koalicję z Partią Kurdów. Zarządził więc powtórne wybory, a w tym czasie, do jesieni kiedy miały się one odbyć, celowo za cel akcji zbrojnych obrał właśnie ludność kurdyjską w Turcji. Kudowie odpowiadali przemocą na przemoc, wskutek czego byli oskarżani o zamachy terrorystyczne. W efekcie powtórzone wybory wygrała AKP – czyli partia prezydenta Erdogana w takim stosunku, który pozwalał jej samodzielnie sprawować władzę.

Ogromne poparcie społeczne samego prezydenta jak i AKP oraz sukces manewru politycznego z końca 2015 roku, mogły spowodować że prezydent traci kontakt z rzeczywistością. Jego ostre konflikty w otoczeniu międzynarodowym Turcji bardzo kontrastują z wcześniejszą polityką “0 konfliktów z sąsiadami”. Do tego dochodzi frustracja z powodu dwóch dekad negocjacji akcesyjnych do UE oraz skomplikowana sytuacja wewnętrzna Turcji.

Innym powodem oddalania się od Zachodu są z pewnością oskarżenia Turcji o świadome wspieranie terroryzmu. Z pewnością pojawia się poczucie zupełnego niezrozumienia problemów wewnętrznych Turcji, która przecież przyjęła ponad 2 miliony uchodźców z terenów ogarniętych wojną w tym wielu Kurdów. Uchodźcy jacy trafiają do Turcji to oczywiście podobnie jak sami Turcy głównie Sunnici. Często zostali zmuszeni do opuszczenia Iraku bądź Syrii przez brutalne milicje szyickie w Iraku lub nie mniej brutalny reżim Asada w Syrii. Po tym co przeszli w swoich krajach, często bardziej pozytywnie postrzegają tzw. Państwo Islamskie niż władze z Bagdadu czy Damaszku a także Ankary po przyłączeniu się Tursji do koalicji zwalczającej ISIS.

Na początku 2015 roku miałem okazję rozmawiać w Turcji z jednym z takich uchodźców (przedstawił się jako Ahmed i nie chciał podać prawdziwych personaliów ani też nie zgodził się na nagranie rozmowy) i w pełni potwierdził on moje przypuszczenia. Mnie samego traktował początkowo bardzo wrogo, gdy dowiedział się że jako żołnierz sił koalicji stacjonowałem w Iraku. Po przełamaniu początkowej niechęci udało nam się porozmawiać, ale za każdy razem gdy wspominałem o siłach koalicji czy szyitach Ahmed mocno się oburzał. Takich osób, które mają niejednoznaczny stosunek do ISIS jest wśród uchodźców w Turcji wiele, dlatego pozyskanie przez terrorystów osoby do przeprowadzenia zamachu jest bardzo łatwe. Być może jedną z przyczyn tego, że Turcja nie występowała zdecydowanie przeciw ISIS była chęć uniknięcia tego typu zagrożeń. Oczywiście nie ma wątpliwości że ISIS realizowała w części interesy tureckie na północy Syrii i Iraku zwalczając Kuródw, szyitów i Alawitów.

Odwrócenie sojuszy

Tak więc druga opcja, może z kolei prowadzić do trzeciej. Im mocniej izolowany jest prezydent Turcji i jednocześnie im silniejsze ma poparcie wewnętrzne, tym łatwiej mu będzie o radykalne działania. Takim właśnie może być chęć odwrócenia sojuszy.  Zainteresowanymi zbliżeniem z Ankarą przeciw Zachodowi z pewnością mogą być dyktatorzy sprawujący swą władzę w równie bezwzględny sposób co Erdogan. Pierwszym i najważniejszym takim liderem jest z Władimir Putin. Ten lider dysponujący potężną armią i arsenałem nuklearnym, ale z kulejącą gospodarką, z wielką radością powitałby współpracę z gospodarką turecką (np. w ramach Unii Euroazjatyckiej) szybko się przecież rozwijającą. To mogłoby zupełnie zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie. Pozyskanie Chin byłoby jeszcze większym krokiem do fundamentalnej zmiany układu światowego. To ostatnie wydaje się mało realne, jednak przy stopniowych zmianach sytuacji i ewentualnej nieodpowiedzialnej polityce USA – jaką w mojej opinii może prowadzić Donald Trump jako nowy prezydent USA, taki scenariusz także jest możliwy (Trump vs Clinton z perspektywy interesów Europy Centralnej)

Należy wziąć pod uwagę że Turcja poza strukturami NATO i w konflikcie z Europą a za to w sojuszu z Rosją i Syrią (nie mówiąc już o przyłączeniu się Iranu i Chin) będzie mogła bardzo łatwo destabilizować sytuację w Europie. Razem z potężnym oddziaływaniem propagandy rosyjskiej będzie mogła swobodnie rozgrywać słabsze organizacyjnie demokracje europejskie za pomocą różnorodnych (i bardzo wielu) mechanizmów: od “generowania” kolejnych potężnych fal uchodźców instrumentalnie wykorzystywanych, aż po siatki terrorystów i a przede wszystkim komórki terrorystów tzw. uśpionych, których wielu w Europie już teraz przebywa.

Wnioski

Można stać na straży standardów demokratycznych i pięknych idei, jednak brutalna polityka międzynarodowa nie znosi próżni. Błędy trudno jest naprawić. Politykę Erdogana należy w pełni potępiać podobnie jak Ajatollaha Chamenei w Iranie czy króla Salmana w Arabii Saudyjskiej i prezydenta Rosji Władimira Putina. Jednak w mojej opinii, to co postuluje dziś wielu, a więc wyrzucanie Turcji z NATO – za karę, czy odsuwanie od współpracy z Europą, bez oceniania skutków takiego kroku – jedynie dla idei, może popchnąć Ankarę do bardzo radykalnych rozwiązań. Takie rozwiązania ogromnie zwiększają zagrożenia dla Europy. Nie chodzi tu tylko o znaczenie militarne Turcji ale geopolityczne. Skutków działań które dziś zostaną podjęte nie będzie się już dało odwrócić, tak jak nie da się ustabilizować Iraku czy Libii mimo, że operacje zbrojne zakończyły się w obu przypadkach pełnym sukcesem. Na fali populizmu jaki dominuje dziś w przekazie medialnym, łatwo o działania poprawiające sondaże liderom i ich partiom, który jednak może okazać się fatalny dla społeczeństw Zachodnich.

Trump vs Clinton z perspektywy interesów Europy Centralnej

Screen-Shot-2015-10-07-at-11.11.39-AM

Z pewnością jasne jest już, że do finałowej części wyścigu prezydenckiego w USA kwalifikuje się dwoje kandydatów: Donald Trump i Hilary Clinton. Po stronie Republikanów ostatni broń złożył już Ted Cruz, a po stronie Demokratów raczej pogodził się już z porażką Bernie Sanders. Różnice pomiędzy ostatnią parą kandydatów są jednak znacznie głębsze niż tradycyjny podział na Republikanów i Demokratów. Dorobek, wyrażane poglądy jak i styl zachowani obojga kandydatów powodują, że linie podziału i sposoby argumentacji w obu przypadkach są zupełnie inne niż przy wszystkich dotychczasowych wyborach.  Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę tylko oficjalne wypowiedzi obojga kandydatów to Trump nieudolnie próbuje wpisywać się w retorykę GOP – a raczej neokonserwatywną, mówiąc o wzmożeniu tortur czy rozwiązaniu problemu ISIS poprzez drastyczne zwiększenie ilości nalotów. Z drugiej strony Hillary Clinton gwarantuje kontynuację polityki Baracka Obamy w niektórych kwestiach – jak odprężenie w relacjach z Iranem, kontynuacja ocieplania stosunków z Kubą, a nawet nie neguje bardzo kontrowersyjnej ustawy o powszechnym obowiązku ubezpieczeń zdrowotnych (choć nie wydaje się gorącą zwolenniczką tego pomysłu, który dzieli nawet demokratów). Niemniej jednak, jeśli poddać analizie wystąpienia obojga kandydatów i na przykład zestawić je z kandydatami z ich własnych partii, to okazuje się, że Hillary Clinton ma nastawienie znacznie bardziej “jastrzębie” niż Sanders a Trump jest zupełnym gołębiem w porównaniu do Teda Cruza a nawet łagodnego Marco Rubio.  Trump wydaje się być mistrzem populizmu, który wiedząc że Amerykanie są oburzeni na gigantyczne zadłużenie u Chińczyków, grozi zaostrzeniem relacji z tym państwem, a korzystając z rosnącej fali agresji wobec uchodźców proponuje budowę muru na granicy z Meksykiem. Jednocześnie jako biznesman z pewnością wie, że tak silne powiązanie finansowe Chin i USA wyklucza zaostrzanie kursu wobec państwa Środka (chyba że rozpocząłby otwarty konflikt z Chinami co oczywiście wydaje się niemożliwe).  Jednak “paplanie” o zmasowanych nalotach na Bliskim Wschodzie, czy torturach, nie czyni z niego jastrzębia. To stosunek do Rosji, Chin czy regionalenych potęg na Bliskim Wschodzie jest tu wskaźnikiem ukazującym prawdziwy charakter polityki międzynarodowej. To przecież nie Chiny dziś dokonują aneksji części sąsiedniego państwa wysyłając najemników i destabilizując resztę i nie Chiny niszczą pozostałości rebelii w Syrii wzmacniając reżim Baszara Asada i Państwo Islamskie. Rosja stała się obecnie najbardziej nieprzewidywalnym państwem w naszym regionie i polityka wobec tego państwa jest jedną z kluczowych kwestii istotnych dla całego świata. Struktury mafijne jakie dominują w Rosji wynikające z powiązań biznesu ze służbami wywiadowczymi, wojskiem i milicją tworzą taki układ, w którym zarówno prezydent Putin, aby utrzymać się przy władzy musi (wskutek obranego przez siebie kursu w 2014 roku) podejmować agresywne działania polityczne i militarne, jak i w razie odsunięcia go od władzy ewentualny nowy lider tego państwa może stanowić jeszcze poważniejsze zagrożenie dla Europy i świata. Donald Trump kilkukrotnie wyrażał się bardzo ciepło o prezydencie Rosji, natomiast co ciekawe, prezydent Putin rozpływa się w zachwytach nad Trumpem. Już samo to powinno dać sporo do myślenia Amerykanom, którzy za parę miesięcy będą głosować  w wyborach na najwyższe stanowisko w USA. Propagandowa tuba Kremla – Russia Today nie szczędzi pozytywnych komentarzy dla swojego kandydata. Jednocześnie istnieją przesłanki by sądzić, że Donald Trump korzystając z sankcji rozwija swoje interesy w Moskwie. Jeśli takie oskarżenia się potwierdzą, to może się okazać, że relacje biznesowe i chęć pomnożenia i tak wielkiego majątku w istocie przesłaniają kandydatowi Republikanów interes nie tylko narodowy USA, ale też kwestie polityki światowej i europejskiej.  Informacje o stanie armii niemieckiej, armiach skandynawskich, fatalne konflikty wewnętrzne w Polsce czy bardzo trudna sytuacja wewnętrzna we Francji, a z drugiej strony zdesperowana Grecja, kontrowersyjna polityka Orbana na Węgrzech, czy tradycyjnie konformistycznie nastawione do sytuacji politycznej Słowacja i Czechy – to wszystko w sytuacji wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA nabierze znacznie większego niż dziś znaczenia. Jeśli w ewentualnym następstwie do władzy we Francji doszłaby Marie LePen a w Niemczech ktoś z radykalnej prawicy, to świat jaki znaliśmy będzie przeszłością. Dla Cara na Kremlu szachownica ułoży się w sposób. Obecnie powstrzymywany sankcjami, rosnącą potęgą Chin i jednak potencjałem NATO Putin, straci  w takiej sytuacji większość z obecnych hamulców… co wówczas zrobi?

Z drugiej strony Hillary Clinton, jest dziś łatwym obiektem do atakowania. Fatalna afera z prywatną skrzynką e-mailową, którą wykorzystywała do przesyłania ściśle tajnych informacji, to rzecz nie do pomyślenia na najniższych szczeblach armii USA, a przydarzyła się Sekretarzowi Stanu. Bardzo wiele niejasności powstałych po śmierci ambasadora USA w Libii oraz raz po raz wyciągana kwestia jej pierwszego “sukcesu” jako młodego adwokata, gdy wybroniła osoby oskarżonej o gwałt po czym miała się z dumą przyznać, że obroniła osobę o której wiedziała że jest winna. To tylko trzy najbardziej widowiskowe sprawy, które będą do końca prezentowane przez media – nie tylko popierające Trumpa. Jednak, Hillary Clinton to bardzo doświadczony polityk. Już jako pierwsza dama w czasie prezydentury męża była bardzo aktywna – także w sprawach międzynarodowych. Często miała odmienne zdanie do Baracka Obamy i wyraźnie widać było jej chęć do działań gdy ten skupiał się jedynie na formie swoich (wspaniałych skądinąd) przemówień.  Jako Sekretarz Stanu odbyła rekordową ilość podróży zagranicznych i potrafiła przy tym świetnie się dogadywać z przywódcami europejskimi czym nie może pochwalić się sam obecny prezydent. Na uwagę zasługuje też fakt nieco zapomniany, ale istotny dla obecnej sytuacji międzynarodowej. Hillary Clinton w czasie przesłuchania przed komisją senacką do objęcia urzędu Sekretarza Stanu w 2009 roku, przedstawiła koncepcję Smart Power jako fundament polityki USA. Koncepcja ta została w sposób naukowy opracowana przez profesora Josepha Ney w 2003 roku. Niestety nie została zastosowana zgodnie z zaleceniami profesora pozostając raczej chwytnym zabiegiem marketingowym, za co trudno jednak winić jedynie Panią Clinton. Najważniejszy głos w kwestii polityki zagranicznej ma Prezydent, choć oczywiście część odpowiedzialności spada na Sekretarza Stanu. Wydaje się jednak, że tym razem ta koncepcja mogłaby znaleźć znacznie pełniejsze zastosowanie jeśli wygra Pani Clinton.

Podsumowując, nawet jeśli Donald Trump po wyborach zmieni swoje podejście do spraw międzynarodowych, to samo to co mówi w kampanii wyborczej spowoduje duże komplikacje na arenie międzynarodowej. Trzeba pamiętać, że słowa polityka takiego kalibru jak POTUS mają potężną siłę rażenia. Z kolei wybór Hillary Rhodam Clinton to po części kontynuacja polityki Baracka Obamy – w kwestii poszukiwania porozumienia z Iranem przy utrzymywaniu współpracy z Arabią Saudyjską i Izraelem, a także Turcją i wspieraniu Kurdów (co jest sporą ekwilibrystyką) ale i rozsądne zaostrzenie polityki wobec agresywnej Rosji. Trudno prognozować o krok dalej, jednak ewentualne uspokojenie sytuacji na Bliskim Wschodzie i wzmocnienie współpracy w Europie, spowodowałoby brak możliwości rozgrywania błędów Zachodu przez Rosję, co mogłoby ją skłonić do powrotu do kooperacji. Za takim rozwojem sytuacji z pewnością opowie się rosyjski biznes i część służb. Przeciw będzie wojsko i sam Putin, dla którego wzrost tendencji demokratycznych w obecnej sytuacji gospodarczej Rosji grozi nie tylko utratą władzy ale i życia. Wybory te są więc zasadniczo ważne dla samych Rosjan, którzy raczej nie chcą, tak jak przywódcy Kremla odbudowy imperium, ale raczej poprawy codziennej egzystencji, dalej dla Ukrainy targanej dramatycznymi konfliktami wzmacnianymi przez Rosję, aż wreszcie dla państw Bałtyckich z niepokojem wciąż spoglądających na kolejne ruchy Moskwy. Już nawet tylko z tych względów wybory te będą miały zasadniczy wpływ także na sytuację Polski.