Atak USA na Syrię 7 kwietnia 2017, jako rozgrywka geopolityczna

Od razu zastrzegam, że nie mam pojęcia kto użył broni chemicznej w Syrii, być może to się wyjaśni, a może nie. Wszystkie przypadki użycia tego typu broni w Syrii po 2011 roku były, są i będą przedmiotem sporu co do ich autorstwa. Chcę krótko zająć się grą geo-politytczną między USA a Rosją w kontekście tego ataku, ponieważ od tego będzie zależał dalszy los Syryjczyków, a w konsekwencji także reszty świata. 

Niewątpliwie po niepowodzeniu zacieśnienia współpracy między USA a Rosją, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych szukał innych możliwości dla uczynienia „America great again” także na polu międzynarodowym. Gdy odsunął gen Michaela Flynna, a w jego miejsce powołał gen. McMastera, jasne się stało, że w jego obozie zaczynają dominować zwolennicy tradycyjnej polityki USA, nakierowanej na budowanie sojuszy, ale w taki sposób by zagwarantować utrzymywanie dominującej roli USA.

W międzyczasie doszło do fatalnej operacji w Jemenie, która uświadomiła prezydentowi, że musi słuchać doradców i nie działać pochopnie i impulsywnie. Atak na bazę Syryjską został właśnie tak zaplanowany.

Biały Dom poinformował Rosję o planowanym ataku, ale na tyle późno, by ta nie zdążyła przygotować ewakuacji bazy syryjskiej. Stąd Rosja raz potwierdza, a raz zaprzecza, że taką informację od USA otrzymała. Rosja wielokrotnie wcześniej wyraźnie sugerowała, że wszelkie działania względem Syrii, nie tylko wymagają negocjacji z Kremlem, ale nawet jego akceptacji. Konferencja w Astanie była tego jasnym świadectwem, gdy USA zostały tam zaproszone do udziału (niejako w roli obserwatora), a nie jako współorganizator. Trump musiał odmówić. O pozostałych sygnałach z Rosji świadczących o chęci względnej dominacji Rosji w „sojuszu” z USA pisałem już 26 styczni br.: „Trzy wydarzenia okresu przejsciowego, istotne dla nowej administracji USA” 

Trump zrozumiał wówczas, że podział wpływów na Bliskim Wschodzie może być tylko efektem twardej gry geopolitycznej i politycznej, a nie „biznesowej” współpracy z Rosją.  Stąd odsunięcie Flynna oraz żądanie zwrotu Krymu. Oba te ruchy raczej wzbudzały rozbawienie na Kremlu. Jednak Putin chyba nie przewidział, że to tylko zapowiedź kolejnych kroków. Dzisiejszy atak w Syrii o tym świadczy. Odpowiedzią Rosji obecnie, będzie zapewne wzmożenie ataków przeciw rebeliantom popieranym przez USA, znów przemieści Iskandery M do Kaliningradu (nie wiem który już raz), dokona jakiejś liczby lotów „patrolowych” strategicznymi bombowcami w pobliżu terytorium NATO. Niebezpieczne byłoby natomiast gdyby Rosja postanowiła uaktywnić tzw. „rebeliantów” w Donbasie.

Osoby, które znały Trumpa zanim został prezydentem przestrzegały, że jeśli deal między Rosją i USA się nie powiedzie, to Trump stanie się dla Kremla bardzo twardym graczem. Myślę, że ten moment właśnie nastąpił. Atak w Syrii pokazał, że USA prawdopodobnie opracowały nową strategię bezpieczeństwa (lub przynajmniej zarys) , której autorami mogą być gen Mattis wraz z gen McMasterem. Zapewne Rex Tillerson ją akceptował, a Trump przyjął do realizacji. USA posiadają też tzw. Wielką strategię (choć za czasów Obamy chyba była mocno zaniedbana), która ma wpływać na mechanizmy geo-polityczne.

Problemem jednak jest to kto po Asadzie mógłby rządzić Syrią. Sam Trump w kampanii twierdził że w Syrii nie ma rebelii, którą USA mogłyby popierać. Teraz jego administracja żąda odsunięcia Asada. Kto więc miałby tam przejąć władzę? Budowanie rządu jedności narodowej od zera jest to proces na dekady. Amerykanie to wiedzą przynajmniej od 2003 roku. Wie o tym na pewno gen Mattis, z którym dokładnie o tym rozmawiałem. Na wiele pytań brak jest dziś odpowiedzi.

Być może więc powstająca strategia polega na tym, że USA za pomocą operacji takich jak dziś przyciskają Asada „do ściany”, demonstrują, że sprawy już nie wrócą do stanu z czasów Obamy, po czym proponują mu pozostanie na stanowisku w zamian za marginalizację Rosji i Iranu. Jednocześnie zmuszają opozycję do negocjacji a tych którzy nie przystąpią do współpracy traktują jak terrorystów. Scenariusz niebezpieczny i trudny, ale możliwy.

USA będą starały się ograniczyć gwałtowny wzrost wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie oraz mniejszy, ale istotny Rosji. Syria to oba te cele naraz. Oczywiście Syria jest też państwem tranzytowym dla przesyłu surowców energetycznych, a więc ma także znaczenie geo-ekonomiczne. Dlatego też Syria jest dziś tak ważnym miejscem. Stała się ważnym „sworzniem” geopolitycznym dla państw kluczowych. Od 6 lat na tej walce o wpływy cierpią głównie cywile.

Oczywiście można głosić konieczność pojednania w imię dobra ludzkości, ale takie hasła nie działają gdy funkcjonuje „geopolityczne urządzenie mechaniczne”. Dlatego trzeba rozpatrywać wydarzenia pod kątem realnych scenariuszy, acz nie można rezygnować z wzywania do przestrzegania zasad etyki, humanitaryzmu, i wartości.

Jak zwykle postuluję idealizm, ale oparty o na realizmie.

Reklamy

Czy wojny o ropę są nieuniknione?

hqdefaultTo tylko sugestie. Nie umiem ich poprzeć faktami, danymi liczbowymi czy naukowymi podobnie jak nie potrafię udowodnić z całą pewnością udziału człowieka w ocieplaniu się klimatu. Niemniej jednak wieszczenie wybuchu III Wojny Światowej z powodu konfliktów o dostęp do obszarów roponośnych skłoniło mnie do refleksji na ten temat. Skoro więc nauka, a szczególnie technologia spowodowały, że mamy silniki elektryczne, pociągi poruszające się na poduszce magnetycznej, elektrownie wiatrowe i energię słoneczną, to dlaczego ropa jest wciąż tak ważna i co więcej tak konfliktogenna? Dlaczego cały świat ma się zabijać o coś co odchodzi powoli do lamusa historii? Czy to nie zakrawa na absurd? Gdy chodzi o absurd nasuwa mi się pojęcie – polityka, a za polityką – lobbing, korporacje, banki, hasła typu „1% vs 99%” itd.

Czy więc w rzekomym konflikcie globalnym o ropę nie chodzi o potężne korporacje, które nie chcą i nie potrafią pogodzić się ze zmianami? Czy fakt, że projekt DESERTEC został „zawieszony” z uwagi na nierentowność nie jest także symptomatyczny? Przecież ten projekt nie był obliczony na zysk finansowy, ale korzyści polityczne, stabilizację regionu tak bardzo dziś zapalnego oraz odejście od tradycyjnych źródeł energii i stopniowe przechodzenie na odnawialne.

Jeśli policzymy zyski z wykorzystywania Ropy, ale wrzucimy do tego bilansu, wojny toczone na Bliskim Wschodzie i w Afryce, i straty liczone dziś m.in. jako zadłużenie państw, zagrożenia dla społeczeństw zachodnich wynikające z terroryzmu będącego skutkiem tych wojen oraz weźmiemy pod uwagę tą zdecydowanie przeważającą część społeczeństwa, która nie uczestniczy w bezpośrednich zyskach z obrotu ropą to okaże się, że jest to źródło poważnego deficytu i problemów dla zdecydowanej większości społeczeństw. Nierentownych projektów, które są korzystne społecznie, jest wiele – niemal cała nauka taka właśnie jest. Ale tak nierentownych i tak drastycznie konfliktujących, a być może już zupełnie niepotrzebnych jak „Wojny o Ropę” trudno sobie w ogóle wyobrazić.

Jako obserwator i badacz polityki światowej mam jednak rosnące wrażenie, że wiele rzeczy jakie dzieją się obecnie jest kreowanych na potrzeby konfliktów i walki o wpływy, a więc władzę, a my – zwykli ludzie jesteśmy do tych konfliktów wykorzystywani o czym pisałem na blogu:

Moim zdaniem to potężne korporacje mające całą swoją strukturę zbudowaną w oparciu o różnego rodzaju instytucje i interesy związane tak czy inaczej z przemysłem zależnym od ropy są odpowiedzialne za to, że te straszliwie krwawe i wyniszczające konflikty się wciąż toczą. Do tego trzeba dodać polityków uzależnionych, kupionych lub za mało kompetentnych by nie ulegać negatywnemu lobbingowi. Do tego także banki powiązane z tym koncernami i politykami, które korzystając z naszych pieniędzy chętnie finansują wojny o ropę. Cały system w ten sposób utworzony jest dziś niemożliwy (jak niestety sądzę) w krótkiej perspektywie do zmiany, dlatego też wojny o ropę są nie tylko jednym z głównych czynników geopolitycznych ale nawet zagrażają konfliktem globalnym. Politycy, którzy uzależnili się (na własne życzenie) od ropy – jak Putin ale i krajce Zatoki Perskiej i w dużej mierze Iran sądzą, że nie mają innego wyjścia jak o tą ropę walczyć i poszerzać wpływy. Inni boją się ich nieprzewidywalności i starają się im te „szanse” ograniczać. W tym wszystkim są Kurdowie będący i pionkiem w rozgrywkach, ale też próbujący na scenę wejść jako państwo i za ten cel zrobią wszystko.

Obecnie to właśnie skomplikowana „kwestia kurdyjska” staje się epicentrum wojny, której faktycznym podłożem jest Ropa. Nie chodzi o roponośne tereny Kurdów, ale o to że: 1. Są oni głęboko skonfliktowani z Turcją, 2. Chcą koniecznie zbudować własne państwo, 3. Zachód jest jak zwykle bardzo dwuznaczny… a 4. Rosja chce ich wykorzystać przeciw Turcji. Można dodać 5. jest jeszcze do tego ISIS, Iran, wojna do mowa w Syrii, państwa GCC starające się podobnie jak Iran o wpływy w tych samych miejscach oraz Izrael, który posiada broń masowego rażenia i nie zawaha się jej użyć, jeśli będzie się czuł poważnie zagrożony. Zarzewie III Wojny Światowej jest więc gotowe – teraz kwestią zasadniczą jest czy Zachód zacznie realizować racjonalną politykę – nie unikania problemów, ale mierzenia się z nimi. Problemem na zaraz jest doprowadzenie do negocjacji turecko-kurdyjskich co „wybiłoby” główny argument z rąk Putina, dałoby silnego i stabilnego – prozachodniego sojusznika w postaci Kurdystanu i znacznie zmniejszyłoby napięcia i w relacjach z Turcją, ale też Irakiem, Iranem i Syrią.