Atak USA na Syrię 7 kwietnia 2017, jako rozgrywka geopolityczna

Od razu zastrzegam, że nie mam pojęcia kto użył broni chemicznej w Syrii, być może to się wyjaśni, a może nie. Wszystkie przypadki użycia tego typu broni w Syrii po 2011 roku były, są i będą przedmiotem sporu co do ich autorstwa. Chcę krótko zająć się grą geo-politytczną między USA a Rosją w kontekście tego ataku, ponieważ od tego będzie zależał dalszy los Syryjczyków, a w konsekwencji także reszty świata. 

Niewątpliwie po niepowodzeniu zacieśnienia współpracy między USA a Rosją, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych szukał innych możliwości dla uczynienia „America great again” także na polu międzynarodowym. Gdy odsunął gen Michaela Flynna, a w jego miejsce powołał gen. McMastera, jasne się stało, że w jego obozie zaczynają dominować zwolennicy tradycyjnej polityki USA, nakierowanej na budowanie sojuszy, ale w taki sposób by zagwarantować utrzymywanie dominującej roli USA.

W międzyczasie doszło do fatalnej operacji w Jemenie, która uświadomiła prezydentowi, że musi słuchać doradców i nie działać pochopnie i impulsywnie. Atak na bazę Syryjską został właśnie tak zaplanowany.

Biały Dom poinformował Rosję o planowanym ataku, ale na tyle późno, by ta nie zdążyła przygotować ewakuacji bazy syryjskiej. Stąd Rosja raz potwierdza, a raz zaprzecza, że taką informację od USA otrzymała. Rosja wielokrotnie wcześniej wyraźnie sugerowała, że wszelkie działania względem Syrii, nie tylko wymagają negocjacji z Kremlem, ale nawet jego akceptacji. Konferencja w Astanie była tego jasnym świadectwem, gdy USA zostały tam zaproszone do udziału (niejako w roli obserwatora), a nie jako współorganizator. Trump musiał odmówić. O pozostałych sygnałach z Rosji świadczących o chęci względnej dominacji Rosji w „sojuszu” z USA pisałem już 26 styczni br.: „Trzy wydarzenia okresu przejsciowego, istotne dla nowej administracji USA” 

Trump zrozumiał wówczas, że podział wpływów na Bliskim Wschodzie może być tylko efektem twardej gry geopolitycznej i politycznej, a nie „biznesowej” współpracy z Rosją.  Stąd odsunięcie Flynna oraz żądanie zwrotu Krymu. Oba te ruchy raczej wzbudzały rozbawienie na Kremlu. Jednak Putin chyba nie przewidział, że to tylko zapowiedź kolejnych kroków. Dzisiejszy atak w Syrii o tym świadczy. Odpowiedzią Rosji obecnie, będzie zapewne wzmożenie ataków przeciw rebeliantom popieranym przez USA, znów przemieści Iskandery M do Kaliningradu (nie wiem który już raz), dokona jakiejś liczby lotów „patrolowych” strategicznymi bombowcami w pobliżu terytorium NATO. Niebezpieczne byłoby natomiast gdyby Rosja postanowiła uaktywnić tzw. „rebeliantów” w Donbasie.

Osoby, które znały Trumpa zanim został prezydentem przestrzegały, że jeśli deal między Rosją i USA się nie powiedzie, to Trump stanie się dla Kremla bardzo twardym graczem. Myślę, że ten moment właśnie nastąpił. Atak w Syrii pokazał, że USA prawdopodobnie opracowały nową strategię bezpieczeństwa (lub przynajmniej zarys) , której autorami mogą być gen Mattis wraz z gen McMasterem. Zapewne Rex Tillerson ją akceptował, a Trump przyjął do realizacji. USA posiadają też tzw. Wielką strategię (choć za czasów Obamy chyba była mocno zaniedbana), która ma wpływać na mechanizmy geo-polityczne.

Problemem jednak jest to kto po Asadzie mógłby rządzić Syrią. Sam Trump w kampanii twierdził że w Syrii nie ma rebelii, którą USA mogłyby popierać. Teraz jego administracja żąda odsunięcia Asada. Kto więc miałby tam przejąć władzę? Budowanie rządu jedności narodowej od zera jest to proces na dekady. Amerykanie to wiedzą przynajmniej od 2003 roku. Wie o tym na pewno gen Mattis, z którym dokładnie o tym rozmawiałem. Na wiele pytań brak jest dziś odpowiedzi.

Być może więc powstająca strategia polega na tym, że USA za pomocą operacji takich jak dziś przyciskają Asada „do ściany”, demonstrują, że sprawy już nie wrócą do stanu z czasów Obamy, po czym proponują mu pozostanie na stanowisku w zamian za marginalizację Rosji i Iranu. Jednocześnie zmuszają opozycję do negocjacji a tych którzy nie przystąpią do współpracy traktują jak terrorystów. Scenariusz niebezpieczny i trudny, ale możliwy.

USA będą starały się ograniczyć gwałtowny wzrost wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie oraz mniejszy, ale istotny Rosji. Syria to oba te cele naraz. Oczywiście Syria jest też państwem tranzytowym dla przesyłu surowców energetycznych, a więc ma także znaczenie geo-ekonomiczne. Dlatego też Syria jest dziś tak ważnym miejscem. Stała się ważnym „sworzniem” geopolitycznym dla państw kluczowych. Od 6 lat na tej walce o wpływy cierpią głównie cywile.

Oczywiście można głosić konieczność pojednania w imię dobra ludzkości, ale takie hasła nie działają gdy funkcjonuje „geopolityczne urządzenie mechaniczne”. Dlatego trzeba rozpatrywać wydarzenia pod kątem realnych scenariuszy, acz nie można rezygnować z wzywania do przestrzegania zasad etyki, humanitaryzmu, i wartości.

Jak zwykle postuluję idealizm, ale oparty o na realizmie.

Reklamy

Trzy wydarzenia okresu przejsciowego, istotne dla nowej administracji USA

W grze geopolitycznej właśnie moment „dekoncentracji” jednej strony stwarza pole do bardzo aktywnych działań drugiej. Wszystko co się dzieje obecnie będzie miało ogromny wpływ na politykę nowej administracji USA.

Warto analizować wydarzenia do jakich dochodzi w momencie w okresie przejsciowym w USA. Gdy odchodzący prezydent już faktycznie nie sprawuje wladzy, a nowa administracja dopiero obejmuje stanowiska, powstaje w grze geopolitycznej swoisty moment „dekoncentracji” jednej strony, który stwarza pole do bardzo aktywnych działań drugiej. Wszystko co się dzieje obecnie będzie miało ogromny wpływ na politykę nowej administracji USA.

323bcbd6-d6f4-11e6-bbb7-6a43a6f882fe_660x385

Dzień po wyborach pisałem o  nowej rzeczywistości, bowiem zwycięstwo Donalda Trumpa trzeba postrzegać nie tylko w kategoriach sukcesu republikanów nad demokratami w USA, ale jako konsekwencję przemian społecznych w całym świecie zachodnim („Nowa rzeczywistość po zwycięstwie Trumpa”  https://mmilczanowski.wordpress.com/2016/11/09/nowa-rzeczywistosc-po-zwyciestwie-trumpa/).

Ta nowa rzeczywistość to wbrew jednak najczarniejszym wizjom roztaczanym przez ośrodki sprzyjające demokratom w USA, w mojej opinii nie będzie politycznym trzęsieniem ziemi. Oczywiście będzie starał się przeforsować w jakiejś formie nawet tak kontrowersyjne postulaty jak budowa muru na granicy z Meksykiem, ale zapewne okaże się, że po kilku działaniach (bardziej PRowych) skończy się utrzymaniem status quo w relacjach z Meksykiem. Donald Trump nie ma możliwości przeprowadzenia zmian tak, jak sam by tego chciał. Potężna machina polityczna USA generuje wiele różnych uwarunkowań uniemożliwiających działanie niezależne prezydentowi. Prezydent nie jest bowiem niezależnym człowiekiem, ale przedstawicielem całego narodu włączając w to opozycję. Właśnie dlatego uwarunkowania wewnętrzne muszą wpływać na linię polityczną lidera w każdym kraju. Jeśli tych mechanizmów kontrolnych ze strony instytucji, jak i społeczeństwa brak, jak dzieje się to często w młodych demokracjach, wówczas system pod przykrywką demokracji może przesuwać się w stronę dyktatury.

W przypadku nowej administracji USA i samego Donalda Trumpa, pojawia się też szereg sygnałów świadczących o tym, że Donald Trump powoli otrzymuje stosowną porcję wiedzy (by nie powiedzieć lekcję) na temat geopolityki ze strony samego Władymira Putina. Na pewno można już „rozczytać” trzy wyraźne sygnały pokazujące wyrafinowaną grę Rosji i przeliczenie się, a czasem bezradność nowej administracji USA (oby tylko doraźną – wynikającą z okresu transformacji a być może z błędnych założeń samego nowego prezydenta).

Informacje o wizytach D. Trumpa w Rosji

Pierwszym sygnałem było upublicznienie informacji o rzekomych materiałach, świadczących nie tylko o zażyłych relacjach Trumpa z wpływowymi Rosjanami, ale też kwestiach obyczajowych związanych z rzekomymi (znowu) wizytami biznesmena w Rosji. Te doniesienia nie znajdowały się w rękach wywiadu USA w trakcie kampanii, bo z pewnością ta czy inna frakcja w środowisku wywiadowczym umożliwiłaby wykorzystane ich przez obóz demokratów. Także moment ich upublicznienia nie wydaje się przypadkowy. A więc doszło do nich już po wyborach, gdy nie mogły zagrozić objęciu prezydentury przez Trumpa, a jednocześnie podkopywały jego pozycję jeszcze zanim został zaprzysiężony. Niewątpliwie stawiało go to w trudnej sytuacji, eskalując konflikty obozu prezydenta elekta z mediami w USA i narażając na ostre ataki polityczne oraz wzrost nieufności w Europie. Jednocześnie łatwo sobie wyobrazić, że obecnemu już prezydentowi musi bardzo zależeć, by jeśli takie materiały faktycznie istnieją, nie zostały jednak upublicznione w postaci twardych dowodów. Może być też tak, że takich dowodów zupełnie nie ma, a wszystko jest tylko elementem gry. Jakkolwiek jest, to wydarzenie powinno być wyraźnym sygnałem ostrzegawczym dla nowego prezydenta.

Wydanie Snowdena w prezencie

Drugą bardzo ważną kwestią, choć nieco przemilczaną przez media, było krótkie zamieszanie wokół Edwarda Snowdena. Mogłoby się wydawać, że jest zupełnym przypadkiem, iż pozwolenie na pobyt w Rosji upływa Snowdenowi akurat w okresie poprzedzającym zaprzysiężenie nowego prezydenta w USA. Jednak wiemy, że Rosja prowadzi grę geopolityczną w sposób znacznie bardziej przemyślany i rozsądny niż rozbite wewnętrznie i skłócone państwa zachodnie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że termin ten był tak zaplanowany by Snowden mógł odegrać jakąś rolę w tym właśnie momencie. Pamiętamy przedłużanie pobytu Snowdena na lotnisku w Rosji, gdy komentatorzy przywoływali słynny film z 2004 roku „Terminal” jako ilustrację tego zdarzenia. W sumie spędził na tym lotnisku ponad miesiąc, by w dniu 16 lipca 2013 roku otrzymać pozwolenie na pobyt w Rosji na rok.

Sugestia wydania Snowdena niejako w prezencie nowemu prezydentowi, padła z ust byłego dyrektora CIA („Edward Snowden może zostać w Rosji na dłużej” – Wiadomości – WP.PL http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Edward-Snowden-moze-zostac-w-Rosji-na-dluzej,wid,18678031,wiadomosc.html ), niewątpliwie jednak taka publiczna wypowiedź była częścią gry na ocieplenie stosunków z Rosją, co potwierdziłoby zasadność stanowiska Trumpa z okresu kampanii wyborczej w tej kwestii. Odpowiedź Kremla była twarda i dosadna – jasno pokazując, że gra nie jest tak prosta, jak mógł sobie wcześniej wyobrażać Trump. To gra na znacznie wyższym poziomie – geopolitycznym, gdzie wszystkie chwyty są możliwe. Odpowiedź zawierała dwa stwierdzenie i oba były pozornie równie absurdalne (musiały wywołać uśmiech nawet na twarzach tych, którzy pozytywnie postrzegają wszystkie działania Rosji w ostatnich latach).

Mianowicie, po oświadczeniu, że Snowden otrzymuje pozwolenie na pobyt w Rosji na kolejne dwa lata, stwierdzono, że po pierwsze: przebywa tam z powodów humanitarnych, a po drugie, że nie kontaktuje się z żadną agencją wywiadowczą. Stwierdzenia te urągałyby inteligencji każdego obserwatora, gdyby nie wynikały właśnie z gry geopolitycznej. Pierwsze z nich miało pokazać nie tylko, że USA działają niehumanitarnie (stały motyw propagandowy Rosji pokazujący, że polityka USA jest zdegenerowana, a rosyjska ma być wzorem do naśladowania (sic!)), ale też, że nowy prezydent nie różni się w tej kwestii od poprzednika. Druga część oświadczenia Kremla może być różnie odbierana w kontekście sugestii CIA o tym, jakoby Snowden jeszcze przed ucieczką z USA miał mieć kontakty z wywiadem rosyjskim.

Konferencja w Astanie bez USA

Trzecim mocnym sygnałem z Kremla była konferencja w Astanie, zorganizowana przez Rosję, Turcję i Iran. Bardzo istotne jest miejsce tej konferencji – czyli stolica Kazachstanu, który jest bliskim sojusznikiem Rosji (polecam rozmowę na ten temat dr Zofii Sawickiej z moim udziałem u red Adama Głaczyńskiego w Polskim Radiu Rzeszów: „Konflikt w Syrii – jak wpływa na światową politykę?” http://www.radio.rzeszow.pl/dyskusyjny-klub-radiowy-aud/52843/konflikt-w-syrii-jak-wplywa-na-swiatowa-polityke).

Podobnie konferencje dotyczące Ukraniny odbywały się w Białorusi, której także w żadnym wypadku nie można nazwać neutralnym terytorium. To bardzo interesujące w jaki sposób zorganizowano przekaz do mediów na ten temat. To Rosja, Turcja i Iran organizują konferencję, na którą zaproszono ONZ i USA – w takiej właśnie kolejności (mówił o tym Sergey Ławrow). Nowa administracja USA dopiero się w tym momencie tworzyła. Daje to szereg możliwości Rosji, a niewiele USA. Trump przyjmując zaproszenie uznałby rolę USA jako aktora poza kręgiem decyzyjnym – gościa konferencji. Jako że administracja USA jest w fazie transformacji istniało duże prawdopodobieństwo, że wobec wyżej wymienionego niebezpieczeństwa USA zaproszenie odrzuci, co znów było na korzyść Rosji.

Pamiętajmy że zwalczanie ISIS jest dziś jednym z najważniejszych haseł polityki zagranicznej nowej administracji USA. Walka ta miała się toczyć na nowych zasadach  – współpracy USA z Rosją. Tymczasem Rosja wspólnie z Turcją i Iranem (których rola jest też złożona w rejonie Bliskiego Wschodu) razem rozwiązują konflikt w Syrii gdzie ISIS ma pozycję najmocniejszą, pozostawiając USA rolę obserwatora.

Trzy sygnały powinny teraz posłużyć samemu Trumpowi do rewizji jego założeń realizacji polityki międzynarodowej i skłonić go do zaufania nowemu sekretarzowi obrony („Gen Jim Mattis prywatnie, półtora roku przed mianowaniem na Sekretarza Obrony USA” https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/21/gen-jim-mattis-prywatnie-i-oficjalnie-poltora-roku-przed-mianowaniem-na-sekretarza-obrony-usa/), oraz nowemu sekretarzowi stanu.

Dlatego też Trump mimo fatalnych wpadek (jak rozmowa z prezydent Tajwanu) stara się nie zaostrzać relacji z Chinami. Wydaje się, że i w tej kwestii jego retoryka wyborcza pozostanie tylko retoryką wyborczą. W mojej ocenie pomijając kwestię wiarygodności polityków (opisaną w tekście „Dekadencja demokracji i jak jej przeciwdziałać” https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/07/dekadencja-demokracji-i-jak-jej-przeciwdzialac/) to dobrze, że zmienił w tej sprawie zdanie, bowiem polityka USA nie może dziś być wymierzona przeciw jednemu zagrożeniu ignorując pozostałe.

W mechanizmach geopolitycznych sympatie i antypatie mogą odgrywać jakąś rolę, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że działają tam bezwzględne mechanizmy i albo potrafi się grać albo nie – a wówczas konsekwencje dla przegrywającego zawsze poważne.  Dlatego gra na poziomie geopolitycznym wymaga posiadania wielopoziomowej i rzetelnie zbudowanej koncepcji geostrategicznej. Musi ona opierać się na realizmie, aby dopiero na takiej podstawie budować założenia idealistyczne. Idealizm bez rozumienia realistycznych uwarunkowań jest bajką, która może uczynić wiele szkody. Tyczy się to nie tylko USA, mniejsze państwa także muszą umieć „czytać” geopolitykę, by w tej grze w jakiejś (nawet niewielkiej) roli uczestniczyć, ale też by nie dać się tym potężnym mechanizmom znieść (jak stało się z Irakiem, Libią, Syrią, Jemenem, wcześniej Somalią i wieloma innymi państwami w Afryce, częściowo Ukrainą i Gruzją, Czeczenią i innymi a historycznie i Polska boleśnie doświadczyła tego efektu). Polityka USA jest dla Polski bardzo ważna, ale właśnie dlatego nie można jej analizować tylko i wyłącznie z perspektywy naszych interesów. Aby nasze interesy osiągać, musimy rozumieć interesy i założenia geostrategiczne mocarstw – i to realistycznie.

Gen Jim Mattis prywatnie, półtora roku przed mianowaniem na Sekretarza Obrony USA

Generał Jim Mattis, jest osobą która dzięki swojej osobowości, stała się już za życia legendą. Cytaty z jego wypowiedzi są wykorzystywane w opracowaniach naukowych, ale i grach komputerowych, powstają o nim filmy. Mianowanie osoby o tak silnej osobowości na stanowisko Sekretarza Obrony USA, ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla USA, ale i dla całego świata – w tym bardzo istotne dla Polski.

14730545_187337241707092_2694406252351455232_n
Spotkanie z gen Jamesem Mattisem w jego biurze w Hoover Institution w lipcu 2015 roku

Generał Jim Mattis, jest osobą, która stała się już za życia legendą. Cytaty z jego wypowiedzi są wykorzystywane w opracowaniach naukowych, ale i grach komputerowych, powstają o nim filmy. Mianowanie osoby o tak silnej osobowości na stanowisko Sekretarza Obrony USA, ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla USA, ale i dla całego świata – w tym bardzo istotne dla Polski.

Miałem tę wielką przyjemność i zaszczyt poznać generała Mattisa półtora roku temu, gdy przebywając na stypendium w Hoover Institution, zwróciłem się do niego z prośbą o konsultację mojej pracy naukowej dotyczącej tzw. „operacji stabilizacyjnej” Sił Koalicji pod przywództwem USA w Iraku po 2003 roku. Rozmowa wyszła znacznie poza założone ramy. W sumie potrwała dwie godziny i była niezwykle szczera. Konwersację mailową, natomiast prowadzimy do dziś. Stało się tak z kilku powodów. Przede wszystkim z uwagi na to, że spotkanie miało charakter prywatny, generał Mattis nie pełnił wówczas żadnej funkcji publicznej, a z drugiej strony bardzo cenił fakt odbycia przeze mnie służby w Iraku w latach 2005-6 na stanowisku oficera operacyjnego oraz pracy naukowej, której tematyka dotyczy kwestii strategii USA na Bliskim Wschodzie. Posiadałem też ze sobą rekomendacje od szefa BBN gen Stanisława Kozieja, który przedstawiał w nim moją rolę konsultanta w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego RP.  Inną okolicznością stanowiącą tzw. ice braker był fakt, że tym co nas łączy jest zamiłowanie do historii, w tym starożytnej. Generał jest miłośnikiem historii i filozofii, pasjonuje się postaciami takimi jak Aleksander Wielki czy Napolen, ale jego ulubionym tematem jest postać i prace Marka Aureliusza. Wiele cytatów znanych z mediów pochodzących z wypowiedzi generała Mattisa bazuje na filozofii stoickiej, której reprezentantem był Aureliusz. Generał tą wiedzę jednak pogłębia o własne przemyślenia, samemu stając się punktem odniesienia i źródłem wiedzy. Ja z kolei kwestiami przywództwa i strategii zajmuję się na płaszczyźnie naukowej od co najmniej 15 lat. Pisałem o tym w kontekście „Podbojów Aleksandra Wielkiego” (obecnie kończę prace nad drugim – rozszerzonym wydaniem), walk o władzę w imperium rzymskim po śmierci Cezara (książki: „Filippi, 23 X 42p.n.e.” i „W cieniu boskiego Juliusza”). Teraz o tym samym, czyli przywództwie i strategii, piszę w kontekście operacji stabilizacyjnej w  Iraku: Publikacje

Mimo mojego bardzo krytycznego stosunku do sposobu przeprowadzenia interwencji w Iraku przez siły koalicji pod przywództwem USA, generał poparł wszystkie tezy mojej pracy. Jednocześnie generał podzielił się kilkoma własnymi spostrzeżeniami. Przede wszystkim wskazał jako zasadniczy błąd brak części czwartej (phase 4) strategii w Iraku – czyli tego co dotyczy utrzymania i stabilizacji po podbiciu Iraku. Zgodził się też z tym, że przewaga jaką uzyskał Iran w wyniku inwazji sił koalicji, była jednym z największych problemów Iraku.

Co istotne jednak, nie poprzestawał na krytykowaniu polityki USA, ale miał też szereg bardzo istotnych spostrzeżeń na temat prowadzenia operacji stabilizacyjnych w sytuacji takiej, jak w Iraku. Przedstawiał na przykład rolę edukacji dzieci i młodzieży czego zupełnie nie dostrzeżono po 2003 roku z Białego Domu. Podkreślał, że dyktatorzy a więc i przywódcy organizacji terrorystycznych takich jak Al.-Kaida, Boko Haram czy ISIS przede wszystkim tępią inteligencję – boją się edukacji. Dlatego zajmując teren dokonują egzekucji administracji, nauczycieli i innych przedstawicieli inteligencji. W ich szkołach zamiast nauczania dokonuje się prania mózgów.

Edukacja powinna więc być jednym z najważniejszych elementów operacji stabilizacyjnej, co z pewnością w dużej mierze zmieniłoby Irak. Generał przedstawił koncepcję zakładającą zmniejszenie ilości wojsk o 20 tys., a z pieniędzy w ten sposób zaoszczędzonych zorganizowanie rocznych stypendiów dla dzieci i młodzieży irackiej realizowanych w państwach Europy i USA. Już w ciągu pierwszych lat okupacji tak wielka liczba młodzieży szkolnej przewinęłaby się przez państwa europejskie i amerykańskie, że miałyby one duży wpływ na sytuację w samym Iraku, zastępując stopniowo kadrę dydaktyczną, a później polityczną państwa. Oczywiście ten pomysł jest tylko jednym z wielu jakie można było wdrożyć zamiast stawiać jedynie na rozwiązania militarne.

Gen Mattis bardzo ciepło wyrażał się zarówno o polskich żołnierzach w Iraku, jak i w ogóle o Polsce. To człowiek zasad, co istotne w świecie polityki, w której obowiązuje dziś termin „post-prawda”. Jednocześnie widzi on politykę w płaszczyźnie strategicznej, czego brakuje bardzo wielu liderom. W kwestii problemów europejskich, generał Mattis wskazał na konieczność powstrzymywania Rosji, ale i współpracy z tym państwem. Tu także gen Mattis wskazał przykład błędnych rozwiązań. Tym co zdecydowanie szwankuje w polityce zachodniej, jest brak podejścia strategicznego. Działania są prowadzone doraźnie bez przewidywania konsekwencji i narzędzi radzenia sobie z nimi co przy potencjale Europy nie musi prowadzić do natychmiastowych klęsk, ale powoduje doraźne porażki.

Przykładem który gen Mattis przedstawił jest sytuacja Ukrainy. UE będąca w kryzysie ekonomicznym i politycznym, zaoferowała Ukrainie stopniową integrację ze swoimi strukturami. To spowodowało niepokój Rosji, a gdy ta weszła zbrojnie na Ukrainę, tak UE jak i NATO nie były w stanie przedstawić żadnej odpowiedzi. To pokazuje brak strategii, którą generał określa jako „atrofię strategiczną” całego zachodu.

Moim zdaniem atrofia ta nie wynika jednak z braku możliwości, ale braku wiedzy, kompetencji a często przywództwa najwyższego poziomu.  Operacji w takiej skali nie można prowadzić bez zrozumienia konsekwencji i posiadania narzędzi dla radzenia sobie z nimi. Problem Ukrainy z tej perspektywy wygląda bardzo podobnie do tego co stało się w Iraku. Przecież prezydent George W. Bush w książce „Decision Points” wspomina, że nie przewidziano, iż Iran tak bardzo skorzysta na sytuacji i że będzie miał aż tak duży wpływ na sytuację w Iraku. To przykład atrofii strategicznej USA, o której generał, także w kontekście Iraku wypowiedział się wyraźnie.

Generał Mattis uważa, że jedyną wojną jaką USA zrealizowały właściwie była operacja „Pustynna Burza”. Planem było wyrzucenie Iraku z Kuwejtu, ale ONZ nie dawała autoryzacji na prowadzenie operacji aż do obalenia władzy w Bagdadzie. Zrealizowano to co zostało zaplanowane zgodnie rezolucją z ONZ, nawet jeśli budziło to kontrowersje zarówno w świecie jak i w samym obozie republikańskim w USA.

nowy-obraz
Slajd z wystąpienia w Szkole Liderów Pana Jacka Santorskiego w ramach APPendix

Generał Mattis posiada trzy przydomki – najbardziej znany to „Mad Dog” wynikający z jego ostrych wypowiedzi typu: „I come in peace. I didn’t bring artilleryBut I’m pleading with you, with tears in my eyes: If you fuck with me, I’ll kill you all”. Ale był też przez żołnierzy nazywany “Chaos” oraz “Warrior monk” (mnich wojownik). Oba te przydomki raczej wynikają z jego natury filozofa i stylu przywództwa który Jim Collins określa jako “Level Five Leadership” (przywództwo poziomu piątego), a więc najwyższy poziom pozwalający nie tylko na przełamywanie schematów i wytyczanie nowych zasad, ale też na budowanie struktur, złożonych z liderów zmotywowanych do dążenia do wspólnego celu. Koncepcja ta jest zbieżna w dużej mierze z określaną przez podręcznik piechoty morskiej USA zasadą: „Mission command” (dowodzenie przez zrozumienie misji). Tekst o połączeniu tych dwóch koncepcji, napisany wspólnie przez Pana Jacka Santorskiego i przeze mnie ukaże się w marcowym numerze Coachingu. W szkole liderów Pana Santorskiego mówiłem o tym w ramach wykładu otwartego nagranego na platformie APPendix:

Zarządzanie konfliktem – Mission – oriented command (wymaga bezpłatnego logowania)

Taką też koncepcję gen. Mattis realizował w Iraku przygotowując swoich żołnierzy inaczej niż większość dowódców. Podczas gdy większość z nich nastawiała żołnierzy na takie działanie, w którym mieli przede wszystkim dbać o swoje bezpieczeństwo co narażało ludność cywilną, on mówił: „jeśli widzisz wroga, ale na linii strzału jest ktoś postronny, nie strzelaj bo zrobisz sobie dziesięciu nowych wrogów”. Ta zasada, niestety nie znalazła zastosowania powszechnego w siłach koalicji, co powodowało szereg poważnych problemów dla całego planu operacji (nie mówiąc nawet już o konsekwencjach dla mieszkańców). Jeśli więc wskutek innego stylu dowodzenia Mattis wydawał się niektórym żołnierzom chaotyczny, to raczej wynikało to z jego większej od innych dowódców zdolności przewidywania i wiedzy, a także wizji strategicznej, która na poziomie taktycznym nie zawsze była dobrze rozumiana. Przekazywał im więc treści nie do końca zgodne z systemem szkolenia, jaki przechodzili ci żołnierze w ośrodkach treningowych przez wyjazdem do Iraku. To musiało w nich budzić ambiwalentne wrażenia.

Wszystko to w mojej opinii czyni z gen Mattisa najlepszym możliwym kandydatem do stanowiska Sekretarza Obrony Stanów Zjednoczonych. Niemniej jednak, będzie miał on trudne zadanie z uwagi na samego prezydenta Donalda J. Trumpa. Już od momentu nominowania pomiędzy tzw. zespołem przejściowym (transition team) prezydenta elekta, a samym Mattisem doszło do szeregu konfliktów. Już w dniu przesłuchania przez komisję senacką generała, zespół Trumpa próbował nie dopuścić do tego (ogłoszono nawet, że się nie odbędzie), kalkulując, że generał zostanie i tak zaprzysiężony, ponieważ republikanie mają wystarczającą do tego większość w kongresie. Generał Mattis sprzeciwił się tym planom związanym z grami politycznymi raczej nie najwyższych lotów i sam ogłosił, że przed komisją stanie.

To właśnie przywiązanie do zasad  powodowało, że nie chciał wikłać się w tego typu zagrywki narażając swój autorytet. To kolejny przykład świadczący o bezkompromisowości i nie-sterowalności gen Mattisa. Każdy kto oglądał jego przesłuchanie przed komisją kongresu musiał zdać sobie sprawę z formatu generała, ale też niezwykłego szacunku jakim darzą go i republikanie i demokracji.

Pozytywnym za to faktem jest to, że już po pierwszej oficjalnej rozmowie Trumpa z Mattisem ten pierwszy publicznie przyznał, że generał przekonał go co do bezsensowności rozszerzania prawa o stosowaniu tzw. wzmożonych metod przesłuchań. Mattis kwestionował zupełnie stosowanie tortur. Pokazuje to, że Donald Trump jest w stanie zaufać osobie, która dość bezceremonialnie krytykowała go w kampanii wyborczej. Co więcej, że jest w stanie uczyć się od takich osób. Oby więc nowy prezydent USA, na temat strategii i geopolityki, czerpał wiedzę z takich właśnie źródeł. Skoro więc Donald J. Trump został 45 prezydentem USA, to narzekanie na jego wybór nie ma sensu. Nominacje na stanowiska bardzo istotne w administracji USA, są bardzo różne. Niemniej w samym gen. Mattisie pokładam pełne zaufanie.

Wojna w Syrii: zawieszenie broni a kampania wyborcza

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z kilkoma nagłymi metamorfozami w polityce międzynarodowej skoncentrowanej na konflikcie w Syrii. Widać było wyraźnie ożywienie USA w kwestii „schładzania” konfliktu w Syrii oraz rozmowy z Rosją w tej sprawie, a zaraz potem gwałtowne zerwanie zawieszenia broni i wzmożenie walk prowadzonych z jeszcze większą zaciętością i okrucieństwem – nie oszczędzono nawet błękitnych hełmów wiozących pomoc humanitarną. Jeśli napiszę w tym momencie wprost, że za tym zamieszaniem stoją wybory prezydenckie w USA, to zapewne trudno będzie doszukać się tu związku, jednak łącząc fakty można taki wniosek na końcu odnaleźć i wcale nie potrzeba do tego teorii spiskowych.

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z kilkoma nagłymi metamorfozami w polityce międzynarodowej skoncentrowanej na konflikcie w Syrii. Widać było wyraźnie ożywienie USA w kwestii „schładzania” konfliktu w Syrii oraz rozmowy z Rosją w tej sprawie, a zaraz potem gwałtowne zerwanie zawieszenia broni i wzmożenie walk prowadzonych z jeszcze większą zaciętością i okrucieństwem. Nie oszczędzono nawet konwoju ONZ wiozącego pomoc humanitarną. Jeśli napiszę w tym momencie wprost, że za tym zamieszaniem stoją wybory prezydenckie w USA, to zapewne trudno będzie doszukać się tu związku, jednak łącząc fakty można taki wniosek na końcu odnaleźć i wcale nie potrzeba do tego teorii spiskowych. 

Pilniejszych obserwatorów musi dziwić, skąd tak nagłe ciśnienie w USA do zawieszenia broni w Syrii? Przecież o negocjacjach i możliwości wygaszania konfliktu sam Asad wypowiadał się wielokrotnie. Rosja nieco rzadziej z uwagi na własne interesy jakie zamierza osiągnąć w tym regionie, ale za cenę podniesienia jej statusu do rangi drugiego supermocarstwa (oczywiście tylko PRowo – ale to Putinowi zupełnie wystarcza) gotowa był do daleko idących porozumień w Syrii.

Znów za chwilę, gdy zawieszenie broni legło w gruzach, rozpoczyna się niezwykle wzmożona kampania Zachodu (głównie USA) uświadamiająca brutalność działań Rosyjskich, która wcale nie zwiększyła się ostatnio, bo rosyjskim zwyczajem zawsze była bezwzględna. Skąd bierze się nagłe zgłaszanie rezolucji w sprawie odsunięcia Asada od władzy w Syrii, skoro jest oczywiste, że Rosja taką rezolucję odrzuci (tradycyjnie wspólnie z Chinami), z resztą jedna taka rezolucja już miała miejsce i spotkał ją podobny los jak obecną. Nie żebym kwestionował samą rezolucję, ale warto zwrócić uwagę na czas i kontekst w jakim się pojawia. Przecież jeśli nie ma najmniejszych wątpliwości, że zostanie odrzucona, to cały wysiłek na jej wprowadzanie do prządku obrad ma raczej cel propagandowy niż jakikolwiek inny.

Aby zrozumieć tak nagłe zwroty akcji, trzeba spojrzenia geopolitycznego i bynajmniej nie skoncentrowanego li tylko na regionie Bliskiego Wschodu. Dla wyjaśnienia, trzeba spojrzeć na politykę USA od początku roku, a szczególnie od ostatniego orędzia Baraca Obamy. Właśnie w owym State of Union prezydent USA nakreślił nową koncepcję wojny z ISIS i wzywał sojuszników do wsparcia działań koalicji, za wyjątkiem Rosji, której nadal nie zamierzał włączać do tego grona (pisałem o rekomendacjach dla Polski w tym kontekście: http://pulaski.pl/nowa-strategia-walki-przeciw-is-rola-polski/). Słowa prezydenta zostały wzmocnione wypowiedziami oficerów Pentagonu, kreślących nieco bardziej precyzyjnie strategię walki z ISIS. Wystąpienie Pentagonu świadczyło, że to nie są kolejne puste słowa, ale że za nimi kryje się prawdziwa determinacja do działania.  Jednakże przecież taką strategię można było zbudować w 2012, 13, 14 i 15 a jednak powstała dopiero w 2016. Na dodatek w lecie 2015 roku Barack Obama rozbrajająco i otwarcie stwierdził, że nie ma strategii na zwalczanie ISIS. Samo takie stwierdzenie budziło wielki niepokój, ponieważ przyznanie tego publicznie bardzo mocno wpływało na sytuację w regionie pokazując brak woli USA do działania na rzecz pokoju.

To zwiększenie aktywności USA właśnie w początkach 2016 roku, wiązało się z dwoma przyczynami i obie są kwestią wewnętrzną Amerykanów. Po pierwsze chodzi o zwiększenie szans wyborczych kandydatki demokratów – Hillary Clinton (ten sam obóz polityczny co obecny prezydent, a więc jego sukces byłby dużym bonusem w wyścigu wyborczym dla Hillary). Po drugie (ważniejsze dla samego Obamy) w USA występuje silny imperatyw pośród prezydentów do tego, aby uczynić jedną rzecz tak ważną i ponadczasową, że pamięć o niej będzie wiązała się z byłym POTUSem na zawsze i czyniła z niego bohatera. Takim wydarzeniem miało być zabicie Osamy bin Ladena, ale okazało się to zupełnie wirtualnym sukcesem – nie wystarczającym do budowy ponadczasowej legendy Obamy. Dotąd więc ma opinię świetnego mówcy, zawarł kilka ciekawych kompromisów politycznych, ale media tyleż samo czasu poświęcały jego umiłowaniu do gry w golfa co do dealu z Iranem czy Kubą. Zniszczenie ISIS byłoby z pewnością czymś, dzięki czemu Obamę w książkach historii trzeba by wiązać z efektywnością i rozwiązywaniem trudnych spraw. Pomysł musiał się zrodzić pod koniec 2015 roku.Zniszczenie ISIS w samym Iraku byłoby kolejnym wirtualnym sukcesem, na dodatek sytuacja w tym państwie jest tak złożona, że zapewne trudno będzie ten sukces faktycznie udowodnić. Trzeba było zaplanować zniszczenie ISIS i w Iraku i w Syrii.

O ile jednak sytuacja w Iraku pozwalała na szybkie odzyskiwanie terenu przez rząd Iracki, jak również Kurdów na północy spod władzy ISIS, o tyle w Syrii popierana przez USA rebelia była nie dość że słaba, to jeszcze jej zapatrywania na przyszłość państwa były bardzo kontrowersyjne. Niestety jedyną poważną świecką siłą w Syrii pozostaje reżim Bashara al-Asada. Nawet zwolennicy wspierania rebelii mają duże problemy z negowaniem jej ekstremistycznego nastawienia – włącznie z planowaniem wprowadzenia szariatu po ewentualnym zwycięstwie. Do tego pomiędzy „rebeliantami”, a ugrupowaniami uznawanymi za terrorystyczne istnieje ciągły przepływ ludzi, a także handel sprzętem. Dlatego broń przerzucana przez Amerykanów dla rebeliantów najczęściej trafiała do Al-Nusry (obecnie Dżabhat asz-Shama) a nawet ISIS. Stąd niezdecydowane wspieranie rebelii przez USA przed 2016, a nawet  zupełna rezygnacja (choć chwilowa) z jej dozbrajania w 2014 i 2015 roku.

Najbardziej logicznie byłoby dogadać się z Asadem. Ale Obama rysował tyle czerwonych linii, tyle razy oskarżał (oczywiście słusznie) wojska rządowe Syrii o użycie broni chemicznej czy brutalnych masakr na ludności cywilnej, że zapewne administracja USA uznała, że takie porozumienie zbyt skompromitowałoby Amerykanów. Dlatego stworzona koalicja rebeliantów z Kurdami syryjskimi z YPG (sojusz ten nazwano SDF – Syrian Democratic Forces) przy wsparciu Amerykanów do końca lata próbowała zająć Aleppo i w perspektywie dojść do Al-Rakki (uznawana za „stolicę” ISIS), co jednak okazało się zupełnie nierealne. Jednocześnie YPG uznawane za śmiertelnego wroga Turcji było regularnie przez nich osłabiane odcinaniem dostaw, blokowaniem przepływu ludzi, a nawet bezpośrednimi akcjami militarnymi armii tureckiej. To samo YPG było też przekonywane przez Rosję do sojuszu z Asadem przeciw rebeliantom. Dlatego też część YPG toczyło walki z SDF z którym sprzymierzała się inna część syryjskich Kurdów. W tej sytuacji jakiekolwiek postępy rebelii trzeba uznac za wielki sukces.  Skoro więc rebelianci i SDF, okazali za słabi by zwyciężyć, zbyt podzieleni i zbyt radykalni, a z Asadem Obama nie mógł się przełamać by negocjować, pozostało „uśmiechnąć się” do Rosjan. Stąd jesienią br nagłe wzmożenie negocjacji z Rosją i próba zawarcia paktu o zawieszeniu broni między siłami rządowymi a „rebeliantami”.

Tyle że na Kremlu też obserwuje się kampanię w USA. Kreml stawia zdecydowanie na Trumpa, który nie krył do jesieni br sympatii do Putina (zmienia się to w końcówce kampanii bowiem PRowcy Trumpa przekonali go, że ma to fatalne skutki dla jego wizerunku w USA i w Europie). Dlatego też Obama musiałby zaoferować na prawdę wiele by Rosja sprawiła mu prezent na koniec prezydentury. Aż strach myśleć czego mógł żądać Kreml od zdesperowanych demokratów w USA. Tak czy inaczej do dealu nie doszło wskutek czego USA rozpoczęły kampanię propagandową (opartą z resztą na prawdzie) skoncentrowaną przeciw Rosji. Wykorzystują do tego media społecznościowe, rezolucję ONZ, prasę i telewizję. Rosja odpowiada planami utworzenia stałej bazy w Syrii, budowy bazy w Wietnamie i wznowieniem lotów strategicznych północnymi rubieżami Europy aż do wybrzeży Portugalii, a także nagłaśniając transport rakiet balistycznych Iskander-M do Kaliningradu.

Oczywiście każdy z tych ruchów obu stron ma także inne cele i uzasadnienia, ale  gówna oś strategicznej rozgrywki wyglądała tak jak to opisano. Z jednej więc strony USA gra na rzecz własnych interesów wewnętrznych aczkolwiek powstanie strategii zwalczania ISIS (nawet jeśli dalece nieidealnej) należy uznać za czynnik pozytywny, choć dobrze by poświęcono tej koncepcji więcej uwagi niż tylko opracowując plany militarne. Z drugiej Putin prowadzi bardzo skomplikowaną grę obliczoną na wprowadzenie Rosji do superligi mocarstw światowych (u boku USA) ale jednocześnie musi bardzo uważać na sytuację wewnętrzną w swoim kraju mocno dotkniętym sankcjami, z rozszalałą korupcją i układami mafijnymi w których rolę mafiozów pełnią ludzie z FSB i wojska. W takim państwie przywódca nigdy nie może czuć się zbyt pewnie. Pokazy siły służą także zwieraniu szeregów wewnętrznych.

Można się oburzać, że gra polityków jest tak bezwzględna. W Syrii giną dziesiątki ludzi każdego dnia, w Iraku wciąż trwają brutalne rozprawy ISIS z szyitami i szyitów z sunnitami, a Jemen pogrąża się w chaosie podobnym do syryjskiego.  Jednak oburzenie nie zmieni absolutnie niczego bowiem za tymi wojnami stoją siły tak potężne że życie ludzkie nie ma najmniejszego znaczenia. Trzeba jednak (mówiąc językiem piłkarskim) tę grę czytać, aby wiedzieć jak się zachować i samemu w niej nie znaleźć się na straconej pozycji. Siły geopolityczne są jak walec i miażdżą te pionki na szachownicy, które skupiając uwagę jedynie na wewnętrznych sprawach, konfliktując się wewnętrznie zapominają o polityce międzynarodowej.

syria-boy

Islamic State: war of ideology – not of religion

Islamic State operates in typical fashion, quite obvious to most analysts, but they are not always properly perceived by the West. Lack of appropriate conclusions is caused by the political game which in many aspects uses ISIS or Salafism but also right-wing radicals for the short range electoral competitions. Unfortunately western democracy’s parties are all about the winning elections and they would do everything to get or to stay in power. I call that decadence of the western style democracies. That allow all kinds of extremism to promote themselves if only they are numbered enough to get some advantage to the political parties. Salafists in Belgium, UK, France or Germany are the example of that mechanism but as the opposition grows right-wing extremist organizations and support for them.

From the another perspective, the purpose of the terrorist attacks of ISIS, is not just sowing chaos or promote some – a radical version of Islam, but it has a precise and clearly defined strategic objective. It is to build political autonomy for ideological conflict with any other political center. The best opponent are the right-wing extremists radicalized in the same level as they. Attacks in Europe are addressed not just against Christianity or secularism, but against the Western democracies. Attacks in Sinai are not meant to fight local, „not enough believers” Sunnis, but political power which prevent extremists from growing. Even if that prevention in Egypt is often with use of brutal methods, we need to understand the alternative. Exactly the same problem aroused in Syria in 2011 after the first spontaneous social revolts. There also extremists took the charge of the revolution  very soon and transformed it into the struggle for power where alternative seams to be worse than the ruthless dictator. The terrorist attacks of IS in Baghdad is not directed just against Shiites, but against the political establishment in Tehran and their political emanation in Baghdad. Striking a society intensifies military operations or reprisals against Sunni (Iraq and Syria), and those with no other choice (sometimes seduced by radical ideology – but not religion) replenish the ranks of ISIS.

The information policy of ISIS uses the official religious content, for obvious reasons. It is easy to convince people, who are subjected to brutal oppression in Iraq, and Syria, but also Egypt and Libya, and their propaganda work on that in Europe as well, that God commands them to take revenge on the oppressors. To hide this radical ideology under the „guise” of religion, it allows you to acquire people outside the circle of Sunni Islam and even those who adopt Islam, just to get there and join the brutal fight. These in turn are the most valuable, because they become promoters of the ideology. If this come from cultures other than Arabic, they are of special propaganda value for ISIS, easier affecting the society from which they come.

The person who read not only the Holy Koran, but a number of books suggested by an imam or other person prepared by the ideologists of extremist organizations, begins to perceive the world in completely different way. Such individual perceives other people from its environment as the unconscious (and therefore in their opinion blind for „the real truth”), which in itself causes a sense of uniqueness. This uniqueness encountering opposition family, school, often intelligence services to monitor the transfer of information on the web, quickly generates a sense of injustice and utter alienation. They search for salvation in finding other like-minded in the West or even join militants in the Middle East. Of course, these mechanisms are well known in psychology and are not associated only activity the Islamic State, but it is this organization which can use them perfectly.

Radicalization of such units can be observed by the their rejection of contact with representatives of the all other way of thinking, not just democracy or Christianity and not even just the shia but also other sunnis who are not thinking exactly the same as them. This ideology which one can call a manipulated Islam is preached by Salafists. It becomes a threat, because leaves no room for compromise, like that on which is built the whole European order or West.

So in the Salafis ideology there is no room for tolerance, they can only look forward to the moment in which they will dominate the rest – „the others”. That is why President El-Sisi in Egypt restricts the rights of Salafists. Limiting their rights is a necessity, because in the opinion of the members of this group their right is to dominate the whole of society and impose on them a way of life consistent with their own ideology. The rights of both parties are so completely contradictory. Let me add that both parties in common sense represent sunni Islam. And fact that Salafists do not integrate, or even refuse to cooperate with other groups, assuming the divisions and conflict, to dominate all, in my opinion, makes them more a sect with use of radical ideology, than a religious group or faction. Of course, as in any case, so in that case the generalizations are unfair, but I will come back to that later.

So in some way those who argue that Islam can not be combined with democracy are right – but only in part, because it concerns the ideology of Salafists. Salafists themselves willing to agree with the fact that Islam does not fit for democracy and desire that all Muslims have to follow them. After all, their ideology has just proclaimed that only they are the true Muslims! So if all Muslims would have been the Salafists, then you would have to agree that Islam can not be integrated or even can’ cooperate with any other social groups. The far right (and after every terrorist attacks grow stronger) go on this issue succor salafits and ISIS proclaiming that Islam can not integrate into democracy … so you need radical solutions. As you can see radicalism is very similar to each other regardless of the views and it leads to war which can be nothing but destruction of all our (European) world.

People radicalized in Europe or in US can not officially admit they support ISIS without consequences from the state. Such persons can therefore proclaim their allegiance to the Salafists and properly promote almost all ISIS doctrines without mentioning their name. Certainly not all Salafists are terrorists just as not every sect is dangerous for their surrounding, but this ideology is only one step for ISIS. This is evidenced by direct intelligence reports speak of direct cooperation of Salafi organizations in Europe with ISIS (Short path to jihad. Salafists in Germany recruit new fighters). The fact that Pierre Vogel, the most famous Salafit in Germany, officially does not support ISIS can be attributed to a conflict of interest with the ISIS or ordinary lie allowing him continue its operation without conflict with the law.

However, if the Salafists are to be seen as a sect of extreme ideology, there is a huge number of Muslims outside their ranks, with can live in democracy or under secular rule  saving the confidence in the model of multicultural societies.

It should be emphasized that every movement, every ideology and religion are composed of people having their doubts, thoughts etc. Even if so Salafists are perceived as an monolith, because of the threat caused by their ideology, we need to be aware of the inevitability of the multiplicity of their strands. So let’s always talk, negotiate and convince, because not everyone Salafit will be just as involved in the ideology dictated by propagandists.

Undoubtedly, even if ISIS will disappear as a state in northern Iraq and Syria, the Salafi radicalism will remain in the form of sects within Islamic societies, as in every other culture and religion are radical sects based on manipulated fundamentalism. Any such sect proclaims its uniqueness and monopoly on the „only truth faith”. If, however, the society will be able to live without wars, ethnic cleansing and brutal oppression then without any interventions they will be able to limit the impact of radical sects – especially those who use terrorism.

This is the essence of the social psychology and ideas like „Lucifer Effect” vs „Heroic Imagination Project” (HIP) of prof. Zimbardo. Social impact can create Lucifer Effect – creating ISIS hiding under cover of Salafism or Neo-nazists hiding under cover of nationalism (not confuse it with patriotism please). But the same social impact can also build civilized, cooperative and open to others but still safe societies, which HIP as mechanism is an example. If we will not recognize soon enough, basing on all human science and experience what path leads to peace and security and what is the straight way to divisions and negative conflicts tearing apart our societies, then radicals will win which would strengthen their  conviction that God has sent them to impose a world order – their order. In this (worst scenario) case the God could be easily replaced by the Lucifer and nobody will see the difference. 

Państwo Islamskie: wojna ideologii, a nie religii

Police escort Islamist demonstrator marc
Police escort Islamist demonstrator marching to protest outside the US embassy in London on September 11, 2011 before a ceremony to mark the 10th anniversary of the 9/11 attacks on the United States. Around 50 people brandished anti-US banners, chanted slogans and burnt a small piece of paper with a picture of the US flag on it. AFP PHOTO / CARL COURT (Photo credit should read CARL COURT/AFP/Getty Images)

Państwo Islamskie działa w typowy dla siebie sposób, dość oczywisty dla większości analityków, ale jednak nie zawsze właściwie postrzegany przez Zachód. Brak właściwych wniosków z analizy mechanizmów działania ISIS oczywiście nie wynika ze złego przeglądu sytuacji, tylko gry, w której ta organizacja odgrywa różne role w scenariuszach pisanych w różnych stolicach i ośrodkach politycznych.  To jak bardzo ISIS jest potrzebne wielu politykom nie jest tajemnicą.

Tymczasem celem zamachów terrorystycznych ISIS, nie jest po prostu sianie chaosu ani propagowanie jakiejś – radykalnej wersji Islamu, ale ma ono precyzyjny i jasno określony cel strategiczny, którym jest budowanie politycznej odrębności na konflikcie ideologicznym z każdym innym ośrodkiem politycznym. Zamachy w Europie skierowane są więc nie przeciw Chrześcijaństwu czy laickości, ale przeciw Zachodnim demokracjom, zamachy na Synaju nie mają na celu zwalczania tamtejszych, nie dość zdaniem ISIS wierzących sunnitów, ale władzę polityczną zwalczającą ekstremistów (choć też często brutalnymi metodami), a zamachy w Bagdadzie nie są skierowane przeciw szyitom, ale przeciw ośrodkowi politycznemu w Teheranie i ich poplecznikom politycznym w Bagdadzie. Uderzenie w społeczeństwa powoduje nasilenie działań zbrojnych lub represji wobec sunnitów (w Iraku i Syrii), a ci nie mając innego wyjścia (czasem uwiedzeni radykalną ideologią – ale nie religią) zasilają szeregi ISIS.

W przekazie oficjalnym stosuje się treści religijne z oczywistych przyczyn. Łatwo przekonać ludzi poddanych brutalnym opresjom w Iraku, czy Syrii, ale też Egipcie czy Libii, że Bóg nakazuje im zemścić się na dotychczasowych oprawcach. Do tego ukrycie radykalnej ideologii pod „płaszczykiem” religii, pozwala na pozyskanie ludzi spoza kręgu sunnitów a nawet Islamu, którzy przyjmując Islam, czytając o salafizmie i znajdując punkty wspólne z działalnością ISIS angażują się znacznie bardziej niż ci działający pod przymusem. Tacy z kolei są najbardziej wartościowi, bowiem sami stają się inspiratorami rozprzestrzeniania ideologii. Jeśli do tego pochodzą z kultur innych niż arabska, stanowią szczególną wartość propagandową dla ISIS, łatwiej oddziałując na społeczeństwa z których pochodzą.

Osoba, która przeczytała nie tylko Koran, ale i szereg książek podsuwanych przez imama lub inną osobę przygotowaną przez ideologów organizacji ekstremistycznych (lub sama dobierała publikacje pod wpływem pism organizacji radykalnych łatwo dostępnych w internecie), zaczyna inaczej postrzegać świat, a osoby ze swojego otoczenia ma za nieświadome (a więc w ich mniemaniu i mniej sprawne intelektualnie) co u niej samej powoduje poczucie wyjątkowości. Taka wyjątkowość napotykając sprzeciw rodziny, szkoły, często służb wywiadowczych monitorujących przekaz informacji w internecie, szybko generuje poczucie krzywdy i zupełnego wyobcowania. Ratunkiem jest znalezienie innych podobnie myślących na Zachodzie lub wręcz dołączenie do bojowników na Bliskim Wschodzie. Oczywiście te mechanizmy, znane są świetnie w psychologii i nie są przynależne tylko działalności Państwa Islamskiego, ale ta właśnie organizacja potrafi je perfekcyjnie wykorzystywać.

O radykalizacji takich jednostek świadczy często to, że odrzucane są inne odłamy, czy wersje Islamu, a za właściwą przyjmują jedną oferowaną przez fundamentalistów z jednego konkretnego odłamu. Taka wersja Islamu głoszona  przez salafitów, staje się zagrożeniem, bowiem nie pozostawia miejsca dla kompromisu, takiego na jakim budowany jest cały ład europejski czy zachodni. Nie ma więc miejsca na tolerancję, można tylko wyczekiwać momentu, w którym zdominuje się pozostałych – „innych”. Dlatego właśnie prezydent El-Sisi w Egipcie ogranicza prawa salafitów. Ograniczanie ich praw jest tam koniecznością, bowiem w mniemaniu członków tej grupy, ich prawem jest zdominować całe społeczeństwa i narzucać im jeden sposób życia, zgodny z ich własną ideologią (a nie religią). Prawa obu stron są więc zupełnie sprzeczne. Dodajmy że obie strony w powszechnym rozumieniu reprezentują Islam, tyle że salafici mają się za jedynych prawdziwych muzułmanów i najczęściej odmawiają innym prawa do życia zgodnie z własnym systemem wartości. To właśnie oraz fakt, że salafici nie integrują się, a nawet odmawiają współpracy z innymi  grupami, z góry zakładając podziały i konflikt, aż do zdominowania wszystkich, czyni w mojej opinii z tego nurtu bardziej sektę posługującą się ideologią, a nie odłam religijny. Oczywiście jak w każdym wypadku tak i w tym generalizacje są krzywdzące, ale do tego jeszcze powrócę w dalszej części.

Po części rację mają więc ci, którzy twierdzą, że Islamu nie da się połączyć z demokracją – ale tylko po części, bowiem dotyczy to ideologii salafickiej, której istotnie nie da się połączyć i to nie tylko z demokracją, ale też z jakimkolwiek innym systemem. Salafici sami chętnie godzą się z tym, że Islam nie pasuje do demokracji i pragną, by wszyscy muzułmanie tak myśleli. Przecież ich ideologia głosi własnie, że tylko oni są prawdziwymi muzułmanami! Jeśli więc wszyscy muzułmanie zostaliby salafitami (co dla samych salafitów jest sprzecznością bo według nich tylko on są muzułmanami), to trzeba by się zgodzić, że Islamu nie da się w Europie zintegrować z innymi grupami społecznymi. Skrajna prawica (a po zamachach terrorystycznych także przedstawiciele zupełnie umiarkowanych poglądów) idą w tej kwestii sukurs salafitom i ISIS głosząc, że Islamu nie da się wkomponować w demokrację dlatego trzeba… rozwiązań radykalnych. Jak więc widać radykalizmy są bardzo do siebie podobne niezależnie od poglądów.

Osoby radykalizujące się w Europie czy USA nie mogą oficjalnie przyznać się do wspierania ISIS bez ostrych konsekwencji ze strony państwa. Takie osoby mogą natomiast głosić swoją przynależność do salafitów i właściwie propagować wszystkie niemal doktryny ISIS nie wymieniając tej nazwy. Z pewnością nie wszyscy salafici są terrorystami tak jak nie każda sekta jest niebezpieczna dla otoczenia, ale to z tej ideologii jest tylko jeden krok do ISIS. Świadczą o tym bezpośrednio doniesienia wywiadowcze mówiące o bezpośredniej współpracy organizacji salafickich w Europie z ISIS (Krótka droga do dżihadu. Salafici w Niemczech rekrutują nowych bojowników). To że Pierre Vogel – najsłynniejszy salafita w Niemczech oficjalnie nie współpracuje z ISIS można przypisać konfliktowi interesów tego człowieka z ISIS bądź zwykłemu kłamstwu umożliwiającemu dalsze jego funkcjonowanie bez konfliktu z prawem.

Jeśli jednak salafitów potraktować jako sektę o skrajnej ideologii wewnątrz religii (a nie tak jak oni sami by chcieli – jako posiadaczy jedynej wiedzy  i  jedynych przedstawicieli prawdziwego Islamu), to mamy ogromną rzeszę muzułmanów spoza organizacji salafickich, z którymi zarówno w demokracji, jak i w dyktaturach można się świetnie porozumieć odbudowując zaufanie do modelu społeczeństw wielokulturowych jak i do samego Islamu. Oczywiście powyższe stwierdzenie jest pewnym uproszczeniem, bowiem działa więcej organizacji radykalnych niż tylko salafici, chodzi tu o pewien sposób myślenia i postrzegania tej zdecydowanej większości muzułmanów, którzy nie są radykałami.

Warto też podkreślić, że każdy ruch, każda ideologia i religia są złożone z ludzi, mających swoje wątpliwości, przemyślenia itd. Nawet jeśli więc salafitów potraktować jako organizację – pewien monolit, z uwagi na zagrożenia niesione przez ich ideologię , to trzeba widzieć także nieuchronność wielonurtowości ruchu o tak masowej skali. Warto więc zawsze rozmawiać, negocjować i przekonywać, bowiem nie każdy salafita będzie tak samo zaangażowany w ideologię narzucaną przez propagandystów.

Niewątpliwie więc nawet jeśli zniknie ISIS jako państwo w północnym Iraku i Syrii, to nośnik radykalizmu salafickiego pozostanie w postaci sekt wewnątrz islamskich, tak jak w każdej innej kulturze i religii występują sekty radykalne opierające się na zmanipulowanym fundamentalizmie. Każda taka sekta głosi swoją wyjątkowość i monopol na prawdziweą „wiarę”.  Jeśli jednak społeczeństwa będą miały możliwość normalnego funkcjonowania (bez wojen, czystek etnicznych i brutalnych opresji) to same będą potrafiły ograniczać oddziaływanie radykalnych sekt, a przede wszystkim tych, posługujących się terroryzmem. Inaczej radykałowie będą nadal przekonywali, że tylko oni są rozwiązaniem i że Bóg ich zesłał aby narzucić jeden porządek na świecie – ich porządek.

Wojna z terroryzmem: radykalizm vs „strefa umiarkowana”

Police escort Islamist demonstrator marc
Police escort Islamist demonstrator marching to protest outside the US embassy in London on September 11, 2011 before a ceremony to mark the 10th anniversary of the 9/11 attacks on the United States. Around 50 people brandished anti-US banners, chanted slogans and burnt a small piece of paper with a picture of the US flag on it. AFP PHOTO / CARL COURT (Photo credit should read CARL COURT/AFP/Getty Images)

Seria zamachów jakie w ostatnich miesiącach przetoczyła się przez zachodnią Europę mocno zradykalizowała poglądy wielu Europejczyków. Czytając propozycje osób opowiadających się za radykalnymi rozwiązaniami zwykle napotykamy się na stare dobre „coś” i „gdzieś”. Trzeba więc „coś” zrobić z tymi Muzułmanami – na pewno „coś” strasznego. Trzeba ich „gdzieś” wywieźć. Trzeba ich „gdzieś” zamknąć, by nie mogli dokonywać zamachów. To „coś” i „gdzieś” są zupełnie zrozumiałe, bo ludzie się boją i oczekują widocznych działań.

Gorzej gdy osoby korzystające z tego strachu, świadomie, lub nie znając się na rzeczy, starają się wskazywać bardziej konkretne rozwiązania pozując na ekspertów. Tak więc na twitterze pewien osobnik poradził (niestety zwracając się do mnie) by zastosować zastosować następujące rozwiązanie: wyselekcjonowanie WSZYSTKICH Muzułmanów w Europie i zamknięcie ich w gettach otoczonych murami… sugerował chyba coś więcej, ale nie miałem już cierpliwości-nie chciałem tego słuchać i go zablokowałem. Pojawił się też donośny głos jednego z „ekspertów” twierdzącego, że dość już poprawności politycznej – musimy działać radykalnie  i rozpocząć wojnę totalną z… Muzułmanami.

Tego typu glosy nie są rzadkością i nawet jeśli wiele osób publicznie tego nie mówi to po cichu po każdym kolejnym zamachu przyznają, że już dość i że trzeba z „TYMI Muzułmanami” zrobić porządek. Mile dla ucha brzmią wtedy radykalne hasła o zniknięciu tych „złych ludzi” z Europy. W Europie po każdym zamachu rośnie liczba tzw. poważnych głosów nawołujących do radykalnych rozwiązań i także wojny totalnej.

To właśnie stan jakiego oczekuje tzw. Państwo Islamskie!

Spróbujmy więc obiektywnie (i abstrahując od humanitaryzmu – czysto pragmatycznie) nakreślić obraz takiej wojny totalnej jaką proponują radykałowie prawicowi i jakiej pragnie IS (w skrócie od Islamic State). Mówiąc o wojnie, musimy rozumieć znaczenie tego określenia. Żadne deportacje na masową skalę, czy getta z milionami mieszkańców często czwartego czy piątego pokolenia Muzułmanów mieszkających w Europie, nie zostaną zrealizowane bez ich masowego oporu. Wtedy nie będzie już umiarkowanych i radykałów, wszyscy będą razem. Trudno powiedzieć jaki los wg prawicowych radykałów miałby spotkać tzw. konwertytów, a więc osoby które bez korzeni bliskowschodnich przeszły na Islam, a były lata że w USA takich osób było po 300 tys rocznie. Nie potrafię więc do końca wyznaczyć linii podziału jaka by wówczas zaistniała z uwagi poziom szaleństwa takich nawoływań. Mając świadomość o liczbie Muzułmanów w Europie i ewentualnego wsparcia jakie otrzymają od liderów politycznych na Bliskim Wschodzie, którzy w razie takiej wojny włączą się po właściwej sobie stronie, oraz łatwości dostępności broni, oznacza to totalną wojnę DOMOWĄ w skali Europy. Taka wojna spowoduje śmierć wielu ludzi z obu stron i nieopisany chaos w Europie. Lokalni liderzy i żołnierze obu stron będą zmotywowani do bezwzględnej walki, ale pamiętajmy, że we współczesnych konfliktach proporcje ofiar to 99% cywili wobec 1% żołnierzy, nie mówiąc już o stratach materialnych i cywilizacyjnych. Taka wojna miałaby charakter partyzancki czy terrorystyczny mogłaby więc trwać latami a polaryzacja społeczeństw stałaby się trwała. Byłaby realizacją życzenia radykałów z obu stron, ale i zagładą takiej Europy jaką jeszcze mamy.

Wiemy z wielu źródeł, że liderzy polityczni stojący za IS oraz z samego Państwa Islamskiego, oczekują totalnej wojny między wschodem a zachodem. Do tego właśnie dążą by wyżej zarysowany apokaliptyczny dla Zachodu obraz się ziścił. Chodzi więc o likwidację grupy umiarkowanych. Radykalizacja przebiega w sposób zorganizowany w całych dzielnicach Londynu, Brukseli czy Paryża. Osoby sprzeciwiające się indoktrynacji są zastraszane lub nawet zabijane. Oczywiście w takiej sytuacji nie złożą doniesienia na policję ponieważ zapewne nie doczekają prawomocnego wyroku skazującego dla osób ich szantażujących… Nie mając dowodów łamania prawa ani świadków Zachodni wymiar sprawiedliwości, a więc i służby bezpieczeństwa są bezradne. Radykalni propagandziści mogą więc swobodnie szerzyć swoje radykalne ideologie. Za tym nieuchronnie idą zamachy co powoduje radykalizację drugiej strony. Po zamachach na Cherlie Hebdo nie wypadało pisać o rewanżach bojówek prawicowych wrzucających granat do meczetu czy napadających na Muzułmankę odprowadzającą dziecko do szkoły Charlie Hebdo: Islam vs islamism. Nie wypada też mówić o protestach Muzułmanów przeciwko aktom terroryzmu: Muzułmanie przyszli na niedzielną mszę (http://www.tvn24.pl). Zupełnie znaczenia dla wielu z nas nie ma jak funkcjonują dzieci Muzułmańskie w szkołach. Wiele się buntuje i zbliża do radykalizmu co znów łatwo znaleźć na YT.

Ja nie zamierzam więc bronić i zgadzam się że trzeba uderzyć, tyle że w „TYCH” Muzułmanów (a nie „TYCH Muzułmanów”) – którzy podżegają do nienawiści, budują mentalność dżihadysty w młodych ludziach, i którzy czerpią z tego korzyści. Korzyści oczywiście polityczne, a na niższych szczeblach materialne. To nie są „CI Muzułmanie” ponieważ 99% boi się tak samo terroryzmu jak i nie-muzułmanie. Ale wśród tych 99% jest wielu sfrustrowanych niepowodzeniami, zderzeniem kulturowym (inna rola kobiety inny status bezrobotnego itd.), czy traumą wojny, która toczy się w ich krajach – wskutek czego stają się łatwymi obiektami indoktrynacji prowadzonej przez radykałów związanych z IS.

Tymczasem co także ważne, nawet fanatyzm tzw. Państwa Islamskiego to obrazek będący częścią propagandy mającej nas zastraszyć. Widać to wyraźnie w Mosulu, z którego zarówno liderzy jak i żołnierze IS uciekają do Syrii w obliczu nadciągającej ofensywy koalicji. Nie jest to przegrupowanie, ani żaden inny fortel wojenny, ale zwykła paniczna ucieczka dla ratowania życia. Fanatykami są często dzieci i młodzież poddana „praniu mózgu” albo chorzy umysłowo lub będący w stanie silnej depresji spowodowanej wyżej wymienionymi czynnikami. Przy kontakcie ze świetnie przygotowanymi rekruterami, a czasem jedynie tylko (np. w razie choroby umysłowej) materiałami propagandowymi IS  takie jednostki czy grupy są narzędziem dla dokonywania zamachów terrorystycznych. Ich celem jest zastraszanie i polaryzacja społeczeństw. Liderzy nie są fanatykami, a politykami potrafiącymi na chłodno kalkulować zyski i straty. Budować strategie i chować się – znikać gdy los się odwraca.

Wnioski

Przedstawię je najbardziej klarownie jak potrafię, aby łatwo można było odróżnić ten teks od nawoływań „ekspertów” do zrobienia „czegoć” i „gdzieś”.

Musimy wyróżnić trzy poziomy działania przeciwnika którego należy zwalczyć:

  1. Najwyższy bo strategiczny problem stanowią liderzy PI.
  2. Operacyjny – to cała sieć propagandzistów (czasem zwanych imamami choć uważam że nimi nie są faktycznie) i rekruterów, którzy z bezpiecznych mieszkań czy domów inspirują młodych do brutalnych działań.
  3. Poziom taktyczny – jako jedyny dotąd na poważnie brany pod uwagę w działaniach antyterrorystycznych to ci, którzy zostali zindoktrynowani bowiem stanowią bezpośrednie zagrożenie i właściwie nie da się ich wszystkich wykryć.

Powstrzymywanie terroryzmu na poziomie operacyjnym bez taktycznego i strategicznego to przysłowiowa „walka z wiatrakami” prowadząca do dalszego zaostrzania sytuacji i radykalizacji po obu stronach. IS chce takiego właśnie postępowania. Chce wojny totalnej, w której giną zamachowcy nie przedstawiający dla IS żadnej wartości, podczas gdy ich cele taktyczne (dalsze rekrutowanie i zastraszanie Muzułmanów „umiarkowanych”) i strategiczne (zastraszanie społeczeństw Zachodnich, dążenie do wojny totalnej i chaosu w Europie) są realizowane lub przybliżają się.

Mądra polityka powinna zniszczyć cele strategiczne, jednak jest to bardzo trudne. Tocząca się operacja  koalicji na Bliskim Wschodzie dociera do Mosulu, a do zimy powinna upaść także Rakka obracając IS z państwa z powrotem w organizację terrorystyczną. Niemniej bez rozwiązania problemu milionów sunnitów pozostawionych bez własnej reprezentacji politycznej w Iraku i Syrii, problem na poziomie strategicznym będzie trwał. W miejsce IS musi więc powstać nowe rozwiązanie polityczne. Są tu dwie możliwości:

  1. Rządy jedności narodowej w Syrii i Iraku.
  2. Nowe państwa stworzone z terytoriów zamieszkanych przez Sunnitów.

Pierwsze jest chyba nierealne do realizacji, ale wskutek obecnie panujących mechanizmów międzynarodowych będzie dalej forsowane. Drugie rozwiązanie jest łatwiejsze z poziomu ludzkiego, ale trudniejsze z politycznego – tak samo wskutek mechanizmów międzynarodowych. Do tego podziały państw najczęściej także skutkują kolejnymi wojnami.  W mojej opinii przy odpowiednim nadzorze międzynarodowym (ONZ wreszcie mógłby spełnić swoją rolę), wariant drugi mógłby w dłuższej perspektywie się powieść. Tak więc poziom strategiczny to problem, który nie zostanie szybko i wystarczająco rozwiązany nawet jeśli upadnie IS.

Pozostaje zatem poziom taktyczny. W krótkookresowej polityce to powinien być cel uderzenia – bezwzględnego i szybkiego. Do tego potrzeba jednak zmiany prawa w Europie na którą będzie bardzo trudno zdecydować się demokratycznym społeczeństwom. Potrzeba bowiem do zakazanych ideologii dołączyć tzw. Islamo-faszyzm. A więc zbrodniczą ideologię nawołującą do zniszczenia innych kultur i w to miejsce wprowadzenie w Europie państw opartych na Szariacie. Demonstracje wzywające do tego są w Wielkiej Brytanii ochraniane przez policję a we Francji ignorowane. Do takiej wersji „Islamu” (w mojej opinii należy używać właśnie określenia „Islamo-faszyzm” w czym nie ma moim zdaniem ani odrobinę przesady) nawołują ideolodzy powiązani z IS, ale też z Salafitami czy Wahabitami. W mojej opinii należy ją uczynić nielegalną na gruncie europejskim, a osoby jawnie czy skrycie głoszące taką ideologią (zgodnie ze zmienionym prawem) powinny być izolowane od społeczeństwa albo jeśli to możliwe deportowane do krajów pochodzenia.  Zaznaczam, że izolowanie takich jednostek jest koniecznością. Przykład Andreasa Breivika, który wygrał w tym roku proces oskarżając państwo właśnie o izolowanie go pokazuje, że w Europie terrorysta, który zabił dziesiątki ludzi ma mieć nadal PRAWO do inspirowania swoich naśladowców.

Trudności na poziomie strategicznym niewątpliwie utrudnią zniszczenie terroryzmu na poziomie taktycznym, ale  z kolei sukcesy Europy na poziomie taktycznym zadadzą duży cios ideologom i politykom powiązanym z IS. Ale to zależy od polityków Europejskich.

Jestem przekonany, że niniejszy tekst mocno wzburzy obrońców praw człowieka  i swobód obywatelskich bezwiednie sprzyjającym IS. Wzburzy też radykałów nie chcących dostrzegać umiarkowanych Muzułmanów a więc spychających ich wszystkich na margines radykalizmu. Ja jednak mam na celu wbrew IS pracować nad umacnianiem umiarkowanych w których jako jedynych jest nadzieja.

Controversial Dutch Politician Geert Wilders Arrives In The UK
LONDON, ENGLAND – OCTOBER 16: Protestors hold placards outside a press conference being held by right-wing Dutch MP Geert Wilders on October 16, 2009 in London. Mr Wilders was allowed into the UK after he overturned a previous ban by the UK immigration authorities. About 20 protestors gathered outside the building where he held a press conference. (Photo by Peter Macdiarmid/Getty Images)