Eskalacja vs ignorancja konfliktu

Często słyszymy, że konflikt jest normą, więc nie należy się nim przejmować. Równie często słychać głosy, że konflikt trzeba rozwiązać, tak aby go nie było, wtedy dopiero można zająć się merytorycznymi kwestiami. Zarówno przyzwyczajanie się do ostrych konfliktów społecznych, jak i próby ich całkowitego usuwania z życia społeczeństw, prowadzą do poważnych kłopotów. 

Jak zatem mówić o konflikcie, żeby nie straszyć nim, ale i nie bagatelizować? Po pierwsze mówmy o konflikcie szukając jego istoty, a więc diagnozując przyczyny, ale jeszcze istotniejsze jest wypracowanie protokołu rozbieżności. A zatem ważne, by w trakcie trwania konfliktu strony nie trzymały się swoich stanowisk (początkowych), ale przechodziły do prezentacji interesów tak, aby szukać punktów wspólnych.

Łatwo napisać, ale trudniej uzyskać taki efekt w praktyce. Często doraźny interes, zysk finansowy czy polityczny zaślepiają nas tak dalece, że konflikt nastawiony na „wyniszczenie przeciwnika” pozostaje jedyną drogą. Taka droga, która przez większość uznana być musi za radykalną, w oczach radykałów jest jedyną racjonalna bowiem pasuje do ich możliwości/skłonności intelektualnych i ideologii.

Niestety przebiegły radykał potrafi poszerzać grono swoich zwolenników dowodząc, że jego sposób reakcji na konflikt jest jedynym właściwym. Wówczas osoby dotąd umiarkowane także się radykalizują. Im więcej umiarkowanych się radykalizuje tym większą pewność siebie ma też inspirator ekstremizmu, a do tego rośnie poczucie misji, dla której trzeba usunąć przeciwnika, aby konflikt zlikwidować.

Przykłady takie jak Rwanda, Wołyń, Srebrenica, Irak pokazują, że tych zradykalizowanych wcale nie musi być większość. Efekt Lucy Phere to powolna degradacja relacji społecznych, stopniowe poszerzanie się zasięgu oddziaływania radykałów po każdej ze stron. Jeśli ci ostatni mają odpowiednią siłę, wystarczy „iskra”, aby przystąpić do działania, a wówczas jakikolwiek sprzeciw umiarkowanych zostanie potraktowany jako ich opowiedzenie się po jednej ze stron.

Musimy mówić o tym co nas konfliktuje i dlaczego, zamiast na przeciwnych stronach osi konfliktu rozkładać argumenty stron w celu zwalczenia przeciwnika. Mówienie, pisanie, badanie konfliktu to nie straszenie nim, bowiem drugi aspekt tego tekstu, czyli normalizacja konfliktu sprawia, że przestajemy z kolei dociekać jego przyczyn, nie poszukujemy różnic, tylko przechodzimy nad tym wszystkim do porządku dziennego. Takie podejście ma też swoje uzasadnienie w krótkiej perspektywie czasu, zgodnie z porzekadłem, że „czas leczy rany”. Jednak równie często kolejne fazy konfliktu, jeśli okazuje się on długotrwały, np. wynikających z pobudek osobistych, pozostawiają trwałe ślady w psychice i w pewnym momencie może nastąpić „przelanie czary goryczy”, kiedy to pojawia się postanowienie działań radykalnych.

Świadomość nieuchronności konfliktów, a także ich druzgocących skutków w przypadku gdy te eskalują powyżej pewnej granicy, każe raczej spojrzeć na nie z odwagą oraz dostrzec ich naturę, ale jednocześnie szukać możliwości wykorzystania ich we współpracy na jakimś poziomie zanim te grace zostaną przekroczone.

Jeśli chodzi o rodzinę, konflikty pomiędzy małżonkami są nieuchronne, ale świadomość odmienności pokonywania trudności życiowych (co często konfliktuje), można przekuć we współpracę rodzinną dostrzegając te momenty w którym właśnie to drugie okazuje się skuteczniejsze. W firmie, różnice pomiędzy pracownikami, przy kompetentnym liderze okażą się bonusem ułatwiającym rozwój mimo, że będzie dochodziło do spięć. Natomiast w państwie, partie polityczne nie muszą się zgadzać, dążąc do dobrego wyniku wyborczego, ale muszą szanować wspólnotę państwową oraz interes państwa. Wówczas brutalizacja polityki (jako niestety nieodłączna cecha ludzkości) nie będzie czynnikiem szkodzącym strategicznie państwu ani grupom społecznym w nim zamieszkującym.

Opracowanie protokołu rozbieżności oraz katalogu interesów w każdym z tych przypadków, uświadomi, gdzie są istotne pola konfliktów, a gdzie można znaleźć punkty wspólne. Właśnie od tego trzeba zacząć wykorzystanie konfliktu do współpracy na rzecz dobra wspólnego.

Reklamy

Dobro wspólne: czy się opłaca?

image_gallery

Współpraca vs interes własny

Jednym z najczęściej podejmowanych problemów jakimi zajmuje się filozofia, jest pytanie o sens życia. W tym rozważaniu bardzo istotne miejsce zajmują pojęcia dobra i zła. To, co służy realizacji celu jednego człowieka, może komuś innemu uniemożliwiać realizację jego zamierzeń. Biorąc pod uwagę mechanizmy rządzące światem, warto zadać pytanie, czy zasadnym jest w ogóle rozpatrywanie kwestii dobra i zła?

Może znaczenie ma tylko to, ile zyskam i czy będę w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo i rozwój, nie bacząc na los „innych”. Czy „ja” w tym znaczeniu to jednostka, rodzina (klan), naród, czy grupa wyznaniowa, nie ma zasadniczego znaczenia. Chodzi o postrzeganie dobra jako „mojej” korzyści, albo jako dobra ogółu. Niestety zdecydowanie częściej w świecie dominują postawy nastawione na interes partykularny. Już sofiści w starożytnej Grecji uczyli, jak manipulować przekazem społecznym, aby wydawało się, że naszym celem jest dobro ogółu, podczas gdy prawdziwy cel pozostawał nieprzenikniony. Dopiero w razie uzyskania poparcia społecznego i np. objęcia jakiegoś ważnego stanowiska okazywało się do czego w istocie taka osoba zmierza.

Z jednej więc strony w nauce przewija się motyw wspólnego dobra, ale w praktyce politycznej, jest on zwykle pomijany. Szczególnie dzieje się tak na szczeblu międzynarodowym. Mimo więc, że posługujemy się wielorakimi teoriami dowodzącymi korzyści płynących z partnerskiej współpracy, to jednak w najważniejszych kręgach politycznych niepodzielnie króluje myśl Niccolo Machiavellego. Dlatego taka organizacja jak ONZ jest nieefektywna w realizacji swojego pierwotnego i fundamentalnego celu, jakim jest „zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego[1].

Powstało wiele opracowań, koncepcji religijnych, czy zasad etycznych związanych z humanitarnym postrzeganiem świata i mówiących, że trzeba być po prostu dobrym dla drugiego człowieka nie dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że to jest właściwe. Całe systemy religijne zostały uporządkowane tak, aby nie krzywdzić w ogóle lub tylko w akcie obrony przed agresją. Systemy etyczne i prawne mają przecież ten sam cel w założeniu. A jednak znajdujemy tysiące furtek, które pozwalają nam na uzasadnienie agresji i czynienie zła.

Liderzy

Dlatego tak ważna jest rola liderów (nie wodzów), którzy rozumieją szerszy kontekst – widzą kilka kroków dalej. Innymi słowy potrafią posługiwać się strategią, a nie tylko taktyką. Nauka nie jest więc w błędzie dowodząc, że współpraca jest lepsza niż walka o interes partykularny, ale aby to zrozumieć i zastosować, potrzeba ludzi kompetentnych w dziedzinie leadership. Jim Collins wyszczególnia pięć poziomów leadership. Od dołu są to cztery w pewnym sensie tradycyjne ujęcia tej kwestii:

  1. Naturalny przywódca stanowiący przykład dla własnego otoczenia.
  2. Lider niewielkiego zespołu.
  3. Sprawny manager w organizacji.
  4. Lider przełamujący schematy i wyznaczający nowe.

Poziom piąty leadership to lider, który ma wszystko to co na poziomie czwartym, ale też potrafi budować struktury, zespoły zadaniowe, motywować i budować współpracę zarówno wewnątrz jak i z partnerami. Taki lider potrafi przenieść przedsiębiorstwo na zupełnie inny poziom funkcjonowania. Niezbędnym fundamentem takiego przywództwa jest zbudowanie zespołu złożonego z liderów trzech pierwszych poziomów, a więc ludzi potrafiących samodzielnie działać zgodnie z dyscypliną strategiczną wprowadzaną przez przywódcę. Fundamentem jest jednak swoboda działania (operacujna) pozostawiana członkom zespołu i wzajemne zaufanie.

Bardzo istotne jest tu poczynienie jednego zastrzeżenia wynikającego z moich rozmów w portalach społecznościowych gdzie często mylnie rozumie się współpracę lub porozumienie a nawet dialog. Współpraca nie oznacza zawsze pełnej zgody, całkowitej akceptacji, porozumienie nie oznacza jednomyślności a dialog nie oznacza że trzeba sobie jedynie przytakiwać. Czasem potrzeba nawet trudnych kompromisów. Jednak wytworzenie atmosfery zaufania (choć względnego) pozwoli później przekuć kompromis w win-win. Bez tak rozumianego dialogu, porozumienia i współpracy nie ma społeczeństwa a jest tylko wojna.

Rola lidera w państwie 

W przestrzeni państwowej społeczeństwa dobrze rozwinięte cywilizacyjnie posiadają wielu takich liderów poziomu co najmniej pierwszego. Tacy ludzie są w dużej mierze impregnowani na partyjną propagandę i potrafią dostrzec nieprawidłowości także w stronnictwie, które sami popierają. To sprawia, że politycy podlegają społecznej kontroli. Najbardziej wartościowa i efektywna kontrola społeczna płynie z obozu popierającego daną partię.

Społeczeństwa pozbawione liderów, szukają jasnych kwantyfikatorów prawdy/fałszu, przyjaciela/wroga co jest skwapliwie wykorzystywane przez politycznych wodzów (nie liderów). Polityczny wódz nie jest przywódcą, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że dzieląc lub wykorzystując podziały społeczne powoduje nieuchronne i duże straty dla całego państwa ale też regionu, organizacji itd.  Ich interes partykularny jest także często bardzo doraźny i dla nich samych sytuacja może obrócić się w niekorzystnie. Wojna wzmacnia radykalizmy, ludzie radykalni postrzegają interes bardzo specyficznie, zawężając go do najbardziej lojalnych bliskich współpracowników. Prędzej czy później w tak wąskim i radykalnym środowisku ostrze konfliktu kieruje się w stronę wodza lub jego środowiskoa. Takie społeczeństwa bez liderów dając się łatwo podzielić na plemiona toczą nieustanną walkę. Nie może nie być wroga. Jeśli nie ma go realnego to szybko się go tworzy za pomocą propagandy. Najlepiej w jakiejś grupie słabszej, aby łatwo zaakcentować dominację. Potrzeba też wrogów permanentnych i potężnych, aby stan mobilizacji był nieustanny. To nie daje poczucia bezpieczeństwa (wszechobecne wyimaginowane spiski i podstępy), ale daje poczucie siły i dumy oraz misji związanej z „heroicznym” zwalczaniem potężnych sił wrogich.

Wnioski

Jim Collins zauważa, że liderem nie musi być postać z pierwszych stron gazet, czy znana z mediów. Takie dobrze znane osoby to często celebryci sprawnie posługujący się PRem, a nie realni liderzy, choć wśród nich także liderzy mogą się pojawiać. Liderem może też być każdy kto jest otwarty na naukę oraz na rozmowę. Lider zawsze się uczy, ale i też zawsze rozmawia. Nie zamyka się przed innymi opiniami a wręcz przeciwnie, zawsze szuka w nich sensu, którego sam nie rozumie i zastanawia się dlaczego inaczej postrzega rzeczywistość (co nie oznacza konieczności katowania się dyskusjami z ludźmi zamkniętymi na dialog, a nastawionymi jedynie na przekaz partyjnej propagandy). Natomiast wódz w tym miejscu po prostu mówi o spisku, złej woli lub przekupstwie. Oczywiście ludzie kierują się różnymi motywami, ale bez rozmowy nie dowiemy się tego, a więc zamykanie możliwości dialogu – nawet niewygodnego świadczy o braku kompetencji lidera, a co za tym idzie braku kompetencji do działania politycznego. Wszyscy powinniśmy odrzucać proste rozwiązania podzielone na czarno-białe strony konfliktu, podsuwane przez politycznych wodzów i szukać tych polityków, którzy widzą szarą przestrzeń pomiędzy nimi i potrafią dyskutować.

Dobrem właściwym więc będzie tylko dobro wspólne. Szukanie win-win ma wielki sens także dla silniejszego. Win-lose zwykle w perspektywie strategicznej zmienia się w lose-lose. Oczywiście od każdej zasady można znaleźć wyjątki, ale zawsze warto postarać się odrzucić partyjną propagandę. Poznamy ją po tym, że zwykle mówi, iż „inni” muszą przegrać by „nasi” mogli wygrać. Arystoteles określał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A więc win-win. Wszyscy wygrywają gdy rządzą najlepsi, a my – Społeczeństwo Obywatelskie – takich najlepszych powinniśmy wybierać .

[1]     Charter of the United Nations, Principles, art. 1, pkt. 1, 1945.

Dlaczego dzieci nie chcą chodzić do szkoły?

Tekst zamieszczony także na portalu mPolska24.pl: Link

Obserwując szkołę jako miejsce do którego uczęszczają moje dzieci, rozmawiając ze znajomymi, których dzieci są w innych szkołach – również w innych polskich miastach, a także zapoznając się z opiniami osób których nie znam osobiście, obraz przeciętnej polskiej szkoły jawi mi się bardzo ponuro. Dzieci są wystraszone potwornym hałasem już od pierwszego dnia szkoły – z resztą rodzice często nie mniej, z ulgą wymykając się z jazgotu zaraz gdy dziecko zniknie za drzwiami klasy. Nauczyciele, którzy najczęściej bardzo się starają, niestety dokładają się do tego, że dzieci nabywają szeregu kompleksów. Przykładem jest zupełnie dla mnie niezrozumiałe dopingowanie dzieci do jak najszybszego spakowania się po zakończonej lekcji. Po co? Dlaczego dziecko od pierwszych dni w szkole musi się uczyć nieustannego pośpiechu? Pani uczy maluchy, by jak najszybciej przepisywały bo już pierwsze zapisane na tablicy słowa ściera. Dziecko pisze jak potrafi… jedno zdąży, a wiele innych nie. Uczą się więc gryzmolić albo odpisywać od tych, które piszą szybciej. Dlaczego szkoła musi zadawać tak wiele zadań do domu? Może nie da się inaczej bo godzin lekcyjnych jest za mało? Może dzieci muszą być szybko mądrzejsze i lepsze? My dorośli też tak mieliśmy więc o to autorowi chodzi? 😉 A jednak w wielu szkołach zachodnich zadań domowych nie zadaje się w ogóle lub bardzo mało. Z dumą… a może butą odpowiadamy na to, że u nas poziom jest wyższy i nasze dzieci mądrzejsze… Niestety nie ma to pokrycia w faktach. Szkołę trzeba widzieć jako zestaw wielu elementów, a nie tylko zbioru lekcji. Świetne warunki świetlicowe, cały system zajęć pozalekcyjnych, a przede wszystkim otwartość na różnego rodzaju programy i innowacje z nawiązką rekompensują w systemach zachodnich „niższy” poziom lekcji. Niższy jest w cudzysłowie, bowiem cały system edukacji ma tam inaczej rozłożone akcenty. Początki są dość łatwe, ale możliwości rozwoju zgodnego z zainteresowaniami (a więc znacznie bardziej motywującego i satysfakcjonującego) wraz z zaawansowaniem jest bardzo wiele. Dlatego nasza duma z tego, że program już od pierwszej klasy jest przeładowany zakrawa na zupełny absurd graniczący z masochizmem.

         Wszyscy przecież (każdy z czytających z pewnością też) narzekamy, że życie jest zbyt szybkie. Wiemy jakie to miało konsekwencje w Japonii, gdzie dopiero fala samobójstw ludzi totalnie sfrustrowanych mających za sobą nieudane małżeństwa, nie wiedzących co to wypoczynek i nie potrafiących pomyśleć o czymś takim jak urlop, zmieniła nastawienie władz oraz przeobraziła wewnętrznie społeczeństwo. To właśnie ciągły pośpiech – pęd do kariery, podwyżki, lepszej pozycji społecznej powoduje maksymalny stres prowadzący do wypalenia zawodowego. Niszczy podstawowe więzi społeczne, dramatycznie kaleczy psychicznie dzieci często bardzo szybko uzależniające się od gier komputerowych, a potem pornografii, używek itd. Często jest to wynikiem braku rodziców. Wprawdzie rodzice fizycznie są obok, ale myślami wciąż analizują wydarzenia z pracy lub po prostu siedzą do późna w firmie. Rodzice odreagowują stres z pracy przekazując ów stres bogu ducha winnym dzieciom. Dzieci zestresowane często nie mogą w szkole jeść. Rodzice co dzień pytają – zjadłeś obiad? Gdy pada odpowiedź „Nie”, zaczyna się dochodzenie, czy nie dobry, czy coś przeszkadza, aż wreszcie pada często stwierdzenie, że skoro płacimy za obiady to dziecko MUSI je zjadać. Dziecko nie potrafi zrozumieć, że to stres powoduje, że nie mogą jeść. Nie może więc precyzyjnie odpowiedzieć. Rodzic pogrążony w problemach z pracy nie potrafi też wyciągnąć wniosków z wypowiedzi (lub milczenia) dziecka. W domu dziecko rzuca się na wszystko co im damy – szkolny stres minął. Innym problemem jest wspomniany już hałas na przerwach. Toczy się debata, jak obniżyć poziom hałasu… Jednym z pomysłów jest puszczanie muzyki relaksacyjnej na przerwach;-) Ciekawe czy pomysłodawca zastanowił się jak dzieci mają tej relaksacji zaznać, jeśli tej muzyki zwyczajnie nie usłyszą właśnie z powodu hałasu! Hałas jest także powodowany stresem i chęcią… nie, nie chęcią – koniecznością wyładowania się! Jedne dzieci wrzeszczą ile sił w płucach, a inne już znieczulone i obojętne chcą przetrwać.

      Dlaczego więc uczymy dzieci takich zachowań już od pierwszej klasy? Pewnie wytłumaczeń jest wiele: np. nauczyciel też człowiek, potrzebuje odpocząć, więc niech się dzieciaki pośpieszą, nauczyciele sami tak funkcjonują więc nie widzą nic złego by dzieci też tak działały, albo – niech się uczą potem będzie im lżej… Ale nie będzie im od tego lżej. Potem będzie im coraz trudniej. Jeśli nie nauczą się dystansu, myślenia i planowania oraz pozytywnej asertywności, wyrażania własnych opinii, nie nauczą się wierzyć we własne możliwości, to potem same w tą spiralę zaplanowaną i przygotowaną przez dorosłych wpadną.

         Jednocześnie powstaje wiele programów zupełnie zmieniających funkcjonowanie szkoły. Podam tutaj tylko dwa przykłady z którymi zetknąłem się osobiście i mam na ich temat wiedzę, piszę więc to z pełnym przekonaniem co do skuteczności – to ruch SLOW oraz program HIP. Nie są to magiczne happeningi z wykrzyczeniem swojej frustracji czy w mojej opinii fatalne w skutkach tzw. bezstresowe wychowanie. Opisywane tu programy są oparte na nauce – głównie psychologii oraz doświadczeniu. SLOW, to ruch, którego jestem wielkim miłośnikiem choć jego założyciela Carla Honore spotkałem tylko raz w 2015 roku na konferencji w Katowicach. Po wysłuchaniu wykładu i krótkiej rozmowie z tym człowiekiem który potrafił pięknie mówić i zachowywał się jak gwiazda show-biznesu jaką poniekąd pewnie jest, doskonale zobaczyłem wszystkie błędy jakie popełniane są wobec dzieci. Honore często posługiwał się własnym przykładem i był bardzo sugestywny, a to co mówił zapadało głęboko w pamięć i duszę. Mówił to co doskonale wiemy, że jest prawdą, ale często stanowi wyrzut sumienia – zarówno szkoły jak i rodzica. Jego ruch jest doskonałą odpowiedzią na bolączki szkoły. SLOW nie mówi o tym, aby żyć po prostu wolniej bo jasne jest, że trzeba utrzymać dobrą pracę, że trzeba zdążyć na czas itd. SLOW mówi o właściwym rozłożeniu akcentów i wygenerowaniu czasu na relaksację i odpoczynek. Przy odpowiednim zaplanowaniu dnia da się to uzyskać, nawet jeśli czytający kręci w tej chwili z niedowierzaniem głową. Szczególnie szkoła jest miejscem, gdzie można odpowiednio zaplanować harmonogram tak, by zyskać czas na to aby dzieci potrafiły na chwilę zwolnić. Honore uczy tego w ramach wprowadzanego przez siebie programu dla szkół i uczelni, ale też program wprowadzany jest w przedsiębiorstwach, służbach itd. Zgłaszają się do niego przedstawiciele największych szkół prosząc o implementację programu bowiem widzą jak szybko zmienia się ich wewnętrzne funkcjonowanie.

        Drugim programem, który znam bardzo dobrze to Heroic Imagination Project – czyli Projekt Bohaterskiej Wyobraźni, w całości opracowany przez prof. Philipa Zimbardo. Ma on zupełnie inny przebieg, ale założenia i efekty są w istocie podobne. HIP uczy dzieci otwartości, współczucia, odpowiedzialności, śmiałości w przełamywaniu barier, w tym np. efektu biernego widza. Uczy też, że bohaterem może zostać każdy i „wystarczy” do tego pomóc koledze, który zapomniał tornistra i koledzy w klasie się z niego śmieją, albo wskazać właściwą drogę koleżance, która po kilku dniach w szkole wciąż się gubi. To co dla czytającego te słowa może wydawać się zupełnie błahe, dla dziecka w opałach może być największym stresem w życiu, który spowoduje uraz na bardzo długo. Jak się postaramy, to każdy z nas przypomni sobie takie sytuacji z dzieciństwa, które właśnie dlatego pamięta, że wywarły bardzo duże i bardzo złe wrażenie. Projekt HIP ma swoje zastosowanie, podobnie jak SLOW w innych niż szkoła instytucjach. Część doświadczeń wykorzystanych do HIP pochodzi ze słynnego Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego prof. Zimbardo który ukazał, jak w ekstremalnych warunkach człowiek z dobrego staje się zły. Tego typu niesamowite doświadczenia i dorobek naukowy profesora Zimbardo powodują, że projekt HIP ma zastosowanie w firmach, korporacjach, służbach itp..

       W szkołach objętych programem SLOW oraz HIP, tylko w jego wyniku tych projektów, poziom hałasu obniża się samoczynnie. Dzieci są bardziej pewne siebie, ale nie aroganckie i co ważne są spokojniejsze. Z jednej strony wiedzą, ze mogą liczyć na pomoc i życzliwość klasy, ale i same chcą tej pomocy udzielać. Obniżając poziom stresu pozwalamy dzieciom na łatwiejsze uczenie się, dzieci się lepiej odżywiają. Nauczyciele mają znacznie bardziej aktywne. Szkoła natomiast jawi się jako nowoczesna i przyjazna dzieciom (i nie jest to slogan z programów partyjnych:-) ).

Informacja o aktualnie realizowanym projekcie HIP:

http://ibbn.wsiz.pl/pl/dzia%C5%82alno%C5%9B%C4%87-statutowa/cencroz/hip.html

Audycja Radia Rzeszów na temat HIP i CENCROZ:

http://www.radio.rzeszow.pl/tajemnice-laboratorium/43707/centrum-rozwiazywania-konfliktow-prof-zimbardo

O konflikcie we współczesnej RP raz jeszcze

Konflikt, nawet ostry, nie jest sam w sobie negatywny. Konflikt motywuje, wzmacnia kreatywność, zmusza do samodoskonalenia. Jednakże konflikt destrukcyjny nie przynosi niemal żadnych korzyści. Staje się ciężarem zarówno dla stron wzajemnie się zwalczających jaki i ich otoczenia. Taki konflikt niszczy i musi być ktoś, kto zmusi strony do gry według zasad. W przypadku państw demokratycznych, tymi zasadami są demokracja, prawo, sprawiedliwość społeczna.

635877114260043992W Tekście „Lemingi vs Mohery”: konflikt realny czy wykreowany?  pisałem o konflikcie jaki trawi obecnie Polskę. Oceniłem ten konflikt jako negatywny, destrukcyjny i w dużym stopniu paraliżujący dla czynników decyzyjnych, skupionych na „grze” z wewnętrznym przeciwnikiem, zamiast na sprawowaniu władzy jako takiej. Cierpi na tym obronność RP, sprawy zagraniczne, nie mówiąc już o gospodarce co widać po sytuacji na giełdzie. Jednakże warto też zaznaczyć, że nie samo istnienie konfliktu jest tu złem, ale właśnie zejście do poziomu konfliktu destrukcyjnego (taka nazwa funkcjonuje w teorii zarządzania konfliktem – np u Erica Berna czy Stephena Karpmana). A więc różnice światopoglądowe oraz różne wizje polityczne muszą powodować konflikt i ten konflikt, sam w sobie musi być nie tylko akceptowany, ale także uznany za niezbędny zarówno dla systemu demokratycznego, jak i dla dobra społecznego. Konflikt bowiem zmusza do działania, do kreatywności, pozwala też na zmiany i zwiększa możliwość społecznej kontroli. Co więcej konflikt pozwala na doskonalenie się i wyzwala ukryty potencjał. Optymalnym rozwiązaniem takiego konfliktu negatywnego jaki obecnie się w Polsce toczy nie będzie więc (jak postuluje się w teorii zarządzania konfliktem) współpraca, bowiem pełna współpraca usuwa zupełnie konflikt. Pełna współpraca środowisk politycznych będących u władzy (rozumianej szeroko – jako władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza – więc także współpraca pomiędzy rządzącymi a opozycją) byłaby, z uwagi na uwarunkowania natury ludzkiej, bardzo dużym zagrożeniem dla reszty społeczeństwa. Istnieją środowiska w Polsce, które twierdzą, że właśnie w takim stanie w istocie jesteśmy, a główne partie jedynie odgrywają spektakl w istocie wspólnie planując działania. Nie sądzę, aby tak w istocie mogło być.

      Jeśli więc mowa o „rozwiązywaniu” konfliktu w przypadku opisanym w tekście „Lemingi vs Mohery” to określenie „rozwiązywanie” musi pozostawać w cudzysłowie, bowiem faktycznie chodzi o obniżenie poziomu konfliktu, a nie o usunięcie go zupełnie. Każdy konflikt jest w rozumieniu prakseologicznym walką. Prof. Rudniański za swoim mistrzem prof. Kotarbińskim pisze o trzech poziomach  takiej walki. Najniższym jest walka zbrojna, w której stosuje się wszelkie metody, aby zniszczyć lub trwale uniemożliwić przeciwdziałanie przeciwnikowi.  Poziom średni to taki sposób prowadzenia walki, w którym celem nie jest sam przeciwnik ale zwycięstwo. Ten poziom walki nie tylko umożliwia częściową współpracę, ale nawet często wymaga w pewnym sensie zadbania o sytuację przeciwnika. Można tu za prof. Rudniańskim podać przykład walki bokserskiej, w której celem nie jest przecież zabicie czy okaleczenie przeciwnika. Można też podać przykład sparingu bokserskiego, w którym celem obu przeciwników jest przygotowanie się do walki z kimś innym. Szacunek dla przeciwnika, umiejętność współpracy poza obszarem, który obejmuje ich rywalizacja, często wówczas świadczy o drugiej stronie i może mieć duże znaczenie dla jej sukcesu. Wcale nie oznacza to że walka odbywa się mniej serio. Jednakże obie strony mogą znacznie więcej na takiej walce zyskać, a zwycięzca cieszy się wówczas znacznie większym autorytetem i, co więcej, może często liczyć na doraźne wsparcie (pokonanego) przeciwnika. A więc ograniczenie walki jedynie do przedmiotu sporu, a nie rozciąganie go na wszystkie aspekty życia – aby zupełnie „zniszczyć” przeciwnika sprawia, że walka staje się nie tylko skuteczna, ale też umożliwia osiągnięcie znacznie lepszych warunków dla rozwoju obu stron – także przegranej, stwarzając też znacznie lepsze uwarunkowania dla otoczenia.

     Zasadnicze znaczenie dla rozróżnienia poziomów walki ma jej cel. Przekładając to na bieżącą politykę jeśli celem PiS czy PO jest zniszczenie przeciwnika dzięki czemu (zdaniem oponentów) Państwo ma zyskać, to walka schodzi na najniższy poziom i staje się szkodliwa dla państwa. Niszczenie w tym znaczeniu nie ograniczałoby się do odsunięcia partii od władzy, ale podejmuje byłyby kroki, aby trwale uniemożliwić dalszą rywalizację (można to było obserwować w Białorusi gdy prezydent Łukaszenka umacniał się we władzy autorytarnej czy na Ukrainie po przejęciu władzy przez prezydenta Janukowicza), deprecjonuje się jej osiągnięcia, nawet jeśli tym samym obniża się rangę całego Państwa (w pewnym sensie przykładem może tu być wyciszanie przez władze PRL nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy czy negatywna reakcja władz chińskich na tą samą nagrodę przyznaną Lu Xiaobo, którego uznano za zagrożenie dla reżimu), niszczony byłby też autorytet osób, jak i całych instytucji po to, aby ukarać za samo bycie przeciwnikiem. Jedynie demagogią i propagandą można wówczas wmawiać społeczeństwu korzyści z takiej walki. Jeśli jednak celem jest odsunięcie od władzy czy utrzymanie przeciwnika w opozycji (ewentualne ukaranie winnych faktycznych nadużyć władzy lub przestępstw) ale za pomocą prawnych i demokratycznych metod i tylko po to, aby samemu sprawować władzę lepiej – lub przynajmniej usiłować sprawować ją lepiej, to walka przesuwa się na poziom wyższy.

     Konflikt jest więc konieczny i jest korzystny dla demokracji. O możliwość konfliktowania się partii politycznych w miejsce ich „sojuszu” walczyła Solidarność w latach 80-tych. Jednak wszystkim powinno zależeć na tym, aby nie dopuszczać do przerodzenia się konfliktu w walkę „zbrojną” (w znaczeniu prakseologicznym). Nie warto więc martwić się konfliktem i to nie tylko na poziomie państwa. W każdym aspekcie życia konflikty toczą się nieustannie, ale także w każdym aspekcie życia trzeba zdawać sobie sprawę z czynników, które decydują o tym, że konflikt staje się destrukcyjny i niczego poza stratami już nie przynosi. W przypadku państwa demokratycznego to społeczeństwo musi te czynniki wyłapywać i wyrażać swoją opinię. Nie sądzę, aby trzeba było z tymi opiniami czekać 100 dni, rok czy cztery lata. Władzy trzeba „patrzeć na ręce” nieustannie i wyrażać opinie, bowiem tylko wtedy politycy źle postępujący, będą starali się zmieniać swoje działania, jeśli się spotkają z konstruktywną i merytoryczną krytyką – najlepiej także ze swojego środowiska politycznego. Warto też dostrzegać zachowania pozytywne u przeciwnika, nawet symboliczne, bo one mogą znaczyć znacznie więcej niż się wydaje (do tego właśnie nawiązuje ilustracja). Natomiast okresowe bilanse dokonań władzy mają oceniać całościowo środowisko tę władzę sprawujące.