Trump zdobywca szczytów

Kiedyś, w trakcie kampanii wyborczej nad Sekwaną, Marine Le Pen wyraziła opinię, że jeśli Francuzi wybiorą ją prezydentem, to ona razem z Putinem i Trumpem poukładają świat na nowo. Całe szczęście wygrał niezwykle zdolny, wyważony, inteligentny i świetnie wykształcony Emmanuel Macron. Niemniej plan kandydatki „prorosyjskiej” jest realizowany, tylko w innym składzie. 

Trump PutinPo szczycie w Helsinkach zdania są oczywiście podzielone. Jak zwykle część obserwatorów chwali Trumpa za podjęcie rozmów z Puinem, ale krytyka dość wyraźnie przeważa. Trump w swojej niezdarności, znów powiedział coś, co nie mieści się w głowach tak demokratów, jak i republikanów. Otóż mimo zapewnień, że ufa ludziom od wywiadu USA, to jednak wyszło na to, że Putinowi ufa bardziej. To nie jest skandal, to zamach na amerykańskie wartości, patriotyzm, a poważne osobistości świata polityki USA mówią o zdradzie.

Jak w biznesie

Zaledwie kilka tygodni temu miał miejsce inny szczyt. Także przełomowy, także kontrowersyjny. Trump spotykał się z Kim Dzong Unem. Oczywiście, że to dobrze, że liderzy się spotykają. Nawet z najbardziej zbrodniczym przywódcą trzeba rozmawiać, by uniknąć wojny. Niemniej niepokoiło to, co Trump mówił przed i po spotkaniu. Najpierw twierdził, że kilka minut wystarczy mu na „rozpracowanie” Kima. Za to po spotkaniu uznał, że odtąd Korea Północna nie jest już zagrożeniem dla świata. Mówiąc to, swoim wyrazem twarzy krzyczał: „Ja wam to załatwiłem”.

W końcu jest biznesmenem, więc zdolności negocjacyjne, oceny sytuacji, przeciwnika, może posiadać. Tyle, że za Kimem stoi potężna machina polityczno-wojskowa od której sam lider jest uzależniony. To nie jest tak, że nawet największy przywódca, jest władcą jednoosobowym. Nie jest nim ani Putin, ani Kim, ani Xi Jingping, ani Erdogan, ani z pewnością nie jest i nie będzie nim Trump. To właśnie uwiera Donalda Trumpa. On chce samodzielnie podejmować decyzje. W Białym Domu chciałby, aby byli tylko pochlebcy, tacy, którzy każdy jego ruch pochwalą i zachęcą go do kolejnych. Bardzo się złości, gdy krytykują go media, gdy nie zgadza się z nim Sąd Najwyższy USA. Ale coraz bardziej jest świadom, że na tym polega demokracja, i że nic na to nie poradzi.

Zdobywca szczytów

Zapewne dlatego w trakcie obu szczytów zamykał się z przywódcami Korei i Rosji, żeby sam na sam ustalać i potem ogłaszać co ustalił. Gdy proszono go o harmonogram denukleryzacji Korei, odmówił, bowiem on sam z Kimem o tym będą decydować. Oczywiście Kim szybko wrócił do starej gry prowokowania USA, wskutek czego Trump musiał uznać, że Korea jednak wciąż jest problemem. Putin miał jeszcze łatwiejsze zadanie. Chwalił Trumpa, mówił mu to co ten lubi słyszeć, na konferencji prasowej bronił go przed amerykańskimi dziennikarzami. Stąd może prezydent USA zapędził się w swoim oświadczeniu o tak wielkim zaufaniu do prezydenta Rosji, że przewyższa zaufanie do własnego wywiadu.

Donald Trump może myśleć, że „zdobywając” kolejne szczyty, buduje ład światowy oparty na porozumieniach liderów, ale ten świat tak nie działa. Doradcy mówią mu o tym, ale on ma na ich rady coraz większą alergię. Widać musi się przekonać w sposób brutalny. Wielu Republikanów miało go już dość w czasie kampanii prezydenckiej. Ta liczba stale rośnie. Nie sądzę, by impeachment był realnie użyty, ale jako straszak będzie z pewnością wykorzystywany coraz częściej. Samo wszczęcie procedury byłoby dla Trumpa dramatem.

Co dalej?

Trump ma świetny zespół, doskonałych, doświadczonych ludzi ze świetnymi kontaktami. Jeśli uda się go nakłonić do gry zespołowej (jaką jest przecież polityka), to będzie to z pożytkiem dla USA, świata i z pewnością także dla Polski. Ale jeśli pozostanie w swym uporze, to może spowodować poważne zagrożenie… nie dla USA, ale dla małych i średnich państw, które odcinają się od innych swoich partnerów i wiążą wszystkie nadzieje tylko ze Stanami Zjednoczonymi. Świat się globalizuje, wiele takich państw już nie ma, ale jedno wciąż słabo uczy się ze swojej historii…

Reklamy

StratLider nr 3/2018

Przedstawiam Wam już trzeci numer pisma StratLider!

StratLider nr 3_2018

Nowy obraz

Wewnątrz znajdziecie ujęcia i interpretacje kwestii przywództwa i strategii, w zupełnie różnych dziedzinach! Od poezji, filozofii i kosmosu po sport. Zachęcam do ściagania i czytania!

W numerze:

  • Wielki atraktor i atraktory w życiu,
  • Szansa reprezentacji na mundialu,
  • Szczyt geopolityczny Trump-Kim
  • Robert Lewandowski jako autorytet w blaskach i cieniach,
  • Szwecja i tamtejszy kryzys imigracyjny,
  • Syria i Proxy War
  • Francja za prezydentury Macrona
  • Sławek Ambroziak dołącza do StratLider,
  • Spotkanie z prof. Zimbardo,
  • Klub Obywatelski,
  • Atraktor w teorii i praktyce,
  • Wnętrze przywódcy,
  • Poezja, Film, Książka, Piosenka,
  • Sport: F1, Piłka, NHL.

Cóż tam panie w polityce? Polacy mają zadyszkę…

Polska polityka ma zadyszkę. Nie chodzi o to, że wygrywają czy przegrywają konkretne partie, tylko o sposób zarządzania partiami, komunikowania się ze społeczeństwem, dbanie o interes narodowy. Te kwestie niestety schodzą na dalszy plan wobec „słupków poparcia”. 

Nie, nie będę narzekał, że polityka jest twarda, brutalna, brzydka. Zalecam też moim rozmówcom/czytelnikom/widzom, by na to nie narzekali, bo to nie ma zwyczajnie sensu. Polityka jest taka, jaka jest natura ludzka i na to poradzić nic nie można. Może nawet nie trzeba, bo być może polityka taka właśnie ma być. Jest zatem grą, w której wygrywa lepszy, a ten kto wygra ma szansę zrealizować swój projekt polityczny. I właśnie w tym stanie rzeczy polityka może być ideowa, łącząca, nakierowana na interes publiczny, ale też czysto pragmatyczna, dzieląca, partykularna – budująca silne i zdrowe państwo, albo opierać się na poparciu wąskiej, acz żelaznej grupy zwolenników i grać nieustannym konfliktem ze wszystkimi pozostałymi.

Nie chodzi też o to, że „słupki poparcia” w postaci sondaży nie mają znaczenia. Oczywiście, że świadczą (trochę jako tańsze referendum) o tzw. woli ludu (jakkolwiek to brzmi :-). Problemem jest to, jak i wśród kogo robi się te sondaże, które decydują o wyznaczaniu kierunków tzw. linii partyjnych. Sondaże te są robione zawsze wewnątrz tzw. żelaznego elektoratu danej partii oraz w szerszej grupie potencjalnych wyborców. Pytanie zatem, brzmi które z nich będą decydujące? A więc dla kogo dana partia zbuduje swój program? Do kogo skieruje swój przekaz?

Jeśli kierunek partii jest nakierowany na wąską, ale zdyscyplinowaną grupę społeczną, która pozwala zwiększyć szanse na zwycięstwo, to automatycznie pojawia się pokusa, by rezygnować z mechanizmów demokratycznych, bowiem po wyborach to tej grupie winna jest partia wdzięczność, a to z kolei wzmacnia determinację i ślepe posłuszeństwo grupy żelaznych wyborców. Ta wdzięczność kosztuje, a więc dobrze by nań złożyli się „przeciwnicy”.

Niemniej w skali państwa, dóbr nigdy nie starczy na tyle, żeby cała grupa „żelaznych” zyskiwała, oczywiście ten zysk stopniowo zawęża się do coraz mniej licznej grupy partyjnego aparatu. Grupy społeczne „przeciwników” obciążane kolejnymi regulacjami będą się oczywiście sprzeciwiały, a grupa „żelaznych” może zostać zdominowana zmasowaną propagandą, która usunie sprzed jej widoku to, że sama relatywnie także ponosi straty. Na przykład datek dla najbiedniejszych (hasło stare jak świat) rekompensuje się wzrostem podatku, który w wyniku samej jego struktury uderza właśnie w grupę beneficjentów datku najbardziej.

Jeśli w partii nie ma refleksji nt. interesu Państwa, konieczności współpracy z innymi (mimo konfliktów), znaczenia procesów globalizacyjnych wymuszających szeroką współpracę, zagrożeń lokalnych czy globalnych, to Państwo, jak wielki okręt, stopniowo zmierza w stronę mielizny, ale może też, niczym Titanic natrafić na górę lodową, kiedy to jego rzekoma niezatapialność zostanie poddana ciężkiej i ostatecznej próbie. Dopóki jednak okręt nie przechyli się i nie nabierze wody po tym jak osiądzie na mieliźnie, lub nie rozbije się gwałtownie, na tym niebezpiecznym kursie będzie go utrzymywać sprzężenie zwrotne pomiędzy partią i jej stosunkowo wąską (ale dającą szansę na wygraną) grupą wyborców. Co gorsza każde zwiększenie szybkości okrętu w stronę mielizny będzie wzmacniało taki „układ” i powodowało potraktowanie wszystkich innych sił w państwie i świecie jako totalnie wrogich, godnych pogardy, potępienia (przecież płyniemy szybciej).

Różne partie zawężają krąg swoich potencjalnych wyborców do grupy „pewniaków”. To zawsze działa, bo otaczając się takimi ludźmi szefostwo partii zyskuje twardy grunt polityczny. To buduje komfort pełnej zgodności – jedności ideowej, nie trzeba szukać kompromisów, nie trzeba zatrudniać specjalistów by ustawy były jak najlepiej opracowane – wszak swoi wszystko wybaczą. Oparcie na takiej grupie może być punkte wyjścia, ale z pewnością na ty nie może się kończyć polityka partyjna. Z tego „twardego jądra” trzeba szukać rozszerzenia zasięgu partii możliwie do jak najszerszej grupy odbiorców. Nie chodzi o rozmycie ideowe, o udawanie jednocześnie prawicy i lewicy itd. Chodzi o to, aby swoje idee przedstawić nawet przeciwnikom jako atrakcyjne. Partia centro-lewicowa może okazać się bardziej atrakcyjna dla konserwatysty niż prawicowa, bowiem wszystko zależy od stopnia radykalizacji, a co za tym idzie skłonności do konfliktowania i degenerowania relacji społecznych.

Same hasła są ważne, ale dopiero czyny świadczą o prawdziwym charakterze liderów partyjnych.  Niemniej partia, uzależniająca się od wąskiej – dogmatycznej grupy zwolenników (wyznawców?), albo niszczy siebie – upada, stopniowo opuszczają ją zawiedzeni brakiem sukcesów (dotąd żelaźni) zwolennicy, albo jeśli wygra dzięki sprawności propagandowej to jeszcze gorzej, bo gra konfliktem niszczy całe państwo. Brak zdolności koalicyjnej nie jest żadną oznaką ideowości, ale wręcz przeciwnie, świadczy o braku podstawowych kompetencji jej politycznych liderów.

Po wyborach, w krajach o ugruntowanej demokracji zwycięscy liderzy wyciągają rękę do przegranych, starają się (myśląc strategicznie) udowodnić, że ich priorytetem jest dobro wspólne, interes Państwa. W krajach zarządzanych wodzowsko, po wyborach następuje pogłębienie konfliktu. To dość łatwo widoczny wyznacznik pokazujący jakość władzy. Władza ma prawo popełniać błędy, zmieniać linię, odwoływać decyzje, ale nie ma prawa dzielić społeczeństwa, degradować jego wewnętrznych mechanizmów obniżać bezpieczeństwa i obronności.

Nie jestem zatem symetrystą, nie każda partia czyni tak samo wiele złego, ale naklejki partyjne niech czytelnik sam doda do tekstu wedle własnego oglądu rzeczywistości.

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Współpraca StratLider i L’ExtremeEst

.facebook_1510270500133Projekt StratLider oraz Centrum Zimbardo ds Rozwiązywania Konfliktów zyskują nowego partnera w postaci szkoły boksu francuskiego Savate L’ExtremeEst.

Tym samym teorie na których opiera się StratLider, na temat współpracy, pracy nad sobą, zwiększaniem własnego potencjału zyskują wymiar praktyczny. W trakcie dzisiejszego mojego spotkania z Panem Krzysztofem Kalińskim, kierującym szkołą L’ExtremeEst, ustaliliśmy zarys planu przyszłej współpracy.jpg2

Już wkrótce zaprezentujemy efekty. Nie mamy wątpliwości, że ta współpraca przyniesie wielokrotnie przytaczany efekt synergii tak pożądany w bardzo różnych uwarunkowaniach.

cropped-czm-logo.jpgZarówno przywództwo jak i perspektywa strategiczna wymagają pracy nad sobą. Sztuki walki są doskonałą podstawą do szukania równowagi wewnętrznej. Oczywiście nie jest to jedyna metoda. Dorota Kościukiewicz-Markowska prowadząca Szkołę Szczęścia w Szczecinie, która jest także partnerem StratLider powie, że do odnalezienia równowagi najlepsze jest przystopowanie w tym niekończącym się biegu donikąd i uważność, czyli wejście w ciszę wewnętrzną, dzięki czemu uzyskamy nowy, świeży wgląd dotyczący nie tylko siebie, ale i otaczającego nas świata.

SZKOLA-SZCZESCIA-LOGO-png-300

Dorota ma rację. Takie podejście daje świetne możliwości, podobnie jak sztuki walki. L’ExtremeEst jest inną stroną tego samego medalu. Z resztą pamiętam jak sam uczestniczyłem te prawie 30 lat temu w treningach Kyokushin Karate i każdy zaczynał się od medytacji. Kilka minut klęczenia w ciszy, gdy trener spokojnym głosem mówił o oczyszczeniu głowy z tego wszystkiego co się wokół nas dzieje. Medytacja to nieodłączna cześć Sztuk Walki!

Psychologia społeczna pozwala zrozumieć mechanizmy wpływania na nas i daje szansę świadomego decydowania o naszych wyborach.

To wszystko umożliwia zastosowanie perspektywy strategicznej i kształtowania kompetencji przywódczych. Wspólnie zyskujemy większe możliwości niż suma naszych wysiłków indywidualnych.

Sukces w karierze: pokora jako cecha podstawowa przywódcy

Na pierwszy rzut oka pojęcia “pokora” i “przywództwo” wydają się sprzeczne. Mocno sceptycznie reagują kursanci, studenci, którym zaczynam mówić o pokorze jako cesze liderów najwyższego poziomu. Niemniej jednak wewnętrzną pokorę lidera należy odróżnić od bycia pokornym w popularnym znaczeniu tego słowa.

Pokora wewnętrzna skłania nas do słuchania i słyszenia argumentów innych. Pozwala też wykorzystać te argumenty do zrozumienia innych punktów widzenia co zmniejsza poziom agresji wobec osób o innej perspektywie postrzegania rzeczywistości.

Pokora pomaga też przyjąć krytykę. Nawet jeśli wewnętrznie się burzymy, musimy zaciskać zęby przy słuchaniu krytycznych słów wobec naszej pracy, postawy czy zachowań, to być może po upływie pewnego czasu okaże się, że gdy na spokojnie rozważymy ponownie argumenty tej krytyki, znajdziemy w niej elementy zasadne, albo ustalimy przyczyny krytyki bezpodstawnej.

Może zidentyfikujemy obie te strony, np. w sytuacji gdy krytyka jest oparta na zasadnych podstawach, ale jest przesadnie eksponowana odbierając nam motywację do dalszej pracy. Każdy z tych wariantów daje nam ważne informacje o nas, o rozmówcy, o naszej pracy itd. Pokora nie oznacza więc uległości.

To, że przyjmujemy krytykę, nie oznacza, że musimy wszystkie jej argumenty traktować jednakowo, ulegając sugestiom krytykujących. Wręcz przeciwnie, przywódca powinien być pewny swojego kierunku, ale też powinien zachowywać elastyczność po to, by  mieć oczy otwarte na wszelkie czynniki, które jeszcze poprawią uwarunkowania dla odniesienia sukcesu.

Pokora sprawia, że z większym szacunkiem traktujemy ludzi, w myśl zasady ze “starego chińskiego powiedzenia”: “Jak idziesz w górę to się wszystkim kłaniaj, bo może będziesz wracał tą samą drogą.” Wielu ludzi, którzy odnieśli sukces, ma poczucie swojej wielkiej unikalności, która ma zapewnić pozostawanie w tym “stanie sukcesu” na zawsze, niezależnie od okoliczności. To właśnie jest już ważny zwiastun rychłej porażki.

A więc przeciwieństwem wewnętrznej pokory jawi się arogancja. Arogancja każe palić mosty, po których wspięło się na szczyt bo przynosi ujmę to, że się było niżej. Nie rozmawia się z ludźmi którzy pomogli (w różny sposób) w awansie lub rozmawia się z nimi w sposób arogancki.

Prowadząc zajęcia w ramach Projektu Bohaterskiej Wyobraźni z nauczycielami w szkołach podstawowych, słyszałem przykre historie o uczniach wywodzących się z małej miejscowości, którzy szybko osiągnęli sukces. Odwiedzając z różnych powodów swoją rodzinną miejscowość, gdy taki młody człowiek spotyka nauczycielkę sprzed lat odwraca głowę, żeby się nie przywitać, bądź okazuje wyższość na przykład popisując się swoim pięknym samochodem, podczas gdy ta nauczycielka jeździ wciąż tym samym starym cinquecento jakim jeździła gdy był jej uczniem. Co więcej ta nauczycielka nie jest zazdrosna o ten sukces, nie chce żeby on jakoś się dzielił swoim statusem. Przykrość sprawia jej to, że ten młody człowiek wstydzi się swojej szkoły, nauczycieli.

Arogancja dla wielu osób wydaje się właśnie czynnikiem niezbędnym do szybkiego awansu. Filozofia “po trupach do celu” święci triumfy.

Nie żyjemy w bajce i nie chcę przekonywać, że dobro zawsze popłaca, a zło z pewnością przyniesie zgubę temu kto je czyni, bo to nie tylko infantylne, ale i nieprawdziwe. Faktycznie wielu ludzi zachowujących tę pokorę sukcesu nie osiągnie, a także wielu aroganckich “cwaniaków” swój cel osiągnie. Zdarzenia można podawać różne i na jednostkowych przykładach niczego się nie udowodni.

Jednak uważam, że pójście za radą tak wielkich autorytetów jak Jim Collins, Kevin Murray, Jacek Santorski, Philip Zimbardo, nie wspominając o chińskich mędrcach 😉 i zachowanie w sobie pokory, otwiera znacznie większe możliwości, niż arogancja. Ta druga, zawężając krąg towarzyski człowieka sukcesu tylko do tych, którzy w danym momencie odgrywają ważną rolę w ścieżce kariery, generuje poważne ryzyko w razie zmiany sytuacji. 

Znam co najmniej kilka przykładów osób, które ze skruchą przyznają się do tego, że w swoim czasie byli takimi właśnie ludźmi pozbawionymi zasad i nie potrafili zachować pokory. Spalili za dużo mostów brnąc w skrajną arogancję, ponieważ mieli “patrona”, który zdawał im się niezniszczalny. Potem okazywało się, że bardzo żałowali tego, że w drodze do sukcesu i samym momencie gdy osiągnęli „szczyt” nie zbudowali sobie dobrych relacji z ludźmi, którzy ich jeszcze wtedy szanowali, wierzyli w nich. Być może wracając w dół mieliby zbudowaną przystań gdzieś po drodze i nie musieliby spadać na samo dno. Może nawet budując na zaufaniu i poszanowaniu sieć partnerów nie musieliby wcale spadać z “piedestału”.

Pewność siebie przy zachowaniu pokory wewnętrznej to budowanie znacznie szerszych fundamentów sukcesu, choć wymaga bardziej stoickiej postawy w jego osiąganiu. Arogant to cynik, który robi szybki skok w górę, ale z tym większym hukiem potem spada w dół.

Przykładem takiego przywódcy zachowującego pokorę pomimo piastowania najważniejszych stanowisk jest Jim Mattis, o którym pisałem już wielokrotnie, ale zawsze robi to na mnie ważnie. Jego zdjęciem także zilustrowałem ten tekst.

Jim Mattis w rozmowie prywatnej

Do Blog

Czy opłaca się być złym? Triada ciemnych cech osobowości.

Do trzech tzw. ciemnych cech osobowości ludzkiej zalicza się: makiawelizm, narcyzm i psychopatię. W skrócie można powiedzieć, że osoba cechująca się wszystkimi trzema atrybutami ciemnej triady jest egocentrycznym manipulatorem, przekonanym o swojej wyjątkowości przy równoczesnym braku szacunku do innych oraz skłonna do zachowań aspołecznych i niebezpiecznych także dla niej samej wskutek zaniku poczucia lęku przy jednoczesnej potrzebie doznań i impulsywności. Problemem jest to, że taka osoba posiada wszelkie możliwości by zrobić największą karierę w hierarchii społecznej osiągając najwyższe stanowiska, np.  polityczne. 

Z powyższego wynika że ciemna triada cech osobowych (za: Paulhus, Williams: The Dark Triad of Personality: Narcissism, Machiavellianism, and Psychopathy. „Journal of Research in Personality” 2002, vol. 36; Wojciszke, „Psychologia społeczna”), jest korzystna ponieważ daje możliwość szybkiego osiągania awansów poprzez cyniczne wpływanie na innych ludzi. Osoby takie traktują Władzę jako fetysz, a jednocześnie sam fakt osiągnięcia władzy usprawiedliwia ich przed nimi samymi z cech powszechnie uznawanych za negatywne.

Jeśli do tego dodać proces, nazywany przeze  mnie Dekadencją demokracji, która jest efektem obniżenia wymagań społecznych wobec rządzących i w ogóle polityków, to pojawia się idealne pole do funkcjonowania i gloryfikacji osób cechujących się właśnie „ciemną triadą”. Dość łatwo przecież wywołać wrażenie powszechnego i wszechogarniającego zagrożenia, przed którym ustrzec może tylko osoba „zdecydowana i radykalna”. Społeczeństwu trudno jest dostrzec, że te zagrożenia będąc po części realnymi, służą w istocie za projekcję „płomienia na ścianie jaskini„, potrzebną li tylko do osiągnięcia władzy przez osobę dla której w istocie nie liczy się zupełnie los osób którymi „włada”.

Pisząc o Dobru wspólnym twierdziłem, że opłaca się ono w perspektywie długofalowej – strategicznej. A więc bycie złym powinno opłacać się tylko w perspektywie krótkiej. Nie zmieniając zdania, co do korzyści płynących z dobra wspólnego, muszę niestety przyznać, że patrząc z punktu widzenia materialistycznego zło może się jednak opłacać w każdej perspektywie. Czy twierdzenia o konflikcie wewnętrznym, wyrzutach sumienia, humanistycznej tendencji do współpracy i pomocy innym, mogą mieć znaczenie w tym rachunku „mieć czy być”? Wszak mówimy o psychopacie, narcyzie z satysfakcją manipulującym innymi.

A więc może się opłacać bycie „złym” także w polityce, podobnie jak może się opłacać bycie złodziejem, który kradnąc majątek osobie ciężko pracującej całe życie odnosi szybki „sukces”. Jeśli taka osoba ma odpowiednie możliwości wpływania na instytucje państwa to „sukces” taki może okazać się permanentny. Rolą instytucji państwowych, ale też, gdy one zawodzą – społeczeństwa jest piętnowanie takiego „sukcesu” i nie pozwalanie na to aby takie „ścieżki kariery” stawały się normą.

Machiavelli uznawał, że człowiek jest z natury zły i silna władza musi go „poprawiać”. Władza natomiast pochodzi od Boga i ludziom nic do tego kto ją sprawuje. Z bardzo podobnego założenia wychodzi wielu polityków, a z pewnością ci cechujący się „ciemną triadą”. Jednakże z drugiej strony system demokratyczny zakłada, że ludzie powinni wyłaniać spośród siebie najlepszych (i dbających potem o dobro wspólne), do sprawowania władzy jako urzędu warunkowo przyznanego przez „suwerena”.

W pierwszym przypadku szczęście społeczeństwa zależne jest więc od tego na jakiego rządzącego „trafi”. W drugim, społeczeństwo zmanipulowane przez osobę cechującą się „ciemną triadą”, może nieopatrznie wybrać taką osobę/takie osoby, które za pomocą propagandy i rozdawnictwa (bez względu na konsekwencje) będą się starały następnie utrzymać przy władzy jednocześnie likwidując filary systemu demokratycznego. Oba przypadki znamy z historii, ale nierzadkie są także współcześnie. Pamiętajmy że Efekt Lucy Phere to proces działający powoli, stopniowo, który po przekroczeniu pewnej niezauważalnej „cienkiej czerwonej linii”, jest trudny do odwrócenia lub nawet niemożliwy bez poważnych ofiar.

Dlatego też świadome społeczeństwa, o wysokim poziomie rozwoju cywilizacyjnego, mają większe szanse na takie kontrolowanie władzy, by nie pozwolić na destrukcję systemu demokratycznego, po której pozostaje tylko liczenie na traf losu który da im „dobrego władcę”. Najlepiej by było, by nie dopuszczać osób niewłaściwych do władzy, ale jest to trudne z uwagi na łatwość manipulacji za pomocą haseł populistycznych. Oczywiście społeczna kontrola władzy nie zawsze przynosi właściwe efekty nawet w przypadku społeczeństw o najwyższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Dlatego potrzeba stałej pracy i aktywności w budowaniu samoświadomości społeczeństw, struktur aktywności społecznej, organizacji pozarządowych. Do tego procesu powinni, dla własnego dobra, włączać się prywatni przedsiębiorcy, którzy osiągnęli już sukces finansowy i dysponują odpowiednimi środkami. Powinni oni pamiętać, że nie osiągnęli tego sukcesu „jednoosobowo”, ale korzystali w różny sposób z pomocy wielu osób.  Profesor Zimbardo mówi w takim przypadku o mecenacie, jako o zwracaniu społeczeństwu części tego kapitału jaki się na nim zarobiło. Wtedy właśnie makiaweliczny i narcystyczny psychopata nie będzie mógł sprawować władzy długo ponieważ zostanie „rozpoznany” przez społeczeństwo.

Do Blog