Kiedy zło uderza nożem prosto w serce: o ciemnej stronie natury ludzkiej

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Reklamy

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zawsze są jednostki, które potrafią się oprzeć, pozostać na stanowisku Wartości i Zasad wynikających z przekonań, wiedzy, doświadczenia, które nie ulegają deformacji i degeneracji w wyniku nawet największej presji sytuacyjnej lub ideologicznej.

Ważne jest, by w miarę obiektywnie dostrzegać granice, których przeoczenie staje się niebezpieczne indywidualnie – gdy sami odczuwamy gotowość do czynienia zła (Efekt Lucy Phere) oraz społecznie – gdy całe grupy samonapędzając się dążą do „ostatecznych rozstrzygnięć”.

A zatem ważne, by dostrzec przesuwanie się granicy tzw. normy, która wyznacza to co dopuszczalne, a poza którą uznajemy coś za niezgodne z prawem (norma prawna) lub Zasadami i Wartościami (norma moralna). Obie granice można przesuwać i czynią to kręgi decyzyjne, ale też opiniotwórcze (politycy, media, duchowni itp.). Niestety to przesuwanie norm w stronę agresji,, konfliktu, często jest kalkulowane jako korzystne dla notowań wyborczych, oglądalności, słuchalności, czytalności, klikalności mediów czy wzmacnia mobilizację w imię własnej religii.

Tutaj szczególna rola przypada „autorytetom”, które wyznaczają przesunięcie granicy norm. To ludzie bardzo popularni, na których wzorują się tysiące osób, ale ich cele nie służą dobru wspólnemu, tylko własnemu lub małej grupie ograniczonej do własnego „plemienia”, a faktycznie do jego kręgu decyzyjnego (takie plemię można długo oszukiwać, np za pomocą propagandy, że wyniszczanie przeciwników jest dla nich korzystne). To osoby posługujące się triadą ciemnych cech osobowości. To oni „sankcjonują” to, czy granica normy jest już w nowym miejscu i często zupełnie otwarcie to komunikują, twierdząc, że np. obecnie w Polsce trwa wojna, a więc trzeba nadzwyczajnych działań, innej wrażliwości, można więcej, aż do pokonania przeciwnika, „a potem przywrócimy normy”… To oczywiście część drogi do zła i nic jej nie usprawiedliwia.

Wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczymy, a gdy ktoś ma dość i woła „nie chcę żyć polityką”, jak robił to w swojej piosence Paweł Domagała, spotyka się z ostrą krytyką, że przecież nie jest to postawa obywatelska. Oczywiście racja, społeczeństwo obywatelskie ma się angażować w politykę, ale jeśli z drugiej strony dla wielu cały ten dyskurs podzielonego na „plemiona” społeczeństwa kogoś nie przekonuje, jeżeli ktoś nie znajduje swojej reprezentacji politycznej, nie jest w stanie odnaleźć nawet tzw. mniejszego zła, to czy ma pójść na studia politologiczne, szkolenia z zakresu komunikacji medialnej? Ludzie na różne sposoby szukają dystansu i nie każdy musi potrafić rozpoznawać prawdziwe intencje ukryte za polityczną demagogią. Paweł Domagała być może do wyborów pójdzie, ale zwyczajnie nie chce żyć polityką nieustannie, bo chce poświęcać czas swojej rodzinie i… MA RACJĘ!

To właśnie ci, którzy nawołują do wstąpienia do „plemienia”, chwycenia wirtualnego „noża” w dłonie i „ataku na „zdrajcę narodowego” lub „zapóźnionego cywilizacyjnie” przeciwnika przyczyniają się do tego, że zło zyskuje, że się rozpowszechnia.

To zablokowanie debaty o czynach, wydarzeniach, a w to miejsce wstawianie szkodliwych generalizacji w coraz ostrzejszym tonie, popycha ludzi poza granice wcześniejszych norm! „Autorytety” przybijają pieczątkę z napisem „akceptuję” (np. w formie „nie pochwalam, ale rozumiem”) i wówczas członkowie zradykalizowanych plemion ruszają do szturmu na twitterze, facebooku, forach dyskusyjnych, komentarzach do artykułów, co często przenosi się do domów rodzinnych, czasem nawet przy stole wigilijnym…

Ludzie mają różną odporność na radykalizację, możliwa jest praca nad budowaniem własnego dystansu i oceny zdarzeń (neuroplastyczność), ale im mocniejsze mechanizmy, tym więcej ludzi można przeciągnąć do „plemienia”, a wówczas radykalizacja przyspiesza gwałtownie, bowiem wewnątrz plemienia, odcinany jest dostęp do innych mediów, odpowiednio interpretowane są wszystkie wypowiedzi polityków, nie miejsca na żadne inne wartości spoza „naszego kręgu”. Nasz „wirtualny nóż” może ciąć na lewo i prawo, a także w centrum (zależnie od opcji) i można to robić bez ograniczeń – jeśli zamkną konto otwieramy następne, czasem kilka na raz. Do tego stosowane są techniki wzmacniające negatywny przekaz (fabryki trolli, boty), aby zradykalizować jak najwięcej ludzi i włączyć do „plemienia”. Przecież to tylko twitter, to tylko hejt. Ktoś napisał mi parę dni temu, że hejt to słowo wytrych. To częste usprawiedliwienia, wytłumaczenie, że przecież hejt to ci drudzy, a my zwalczamy ich hejt i musimy agresywnie bo inaczej to nic nie da…

To czy, a raczej kiedy nóż wirtualny zamieni się w stalowy, zależy od naszej odporności i wewnętrznie wpojonych wartości i zasad. Czy naprawdę wierzycie, że za stalowy nóż w takiej sytuacji złapie tylko „wariat”?

Jeśli tak, to zastanówcie się jeszcze raz! Przecież granica tych norm się przesuwa! „Dziennikarze” na okładkach gazet ubierają i wyposażają osoby publiczne w atrybuty jednoznacznie wrogie wobec naszego „plemienia”, często kojarzące się z użyciem broni lub eksterminacją ludzi… Na osobę, która jest poza normą, mówimy „wariat”, ale skąd wiadomo, kiedy jest się „wariatem”? Przecież wewnątrz „plemienia” normy są już zupełnie inne od tego, co wcześniej uznawaliśmy za normę.

Co dzień tysiące osób używają wirtualnych noży z największą brutalnością, a z historii znamy przypadki, gdy w wyniku skrajnej radykalizacji, zamiana, wirtulanych noży na stalowe, dokonała się błyskawicznie i kosztowała życie tysięcy lub milionów. Oczywiście umiarkowanych jest zawsze więcej niż radykałów, ale też radykałowie nadają wówczas ton, oni nie tylko robią wrzawę, ale w sytuacji, gdy pada hasło „ścinamy topole” (jak w Rwandzie), każdy umiarkowany jest traktowany jak zdrajca i dzieli los przeciwników… Podobnie jak w świecie wirtualnym, nie wystarczy przeciwnik pokonać, robi się to w najokrutniejszy sposób.

Rolą wszystkich, ale szczególnie autorytetów – polityków, ludzi mediów, duchownych, nauczycieli, wychowawców, a przede wszystkim rodziców jest to, by nie dzielić na dobrych i złych, by nie budować świadomości plemiennej, ale szukać zrozumienia, współpracy lub chociażby nie zatrzaskiwać furtek, czy nie burzyć mostów do komunikacji. Jeśli powiemy, że z „nimi” nie można rozmawiać, bo są źli i trzeba ich pokonać, a potem „przywrócimy normy”, to droga do „piekła” otwiera się na oścież i żadnego „potem” już może nie być…

Warto także zacząć sankcjonować mowę nienawiści w sieci. Jak to robić można nauczyć się w niektórych państwach zachodnich, ale i u nas np. Pani Agnieszka Gozdyra kilka razy świetnie pokazała, jak upublicznienie hejtera radykalnie zmienia jego postawę. Taka osoba uświadamia sobie, że nie jest anonimowa i żaden „autorytet”, już jej nie usprawiedliwia, bowiem jej czyny idą na jej indywidualny rachunek w ostatecznym rozliczeniu. Warto zrozumieć, że droga od noża wirtualnego do stalowego trafiającego prosto w serce wcale nie jest taka długa jak się może wydawać…

StratLider nr 3/2018

Przedstawiam Wam już trzeci numer pisma StratLider!

StratLider nr 3_2018

Nowy obraz

Wewnątrz znajdziecie ujęcia i interpretacje kwestii przywództwa i strategii, w zupełnie różnych dziedzinach! Od poezji, filozofii i kosmosu po sport. Zachęcam do ściagania i czytania!

W numerze:

  • Wielki atraktor i atraktory w życiu,
  • Szansa reprezentacji na mundialu,
  • Szczyt geopolityczny Trump-Kim
  • Robert Lewandowski jako autorytet w blaskach i cieniach,
  • Szwecja i tamtejszy kryzys imigracyjny,
  • Syria i Proxy War
  • Francja za prezydentury Macrona
  • Sławek Ambroziak dołącza do StratLider,
  • Spotkanie z prof. Zimbardo,
  • Klub Obywatelski,
  • Atraktor w teorii i praktyce,
  • Wnętrze przywódcy,
  • Poezja, Film, Książka, Piosenka,
  • Sport: F1, Piłka, NHL.

Nie da się przebić szklanego sufitu? Jeszcze!

Kwestie dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, czynników sukcesu i porażki są podejmowane przez filozofów od wieków. Ostatnio jednak problem ten staje się domeną także innych uczonych, a przede wszystkim okazuje się kwestią interdyscyplinarną. Nowe możliwości badawcze pozwalają na wyciągnięcie bardzo interesujących wniosków, które powinny zmieniać nasze zachowanie, dbałość o rozwój oraz budowanie interakcji z otoczeniem, a w konsekwencji nowych i znacznie lepszych rozwiązań systemowych. 

Machiavelli pisał, że z natury jesteśmy raczej źli, a dopiero instytucje czynią nas dobrymi. Te instytucje jego zdaniem to Religia, Wojsko i Prawo. Uznawał więc, że różnie rozumiany system sprawia, że człowiek staje się dobry. Jednak słabym punktem tej tezy jest to, że system także tworzą ludzie. Oczywiście istotne jest dla kogo i o kim pisał Machiavelli, a wiedząc to, jasne staje się, dlaczego System (zarządzany przez „Księcia”) czyni dobrymi ludzi, którzy mu się podporządkowują.

Podobne przesłanie jest także fundamentem religii chrześcijańskiej, według której rodzimy się z grzechem pierworodnym (z natury źli), a dopiero religia (chrzest) czyni nas dobrymi i zmazuje nasz grzech. Co więcej zaraz potem i tak znów stajemy się grzeszni, bowiem religia zakłada, że wszyscy tacy jesteśmy nieustannie. W trakcie nabożeństwa, niezależnie czy ktoś zrobił coś złego czy nie, klęcząc i bijąc się w piersi powtarza trzykrotnie: „moja wina”, a nawet „moja bardzo wielka wina”. Budowane ciągłe poczucie winy jest tym samym co kształtował Machiavelli w swoim „Księciu”. Czyli poczuciem, że system jedynie może nas oczyścić w nagrodę za posłuszeństwo. Dlatego tak ważna jest (niezależnie wśród wierzących czy nie) wolność myśli, odpowiedni dystans, interpretacja, dociekanie przyczyn, a nie tylko akceptacja skutków!

Religia ma jednakże swój duchowy wymiar (oprócz instytucjonalnego) i warto na nią także spojrzeć z takiej perspektywy (pisałem o tym w tekście: Duchowość niejedno ma imię). Dla wielu jest ważnym fundamentem pozwalającym odnaleźć równowagę w życiu, niezależnie od naleciałości historycznych w Kościele.

Także Machiavelli miał sporo racji w swoim wywodzie, bowiem istotnie wiele czynników wpływa na to jak rozwija się nasze „wnętrze”. W marcowym numerze National Geographic (edycja polska), pojawił się świetny tekst opisujący zmiany w mózgu osób skłonnych do czynienia zła oraz ludzi empatycznych, altruistycznych. Okazuje się, że w rodzinach patologicznych rodzą się dzieci z mózgiem ukształtowanym tak, że „z natury” są bardziej skłonne do patologii. Część tych dzieci jednak zmienia swoje skłonności w trakcie życia, często osiągają sukces stając się autorytetami dla innych (o czym pisałem w dziale „Autorytet w blaskach i cieniach” w 2 numerze czasopisma StratLider).

W tekście w NG pojawia się określenie „społeczny mózg” i odniesienie do jego plastyczności. Tym samym dochodzimy do problematyki z pogranicza kilku (pozornie) zupełnie różnych dziedzin: psychologii, psychologii społecznej, socjologii, a nawet kardiologii. W tym momencie uczeni, którzy sprzeciwiają się interdyscyplinarności tracą grunt pod nogami, bowiem badania nad mózgiem, a zatem zachowaniami człowieka (psychologia) oraz wpływem grupy/społeczeństwa na jednostkę (psychologia społeczna) pozwala wyciągać wnioski dotyczące całych grup społecznych (socjologia), a także okazuje się mieć bezpośredni związek z kardiologią (świetny tekst na ten temat Agnieszki Flis-Plewik w czwartym numerze „Szczęście – podaj dalej”). Powstaje więc kwestia psychodynamiki grup społecznych, która jest z pogranicza socjologii i psychologii społecznej (czym zajmuję się w swojej książce (mam nadzieję na wydanie jej do końca 2018), a jednocześnie plastyczność odpowiednich sekcji mózgu może poprawiać nasze zdrowie fizyczne lub powodować poważne zaburzenia i w efekcie przedwczesną śmierć.

To co sprawia, że jednostki są w stanie zmieniać swoje nastawienie rozwojowe, a co za tym idzie całe społeczeństwa mogą ewoluować, nawet po traumatycznych przeżyciach i stagnacji rozwojowej, nazywa się neuroplastycznością. Odkryta dopiero początkach XX wieku, a potwierdzona ledwie kilka dekad temu neuroplastyczność powinna stać się obiektem refleksji całych społeczeństw i to niezależnie od kultury, religii, strefy klimatycznej itd. Neuroplastyczność dotyczy bowiem człowieka jako takiego, a nie jakiejś jednej grupy. O fenomenie neuroplastyczności pisałem już na blogu dwukrotnie (Duchowość niejedno ma imię, Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości) a także miałem możliwość dyskutować o tym z prof. Zimbardo z którym prowadziłem (jako asystent) wykład na studiach doktoranckich, obejmujący tę problematykę.

Odkrycie neuroplastyczności powinno stać się nowym „kołem zamachowym” dla wielu dziedzin życia. Czynniki systemowe mogą kształtować szczęśliwe społeczeństwa (przykładem, choć nieco kontrowersyjnym może być książka „Duński przepis na szczęście”). Uświadomienie sobie potencjału neuroplastyczności, powinno dawać „zastrzyk adrenaliny” osobom, które straciły wiarę w swoje możliwości. To czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy osiągamy sukces i szczęście, czy starzejemy się w poczuciu klęski i nieszczęścia, zależy w bardzo dużej mierze od nas samych. Oczywiście nie ma sensu negować czynników obiektywnych, które w sposób niejako mechaniczny ograniczają nasze możliwości, jednak jak uczy przykład Jamesa Stockdale’a (którego paradoks opisałem na przykładzie Roberta Kubicy „Robert Kubica jako pozytywny wojownik”) nawet w najtrudniejszych warunkach można pracować z sukcesem nad swoim nastawieniem. O tym pisałem też w trzecim numerze „Szczęście – podaj dalej w tekście pt. „Szczęście: gdzie (kiedy) go szukać?” 

A zatem nawet jeśli uznamy, że czegoś nie potrafimy, że jest jakiś „szklany sufit”, którego nie damy rady nigdy przebić, to zawsze dodajmy sobie krótkie słówko: „jeszcze” („yet” – wzorem Carrol Dweck, która proponuje zawsze dodawać to słowo myśląc o rzeczach pozornie niewykonalnych). Dzięki temu w swojej głowie nie zamykamy odpowiednich „furtek” do których możemy odnaleźć klucz w przyszłości. To zaś pozwala na to, aby nie przegapić kolejnych okazji, których zawsze dostarcza życie.

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Sukces w karierze: pokora jako cecha podstawowa przywódcy

Na pierwszy rzut oka pojęcia “pokora” i “przywództwo” wydają się sprzeczne. Mocno sceptycznie reagują kursanci, studenci, którym zaczynam mówić o pokorze jako cesze liderów najwyższego poziomu. Niemniej jednak wewnętrzną pokorę lidera należy odróżnić od bycia pokornym w popularnym znaczeniu tego słowa.

Pokora wewnętrzna skłania nas do słuchania i słyszenia argumentów innych. Pozwala też wykorzystać te argumenty do zrozumienia innych punktów widzenia co zmniejsza poziom agresji wobec osób o innej perspektywie postrzegania rzeczywistości.

Pokora pomaga też przyjąć krytykę. Nawet jeśli wewnętrznie się burzymy, musimy zaciskać zęby przy słuchaniu krytycznych słów wobec naszej pracy, postawy czy zachowań, to być może po upływie pewnego czasu okaże się, że gdy na spokojnie rozważymy ponownie argumenty tej krytyki, znajdziemy w niej elementy zasadne, albo ustalimy przyczyny krytyki bezpodstawnej.

Może zidentyfikujemy obie te strony, np. w sytuacji gdy krytyka jest oparta na zasadnych podstawach, ale jest przesadnie eksponowana odbierając nam motywację do dalszej pracy. Każdy z tych wariantów daje nam ważne informacje o nas, o rozmówcy, o naszej pracy itd. Pokora nie oznacza więc uległości.

To, że przyjmujemy krytykę, nie oznacza, że musimy wszystkie jej argumenty traktować jednakowo, ulegając sugestiom krytykujących. Wręcz przeciwnie, przywódca powinien być pewny swojego kierunku, ale też powinien zachowywać elastyczność po to, by  mieć oczy otwarte na wszelkie czynniki, które jeszcze poprawią uwarunkowania dla odniesienia sukcesu.

Pokora sprawia, że z większym szacunkiem traktujemy ludzi, w myśl zasady ze “starego chińskiego powiedzenia”: “Jak idziesz w górę to się wszystkim kłaniaj, bo może będziesz wracał tą samą drogą.” Wielu ludzi, którzy odnieśli sukces, ma poczucie swojej wielkiej unikalności, która ma zapewnić pozostawanie w tym “stanie sukcesu” na zawsze, niezależnie od okoliczności. To właśnie jest już ważny zwiastun rychłej porażki.

A więc przeciwieństwem wewnętrznej pokory jawi się arogancja. Arogancja każe palić mosty, po których wspięło się na szczyt bo przynosi ujmę to, że się było niżej. Nie rozmawia się z ludźmi którzy pomogli (w różny sposób) w awansie lub rozmawia się z nimi w sposób arogancki.

Prowadząc zajęcia w ramach Projektu Bohaterskiej Wyobraźni z nauczycielami w szkołach podstawowych, słyszałem przykre historie o uczniach wywodzących się z małej miejscowości, którzy szybko osiągnęli sukces. Odwiedzając z różnych powodów swoją rodzinną miejscowość, gdy taki młody człowiek spotyka nauczycielkę sprzed lat odwraca głowę, żeby się nie przywitać, bądź okazuje wyższość na przykład popisując się swoim pięknym samochodem, podczas gdy ta nauczycielka jeździ wciąż tym samym starym cinquecento jakim jeździła gdy był jej uczniem. Co więcej ta nauczycielka nie jest zazdrosna o ten sukces, nie chce żeby on jakoś się dzielił swoim statusem. Przykrość sprawia jej to, że ten młody człowiek wstydzi się swojej szkoły, nauczycieli.

Arogancja dla wielu osób wydaje się właśnie czynnikiem niezbędnym do szybkiego awansu. Filozofia “po trupach do celu” święci triumfy.

Nie żyjemy w bajce i nie chcę przekonywać, że dobro zawsze popłaca, a zło z pewnością przyniesie zgubę temu kto je czyni, bo to nie tylko infantylne, ale i nieprawdziwe. Faktycznie wielu ludzi zachowujących tę pokorę sukcesu nie osiągnie, a także wielu aroganckich “cwaniaków” swój cel osiągnie. Zdarzenia można podawać różne i na jednostkowych przykładach niczego się nie udowodni.

Jednak uważam, że pójście za radą tak wielkich autorytetów jak Jim Collins, Kevin Murray, Jacek Santorski, Philip Zimbardo, nie wspominając o chińskich mędrcach 😉 i zachowanie w sobie pokory, otwiera znacznie większe możliwości, niż arogancja. Ta druga, zawężając krąg towarzyski człowieka sukcesu tylko do tych, którzy w danym momencie odgrywają ważną rolę w ścieżce kariery, generuje poważne ryzyko w razie zmiany sytuacji. 

Znam co najmniej kilka przykładów osób, które ze skruchą przyznają się do tego, że w swoim czasie byli takimi właśnie ludźmi pozbawionymi zasad i nie potrafili zachować pokory. Spalili za dużo mostów brnąc w skrajną arogancję, ponieważ mieli “patrona”, który zdawał im się niezniszczalny. Potem okazywało się, że bardzo żałowali tego, że w drodze do sukcesu i samym momencie gdy osiągnęli „szczyt” nie zbudowali sobie dobrych relacji z ludźmi, którzy ich jeszcze wtedy szanowali, wierzyli w nich. Być może wracając w dół mieliby zbudowaną przystań gdzieś po drodze i nie musieliby spadać na samo dno. Może nawet budując na zaufaniu i poszanowaniu sieć partnerów nie musieliby wcale spadać z “piedestału”.

Pewność siebie przy zachowaniu pokory wewnętrznej to budowanie znacznie szerszych fundamentów sukcesu, choć wymaga bardziej stoickiej postawy w jego osiąganiu. Arogant to cynik, który robi szybki skok w górę, ale z tym większym hukiem potem spada w dół.

Przykładem takiego przywódcy zachowującego pokorę pomimo piastowania najważniejszych stanowisk jest Jim Mattis, o którym pisałem już wielokrotnie, ale zawsze robi to na mnie ważnie. Jego zdjęciem także zilustrowałem ten tekst.

Jim Mattis w rozmowie prywatnej

Do Blog