Tag Archives: psychologia

Sukces w karierze: pokora jako cecha podstawowa przywódcy

Na pierwszy rzut oka pojęcia “pokora” i “przywództwo” wydają się sprzeczne. Mocno sceptycznie reagują kursanci, studenci, którym zaczynam mówić o pokorze jako cesze liderów najwyższego poziomu. Niemniej jednak wewnętrzną pokorę lidera należy odróżnić od bycia pokornym w popularnym znaczeniu tego słowa.

Pokora wewnętrzna skłania nas do słuchania i słyszenia argumentów innych. Pozwala też wykorzystać te argumenty do zrozumienia innych punktów widzenia co zmniejsza poziom agresji wobec osób o innej perspektywie postrzegania rzeczywistości.

Pokora pomaga też przyjąć krytykę. Nawet jeśli wewnętrznie się burzymy, musimy zaciskać zęby przy słuchaniu krytycznych słów wobec naszej pracy, postawy czy zachowań, to być może po upływie pewnego czasu okaże się, że gdy na spokojnie rozważymy ponownie argumenty tej krytyki, znajdziemy w niej elementy zasadne, albo ustalimy przyczyny krytyki bezpodstawnej.

Może zidentyfikujemy obie te strony, np. w sytuacji gdy krytyka jest oparta na zasadnych podstawach, ale jest przesadnie eksponowana odbierając nam motywację do dalszej pracy. Każdy z tych wariantów daje nam ważne informacje o nas, o rozmówcy, o naszej pracy itd. Pokora nie oznacza więc uległości.

To, że przyjmujemy krytykę, nie oznacza, że musimy wszystkie jej argumenty traktować jednakowo, ulegając sugestiom krytykujących. Wręcz przeciwnie, przywódca powinien być pewny swojego kierunku, ale też powinien zachowywać elastyczność po to, by  mieć oczy otwarte na wszelkie czynniki, które jeszcze poprawią uwarunkowania dla odniesienia sukcesu.

Pokora sprawia, że z większym szacunkiem traktujemy ludzi, w myśl zasady ze “starego chińskiego powiedzenia”: “Jak idziesz w górę to się wszystkim kłaniaj, bo może będziesz wracał tą samą drogą.” Wielu ludzi, którzy odnieśli sukces, ma poczucie swojej wielkiej unikalności, która ma zapewnić pozostawanie w tym “stanie sukcesu” na zawsze, niezależnie od okoliczności. To właśnie jest już ważny zwiastun rychłej porażki.

A więc przeciwieństwem wewnętrznej pokory jawi się arogancja. Arogancja każe palić mosty, po których wspięło się na szczyt bo przynosi ujmę to, że się było niżej. Nie rozmawia się z ludźmi którzy pomogli (w różny sposób) w awansie lub rozmawia się z nimi w sposób arogancki.

Prowadząc zajęcia w ramach Projektu Bohaterskiej Wyobraźni z nauczycielami w szkołach podstawowych, słyszałem przykre historie o uczniach wywodzących się z małej miejscowości, którzy szybko osiągnęli sukces. Odwiedzając z różnych powodów swoją rodzinną miejscowość, gdy taki młody człowiek spotyka nauczycielkę sprzed lat odwraca głowę, żeby się nie przywitać, bądź okazuje wyższość na przykład popisując się swoim pięknym samochodem, podczas gdy ta nauczycielka jeździ wciąż tym samym starym cinquecento jakim jeździła gdy był jej uczniem. Co więcej ta nauczycielka nie jest zazdrosna o ten sukces, nie chce żeby on jakoś się dzielił swoim statusem. Przykrość sprawia jej to, że ten młody człowiek wstydzi się swojej szkoły, nauczycieli.

Arogancja dla wielu osób wydaje się właśnie czynnikiem niezbędnym do szybkiego awansu. Filozofia “po trupach do celu” święci triumfy.

Nie żyjemy w bajce i nie chcę przekonywać, że dobro zawsze popłaca, a zło z pewnością przyniesie zgubę temu kto je czyni, bo to nie tylko infantylne, ale i nieprawdziwe. Faktycznie wielu ludzi zachowujących tę pokorę sukcesu nie osiągnie, a także wielu aroganckich “cwaniaków” swój cel osiągnie. Zdarzenia można podawać różne i na jednostkowych przykładach niczego się nie udowodni.

Jednak uważam, że pójście za radą tak wielkich autorytetów jak Jim Collins, Kevin Murray, Jacek Santorski, Philip Zimbardo, nie wspominając o chińskich mędrcach 😉 i zachowanie w sobie pokory, otwiera znacznie większe możliwości, niż arogancja. Ta druga, zawężając krąg towarzyski człowieka sukcesu tylko do tych, którzy w danym momencie odgrywają ważną rolę w ścieżce kariery, generuje poważne ryzyko w razie zmiany sytuacji. 

Znam co najmniej kilka przykładów osób, które ze skruchą przyznają się do tego, że w swoim czasie byli takimi właśnie ludźmi pozbawionymi zasad i nie potrafili zachować pokory. Spalili za dużo mostów brnąc w skrajną arogancję, ponieważ mieli “patrona”, który zdawał im się niezniszczalny. Potem okazywało się, że bardzo żałowali tego, że w drodze do sukcesu i samym momencie gdy osiągnęli “szczyt” nie zbudowali sobie dobrych relacji z ludźmi, którzy ich jeszcze wtedy szanowali, wierzyli w nich. Być może wracając w dół mieliby zbudowaną przystań gdzieś po drodze i nie musieliby spadać na samo dno. Może nawet budując na zaufaniu i poszanowaniu sieć partnerów nie musieliby wcale spadać z “piedestału”.

Pewność siebie przy zachowaniu pokory wewnętrznej to budowanie znacznie szerszych fundamentów sukcesu, choć wymaga bardziej stoickiej postawy w jego osiąganiu. Arogant to cynik, który robi szybki skok w górę, ale z tym większym hukiem potem spada w dół.

Przykładem takiego przywódcy zachowującego pokorę pomimo piastowania najważniejszych stanowisk jest Jim Mattis, o którym pisałem już wielokrotnie, ale zawsze robi to na mnie ważnie. Jego zdjęciem także zilustrowałem ten tekst.

Jim Mattis w rozmowie prywatnej

Dobro wspólne: czy się opłaca?

image_gallery

Współpraca vs interes własny

Jednym z najczęściej podejmowanych problemów jakimi zajmuje się filozofia, jest pytanie o sens życia. W tym rozważaniu bardzo istotne miejsce zajmują pojęcia dobra i zła. To co służy realizacji celu jednego człowieka, może komuś innemu uniemożliwiać realizację jego zamierzeń. Biorąc pod uwagę mechanizmy rządzące światem, warto zadać pytanie, czy zasadnym jest w ogóle rozpatrywanie kwestii dobra i zła?

Może znaczenie ma tylko to, ile zyskam i czy będę w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo i rozwój, nie bacząc na los “innych”. Czy “ja” w tym znaczeniu to jednostka, rodzina (klan), naród czy grupa wyznaniowa, nie ma zasadniczego znaczenia. Chodzi o postrzeganie dobra jako “mojej” korzyści, albo jako dobra ogółu. Jednakże w istocie zdecydowanie częściej w świecie dominują postawy nastawione na interes partykularny. Już sofiści w starożytnej Grecji uczyli, jak manipulować przekazem społecznym, aby wydawało się, że naszym celem jest dobro ogółu, podczas gdy prawdziwy cel pozostawał nieprzenikniony. Dopiero w razie uzyskania poparcia społecznego i np. objęcia jakiegoś ważnego stanowiska okazywało się do czego w istocie taka osoba zmierza.

Z jednej więc strony w nauce przewija się motyw wspólnego dobra, ale w praktyce politycznej, jest on zwykle pomijany. Szczególnie dzieje się tak na szczeblu międzynarodowym. Mimo więc, że posługujemy się wielorakimi teoriami dowodzącymi korzyści płynących z partnerskiej współpracy, to jednak w najważniejszych kręgach politycznych niepodzielnie króluje myśl Niccolo Machiavellego. Dlatego taka organizacja jak ONZ jest nieefektywna w realizacji swojego pierwotnego i fundamentalnego celu, jakim jest “zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego[1].

Powstało wiele opracowań, koncepcji religijnych czy zasad etycznych związanych z humanitarnym postrzeganiem świata i mówiących, że trzeba być po prostu dobrym dla drugiego człowieka nie dlatego że to się opłaca, ale dlatego, że to jest właściwe. Całe systemy religijne zostały uporządkowane tak, aby nie krzywdzić w ogóle lub tylko w akcie obrony przed agresją. Systemy etyczne i prawne mają przecież ten sam cel w założeniu. A jednak znajdujemy tysiące furtek, które pozwalają nam na uzasadnienie agresji i czynienie zła.

Liderzy

Dlatego tak ważna jest rola liderów (nie wodzów), którzy rozumieją szerszy kontekst – widzą kilka kroków dalej. Innymi słowy potrafią posługiwać się strategią, a nie tylko taktyką. Nauka nie jest więc w błędzie dowodząc, że współpraca jest lepsza niż walka o interes partykularny, ale aby to zrozumieć i zastosować umiejętnie, potrzeba ludzi kompetentnych w dziedzinie leadership. Jim Collins wyszczególnia pięć poziomów leadership. Od dołu są to cztery w pewnym sensie tradycyjne ujęcia tej kwestii:

  1. Naturalny przywódca stanowiący przykład dla własnego otoczenia.
  2. Lider niewielkiego zespołu.
  3. Sprawny manager w organizacji.
  4. Lider przełamujący schematy i wyznaczający nowe.

Poziom piąty leadership to lider, który ma wszystko to co na poziomie czwartym, ale też potrafi budować struktury, zespoły zadaniowe, motywować i budować współpracę zarówno wewnątrz jak i z partnerami. Taki lider potrafi przenieść przedsiębiorstwo na zupełnie inny poziom funkcjonowania. Niezbędnym fundamentem takiego leadership jest zbudowanie zespołu złożonego z liderów trzech pierwszych poziomów, a więc ludzi potrafiących samodzielnie działać zgodnie z dyscypliną strategiczną wprowadzaną przez przywódcę. Fundamentem jest jednak swoboda działania pozostawiana członkom zespołu i wzajemne zaufanie.

Bardzo istotne jest tu poczynienie jednego zastrzeżenia wynikającego z moich rozmów w portalach społecznościowych gdzie często mylnie rozumie się współpracę lub porozumienie a nawet dialog. Współpraca nie oznacza zawsze pełnej zgody, całkowitej akceptacji, porozumienie nie oznacza jednomyślności a dialog nie oznacza że trzeba sobie jedynie przytakiwać. Czasem potrzeba nawet trudnych kompromisów. Jednak wytworzenie atmosfery zaufania (choć względnego) pozwoli później przekuć kompromis w win-win. Bez tak rozumianego dialogu, porozumienia i współpracy nie ma społeczeństwa a jest tylko wojna.

Rola lidera w państwie 

W przestrzeni państwowej społeczeństwa dobrze rozwinięte cywilizacyjnie posiadają wielu takich liderów poziomu co najmniej pierwszego. Tacy ludzie są w dużej mierze impregnowani na partyjną propagandę i potrafią dostrzec nieprawidłowości także w stronnictwie, które sami popierają. To sprawia, że politycy podlegają społecznej kontroli. Najbardziej wartościowa i efektywna kontrola społeczna płynie z obozu popierającego daną partię.

Społeczeństwa pozbawione liderów, szukają jasnych kwantyfikatorów prawdy/fałszu, przyjaciela/wroga co jest skwapliwie wykorzystywane przez politycznych wodzów. Polityczny wódz nie jest przywódcą, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że dzieląc lub wykorzystując podziały społeczne powoduje nieuchronne i duże straty dla całego państwa ale też regionu, organizacji itd.  Ich interes partykularny jest także często bardzo doraźny i dla nich samych często sytuacja staje się dramatem. Wojna wzmacnia radykalizmy a te postrzegają interes bardzo specyficznie zawężając go do najbardziej lojalnych bliskich współpracowników. Prędzej czy później w tak wąskim i radykalnym środowisku ostrze konfliktu kieruje się w stronę wodza lub jego środowisko. Takie społeczeństwa bez liderów dając się łatwo podzielić na plemiona toczą nieustanną walkę. Nie może nie być wroga. Jeśli nie ma go realnego to szybko się go tworzy za pomocą propagandy. Najlepiej w jakiejś grupie słabszej, aby łatwo zaakcentować dominację. Potrzeba też wrogów permanentnych i potężnych aby stan mobilizacji był nieustanny. To nie daje poczucia bezpieczeństwa (wszechobecne spiski i podstępy) ale daje poczucie siły i dumy oraz misji związanej z “heroicznym” zwalczaniem potężnych sił wrogich.

Wnioski

Jim Collins zauważa, że liderem nie musi być postać z pierwszych stron gazet,czy znana z mediów. Takie dobrze znane osoby to często celebryci sprawnie posługujący się PRem, a nie realni liderzy, choć wśród nich także liderzy mogą się pojawiać. Liderem może też być każdy kto jest otwarty na naukę oraz na rozmowę. Lider zawsze się uczy, ale i też zawsze rozmawia. Nie zamyka się przed innymi opiniami a wręcz przeciwnie, zawsze szuka w nich sensu, którego sam nie rozumie i zastanawia się dlaczego inaczej postrzega rzeczywistość. Natomiast wódz w tym miejscu po prostu mówi o spisku, złej woli lub przekupstwie. Oczywiście ludzie kierują się różnymi motywami ale bez rozmowy nie dowiemy się tego, a więc zamykanie możliwości dialogu – nawet niewygodnego świadczy o braku kompetencji lidera, a co za tym idzie braku kompetencji do działania politycznego. Wszyscy powinniśmy odrzucać proste rozwiązania podzielone na czarno-białe strony konfliktu, podsuwane przez politycznych wodzów i szukać tych polityków, którzy widzą szarą przestrzeń pomiędzy nimi i potrafią dyskutować.

Dobrem więc będzie tylko dobro wspólne. Szukanie win-win ma wielki sens także dla silniejszego. Win-lose zwykle w perspektywie strategicznej zmienia się w lose-lose. Oczywiście od każdej zasady można znaleźć wyjątki, ale zawsze warto postarać się odrzucić propagandę, a poznamy ją po tym że zwykle mówi, iż “inni”muszą przegrać by “nasi” mogli wygrać. Arystoteles określał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A więc win-win.

[1]     Charter of the United Nations, Principles, art. 1, pkt. 1, 1945.