StratLider nr 3/2018

Przedstawiam Wam już trzeci numer pisma StratLider!

StratLider nr 3_2018

Nowy obraz

Wewnątrz znajdziecie ujęcia i interpretacje kwestii przywództwa i strategii, w zupełnie różnych dziedzinach! Od poezji, filozofii i kosmosu po sport. Zachęcam do ściagania i czytania!

W numerze:

  • Wielki atraktor i atraktory w życiu,
  • Szansa reprezentacji na mundialu,
  • Szczyt geopolityczny Trump-Kim
  • Robert Lewandowski jako autorytet w blaskach i cieniach,
  • Szwecja i tamtejszy kryzys imigracyjny,
  • Syria i Proxy War
  • Francja za prezydentury Macrona
  • Sławek Ambroziak dołącza do StratLider,
  • Spotkanie z prof. Zimbardo,
  • Klub Obywatelski,
  • Atraktor w teorii i praktyce,
  • Wnętrze przywódcy,
  • Poezja, Film, Książka, Piosenka,
  • Sport: F1, Piłka, NHL.
Reklamy

Nie da się przebić szklanego sufitu? Jeszcze!

Kwestie dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, czynników sukcesu i porażki są podejmowane przez filozofów od wieków. Ostatnio jednak problem ten staje się domeną także innych uczonych, a przede wszystkim okazuje się kwestią interdyscyplinarną. Nowe możliwości badawcze pozwalają na wyciągnięcie bardzo interesujących wniosków, które powinny zmieniać nasze zachowanie, dbałość o rozwój oraz budowanie interakcji z otoczeniem, a w konsekwencji nowych i znacznie lepszych rozwiązań systemowych. 

Machiavelli pisał, że z natury jesteśmy raczej źli, a dopiero instytucje czynią nas dobrymi. Te instytucje jego zdaniem to Religia, Wojsko i Prawo. Uznawał więc, że różnie rozumiany system sprawia, że człowiek staje się dobry. Jednak słabym punktem tej tezy jest to, że system także tworzą ludzie. Oczywiście istotne jest dla kogo i o kim pisał Machiavelli, a wiedząc to, jasne staje się, dlaczego System (zarządzany przez „Księcia”) czyni dobrymi ludzi, którzy mu się podporządkowują.

Podobne przesłanie jest także fundamentem religii chrześcijańskiej według której rodzimy się z grzechem pierworodnym (z natury źli), a dopiero religia (chrzest) czyni nas dobrymi i zmazuje nasz grzech. Co więcej zaraz potem i tak znów stajemy się grzeszni, bowiem religia zakłada, że wszyscy tacy jesteśmy nieustannie. W trakcie nabożeństwa niezależnie czy ktoś zrobił coś złego czy nie, klęcząc i bijąc się w piersi powtarza trzykrotnie: „moja wina” a nawet „moja bardzo wielka wina”. Budowane ciągłe poczucie winy jest tym samym co kształtował Machiavelli w swoim „Księciu”. Czyli poczucie, że system jedynie może nas oczyścić w nagrodę za posłuszeństwo. Dlatego tak ważna jest (niezależnie wśród wierzących czy nie) wolność myśli, odpowiedni dystans, interpretacja, dociekanie przyczyn, a nie tylko skutków!

Religia ma jednakże swój duchowy wymiar (oprócz instytucjonalnego) i warto na to także spojrzeć z takiej perspektywy (pisałem o tym w tekście: Duchowość niejedno ma imię). Dla wielu jest ważnym fundamentem pozwalającym odnaleźć równowagę w życiu, niezależnie od naleciałości historycznych w Kościele, z którymi trudno się nie zgodzić.

Także Machiavelli miał sporo racji w swoim wywodzie, bowiem istotnie wiele czynników wpływa na to jak rozwija się nasze „wnętrze”. W marcowym numerze National Geographic (edycja polska), pojawił się świetny tekst opisujący zmiany w mózgu osób skłonnych do czynienia zła oraz ludzi empatycznych, altruistycznych. Okazuje się, że w rodzinach patologicznych rodzą się dzieci z mózgiem ukształtowanym tak, że „z natury” są bardziej skłonne do patologii. Część tych dzieci jednak zmienia swoje skłonności w trakcie życia, często osiągają sukces stając się autorytetami dla innych (o czym pisałem w dziale „Autorytet w blaskach i cieniach” w 2 numerze czasopisma StratLider).

W tekście w NG pojawia się określenie „społeczny mózg” i odniesienie do jego plastyczności. Tym samym dochodzimy do problematyki z pogranicza kilku (pozornie) zupełnie różnych dziedzin: psychologii, psychologii społecznej, socjologii a nawet kardiologii. W tym momencie uczeni, którzy sprzeciwiają się interdyscyplinarności tracą grunt pod nogami, bowiem badania nad mózgiem, a zatem zachowaniami człowieka (psychologia) oraz wpływem grupy/społeczeństwa na jednostkę (psychologia społeczna) pozwala wyciągać wnioski dotyczące całych grup społecznych (socjologia), a także okazuje się mieć bezpośredni związek z kardiologią (świetny tekst na ten temat Agnieszki Flis-Plewik w czwartym numerze „Szczęście – podaj dalej”). Powstaje więc kwestia psychodynamiki grup społecznych, która jest z pogranicza socjologii i psychologii społecznej (czym zajmuję się w swojej książce (mam nadzieję na wydanie jej do końca 2018), a jednocześnie plastyczność odpowiednich sekcji mózgu może poprawiać nasze zdrowie fizyczne lub powodować poważne zaburzenia i w efekcie przedwczesną śmierć.

To co sprawia, że jednostki są w stanie zmieniać swoje nastawienie rozwojowe, a co za tym idzie całe społeczeństwa mogą ewoluować, nawet po traumatycznych przeżyciach i stagnacji rozwojowej, nazywa się neuroplastycznością. Odkryta dopiero początkach XX wieku, a potwierdzona ledwie kilka dekad temu neuroplastyczność powinna stać się obiektem refleksji całych społeczeństw i to niezależnie od kultury, religii, strefy klimatycznej itd. Neuroplastyczność dotyczy bowiem człowieka jako takiego, a nie jakiejś grupy. O fenomenie neuroplastyczności pisałem już na blogu dwukrotnie (Duchowość niejedno ma imię, Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości) a także miałem możliwość dyskutować o tym z prof. Zimbardo z którym prowadziłem (jako asystent) wykład na studiach doktoranckich, obejmujący tą problematykę.

Odkrycie neuroplastyczności powinno stać się nowym „kołem zamachowym” dla wielu dziedzin życia. Czynniki systemowe mogą kształtować szczęśliwe społeczeństwa (przykładem, choć nieco kontrowersyjnym może być książka „Duński przepis na szczęście”). Uświadomienie sobie potencjału neuroplastyczności, powinno dawać „zastrzyk adrenaliny” osobom, które straciły wiarę w swoje możliwości. To czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy osiągamy sukces i szczęście, czy starzejemy się w poczuciu klęski i nieszczęścia, zależy w bardzo dużej mierze od nas samych. Oczywiście nie ma sensu negować czynników obiektywnych, które w sposób niejako mechaniczny ograniczają nasze możliwości, jednak jak uczy przykład Jamesa Stockdale’a (którego paradoks opisałem na przykładzie Roberta Kubicy „Robert Kubica jako pozytywny wojownik”) nawet w najtrudniejszych warunkach można pracować z sukcesem nad swoim nastawieniem. O tym pisałem też w trzecim numerze „Szczęście – podaj dalej w tekście pt. „Szczęście: gdzie (kiedy) go szukać?” 

A zatem nawet jeśli uznamy, że czegoś nie potrafimy, że jest jakiś „szklany sufit”, którego nie damy rady nigdy przebić, to zawsze dodajmy sobie krótkie słówko: „jeszcze” („yet” – wzorem Carrol Dweck, która proponuje zawsze dodawać to słowo myśląc o rzeczach pozornie niewykonalnych). Dzięki temu w swojej głowie nie zamykamy sobie odpowiednich „furtek” do których możemy odnaleźć klucz w przyszłości. To zaś pozwala na to aby nie przegapić kolejnych okazji, których zawsze dostarcza życie.

Znaczenie neuroplastyczności dla duchowości

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Badania nad neuroplastycznością sięgają  połowy XX wieku, ale na dowody na plastyczność mózgu trzeba było poczekać aż do lat siedemdziesiątych tego samego stulecia. Co zupełnie niesamowite, jedne z najważniejszych badań nad neuroplastycznością przeprowadzono z wykorzystaniem technik medytacyjnych. Do tego celu przebadano mnichów tybetańskich, w co zaangażował się sam Dalai Lama.  Badania dowiodły tego, że mózg nie tylko może się rozwijać, ale też naprawiać i rekompensować straty zmysłów a nawet kończyn.

Neuroplastyczność

Jak działa to coś co nazywamy neuroplastycznością? Otóż asystując w wykładzie Profesora Philipa Zimbardo dla studentów studiów doktoranckich we WSIiZ w Rzeszowie, miałem okazję uczestniczyć w wyjaśnianiu tego fenomenu. Profesor  ilustrował plastyczność mózgu za pomocą planu miasta. Idąc tym tropem, przedstawię moją interpretację tego przykładu. Przyjrzyjmy się poniższemu planowi śródmieścia pewnego dużego miasta leżącego „nad morzem ;-)” w najdalej na północny-zachód położonym skrawku Polski.

Slajd4

Przemierzając rutynowo trasę od Bramy Królewskiej, aż pod adres 5 lipca 2, mieszkania 4 (adres przypadkowy?), znajdujemy się w samym centrum miasta. Wyobraźmy sobie, że to trasa naszej codziennej wędrówki do i z pracy, z której nigdy nie zbaczamy. Z czasem zapominamy co dzieje się w innych częściach miasta i jak w ogóle wyglądają. Nasza wiedza nadal jest stosunkowo bogata bo znamy centrum jednego z najpiękniejszych miast w Polsce (imho najpiękniejszego 🙂 ), niemniej jednak moglibyśmy dowiedzieć się znacznie więcej, ale tego nie robimy. Gdyby przełamać ten schemat łatwiej byłoby nam dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach na naszej trasie codziennego marszu, więcej też istotnych informacji budujących nasz obraz miasta i świata moglibyśmy zyskać. Co więcej chodząc wciąż tą samą drogą, narażamy się manipulacje, bowiem ktoś kto nasz zwyczaj zna będzie mógł na nas łatwo wpływać.

Slajd5

Teraz wyobraźmy sobie, że na naszej drodze pewnego dnia pojawia się blokada… hmm… dajmy na to jakiś ważny transport (powiedzmy że to 6 grudnia) ma się tędy przemieszczać dlatego zablokowany został Plac Rodła na cały dzień. Ta blokada powoduje, że musimy zejść z „utartej” ścieżki i siłą rzeczy wytyczyć nowe trasy marszu.

Budujemy nowe połączenia, uruchamiamy poznanie nowych rejonów miasta. Dowiadujemy się np., że w Szczecinie znajduje się pomnik Maciusia I, napotykamy Szkołę Szczęścia mojej wspaniałej znajomej Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, a także Dom Kultury 13 muz, (swoją drogą to ciekawy „zbieg okoliczności” bo na podobny temat będę 14 grudnia br mówił w tymże Domu Muz w czasie promocji nowej niesamowitej książki Doroty). Natrafiamy też na Uniwersytet Szczeciński, gdzie możemy wziąć udział w konferencji bądź jakimś wykładzie otwartym oraz piękny obiekt Filharmonii Szczecińskiej…

To właśnie ilustracja neuroplastyczności – lub plastyczności mózgu. Podobnie jak nasza zmiana trasy (z uwagi na ważny transport 6 grudnia) tak samo mózg radzi sobie z blokadami. Mózg buduje NOWE POŁĄCZENIA! Budowa nowych połączeń nie musi wynikać z blokady. Wspomniany przykład badań nad medytacjami świadczy o tym, że jesteśmy w stanie sami trenować mózg, rozwijać jego możliwości. Metod na to jest wiele i nie ma potwierdzonych danych na dowód, że któraś z nich jest zdecydowanie lepsza od innych.

Drogi do duchowości

Do zatem nazywamy medytacjami? Istnieją różne formy medytacji. Chodzi w nich jednak zawsze o przywrócenie równowagi organizmu, zatrzymania i zmarginalizowania emocji w czym pomaga koncentracja na jakimś przedmiocie lub na własnym oddechu. W przypadku zaawansowanych medytacji pojawia się poczucie transcendencji, a więc spojrzenia na siebie, swoje życie, otoczenie niejako z zewnątrz, inni mają wrażenie rozmowy z istotą, która wyjaśnia kwestie sprawiające trudność. Trudno naukowo stwierdzić, czy faktycznie doradza im owa Istota czy znajdują odpowiedzi w głębi siebie. Naukowo za to stwierdzono, że jakkolwiek przebiega sam proces medytacji, umożliwia fizyczne zwiększanie własnych możliwości.

Teraz małe wytłumaczenie. W poprzednim tekście nt. „Duchowość w budowaniu siły wewnętrznej”, niepotrzebnie użyłem stwierdzenia: „niejeden ateista wierzy   w „Boga” bardziej niż katolik, który porzucił duchowość”. Zdanie to część czytelników potraktowała jako w jakimś sensie przekonywanie ateistów do tego, że „wierzą w Boga”. Taka sytuacja to wynik mojego braku precyzji. Chodziło mi o to, że faktycznym czynnikiem budującym siłę wewnętrzną jest duchowość,  a ta wynika albo z wiary, albo z medytacji, jogi i innych… Zatem nie chodziło mi o „wciskanie” ateistom wiary, ale o zwrócenie uwagi na w istocie zbieżny dla wszystkich (niemal) sens duchowości polegający na szukaniu szczęścia, miłości i dobra. Droga do tego stanu duchowości może wieść przez kościół, w którym wierny faktycznie się modli, a nie „klepie modlitwy”, przez medytacje czy jogę którym się oddajemy, a nie „chodzimy” dla mody.

Idąc dalej, duchowość odnajdziemy także słuchając muzyki poważnej, czy przeżywając uniesienie spotkania ze swoim intelektualnym idolem/mentorem (to daje wielką siłę i przekonanie o własnych możliwościach). Przeżył to mój dobry znajomy Krzysztof Wysocki spotykając Davida Allena, Michał Szafrański spotykając niedawno Pata Flynna. Już same wpisy na twitterze tych dwóch polskich blogerów i ekspertów, świadczą jak istotne to dla nich było przeżycie. Ja miałem taki moment gdy w Stanford i San Francisco spotykałem się na długie rozmowy z generałem USMC Jimem Mattisem i prof. Philipem Zimbardo. Po tych spotkaniach zupełnie inaczej spojrzałem na własną pracę naukową, powziąłem nowe postanowienia także w życiu prywatnym, nabrałem zupełnie nowego dystansu do otaczającego świata.

Dla wielu uczonych obcowanie z literaturą ma charakter duchowy. Czytanie dzieł Arystotelesa daje podobne efekty do opisanych wyżej medytacji. Niekonwencjonalnym sposobem na relaks i inne spojrzenie na świat daje astronomia. Pełna koncentracja na poszukiwaniu upragnionej komety czy zachwyt nad znalezioną mgławicą, czy pierścieniami Saturna dają poczucie dystansu do otaczającego nas świata codziennych trosk i problemów.

Możliwości mózgu zwiększają także formy aktywności fizycznej, takiej która wymaga koncentracji i nauki nowych funkcji.  Aktywność fizyczna jest w tym sensie pozyteczna, jeśli jest czymś co sprawia nam satysfakcję, pozwala także na swobodny dryf myśli. Zatem istotne jest jakiego to rodzaju aktywność fizyczna. Najlepszą będzie ta wynikająca z naszych pasji.

Reasumując jest wiele dróg do duchowości, ta z kolei umożliwia rozwój mózgu, dzięki czemu nie tylko  się odprężamy, ale fizycznie zwiększamy swoje możliwości. Zupełnie nie ma sensu wobec tego, licytowanie się, kto robi coś bardziej czy mniej sensownego. Wierny „rozmawiający z Bogiem” może przeżywać stan transcendentalnego uniesienia zbliżony do zaawansowanych medytacji. Młody karateka medytujący przed treningiem lepiej odnajdzie swoje możliwości, ale i  Sztuki Walki staną się jego drogą życiową. Meloman odnajdzie swoje możliwości w innych obszarach regularnie słuchając opery. Wreszcie poeta lub/i miłośnik poezji, ćwiczący z pasją karate, będzie potrafił odnajdywać właściwe drogi dla siebie pracując np. w Politechnice (zbieżność z osobami które znam zupełnie przypadkowa ;-)).

Od chaosu do fraktali poprzez duchowość

fractal-1764082_960_720Odkrycie fenomenu neuroplastyczności powinno dodatkowo zmotywować nas do poszukiwania własnej drogi do duchowości. Lepsze zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, pozwala inaczej postrzegać chaos w jakim żyjemy. Zamiast zupełnego nieporządku, powodującego brak stabilizacji, poczucie zagrożenia, co z kolei wywołuje strach i/lub agresję, widzimy chaos zmierzający do swoich (różnego rodzaju) atraktorów, układający się w pewne schematy nazywane w nauce fraktalami. Fraktale to nadal chaos, ale już nie powodujący przerażenia, bo rozumiemy schemat w jakim się zamyka. Poznanie Szczecina nie spowoduje, że będziemy kontrolowali wszystko co się w nim dzieje, ale da nam poczucie zrozumienia toczących się w nim procesów, znajomości wydarzeń. Dzięki temu nie tylko poczujemy się bezpieczniej, ale też znajdziemy szereg bodźców, okazji, szans na rozwój. Inaczej mówiąc zupełny chaos zmieni się w szereg fraktali dzięki atraktorom, które w Szczecinie odnajdziemy.

Prezentacja krótka

 To właśnie spojrzenie wynikające z różnego rodzaju duchowości, umożliwia takie postrzeganie chaosu, a zatem mimo, że nadal nie wiemy (wszystkiego) to dzięki temu wiemy czego nie wiemy, a to pozwala na osiągnięcie spokoju wewnętrznego, co z kolei znów pomaga w pogłębianiu własnej duchowości.

Zakończenie

Neuroplastyczność to nie całkiem to samo co uczenie się. Nie chodzi o magazynowanie większej ilości danych, ale o fizyczny rozwój mózgu, dzięki czemu zwiększamy swoje możliwości, swój potencjał, swoją szansę na sukces. Zatem medytacja (w różnych postaciach) pozwala nie tylko na uspokojenie organizmu, ale także umożliwia lepsze i pełniejsze poznanie natury rzeczy dzięki fizycznemu rozwojowi mózgu człowieka. Stan duchowości nazywany jest wyższym poziomem świadomości – w kontekście neuroplastyczności stwierdzenie to nabiera nowego znaczenia. Wyższy stan świadomości wynika z większych możliwości mózgu.

Do Blog

Sukces w karierze: pokora jako cecha podstawowa przywódcy

Na pierwszy rzut oka pojęcia “pokora” i “przywództwo” wydają się sprzeczne. Mocno sceptycznie reagują kursanci, studenci, którym zaczynam mówić o pokorze jako cesze liderów najwyższego poziomu. Niemniej jednak wewnętrzną pokorę lidera należy odróżnić od bycia pokornym w popularnym znaczeniu tego słowa.

Pokora wewnętrzna skłania nas do słuchania i słyszenia argumentów innych. Pozwala też wykorzystać te argumenty do zrozumienia innych punktów widzenia co zmniejsza poziom agresji wobec osób o innej perspektywie postrzegania rzeczywistości.

Pokora pomaga też przyjąć krytykę. Nawet jeśli wewnętrznie się burzymy, musimy zaciskać zęby przy słuchaniu krytycznych słów wobec naszej pracy, postawy czy zachowań, to być może po upływie pewnego czasu okaże się, że gdy na spokojnie rozważymy ponownie argumenty tej krytyki, znajdziemy w niej elementy zasadne, albo ustalimy przyczyny krytyki bezpodstawnej.

Może zidentyfikujemy obie te strony, np. w sytuacji gdy krytyka jest oparta na zasadnych podstawach, ale jest przesadnie eksponowana odbierając nam motywację do dalszej pracy. Każdy z tych wariantów daje nam ważne informacje o nas, o rozmówcy, o naszej pracy itd. Pokora nie oznacza więc uległości.

To, że przyjmujemy krytykę, nie oznacza, że musimy wszystkie jej argumenty traktować jednakowo, ulegając sugestiom krytykujących. Wręcz przeciwnie, przywódca powinien być pewny swojego kierunku, ale też powinien zachowywać elastyczność po to, by  mieć oczy otwarte na wszelkie czynniki, które jeszcze poprawią uwarunkowania dla odniesienia sukcesu.

Pokora sprawia, że z większym szacunkiem traktujemy ludzi, w myśl zasady ze “starego chińskiego powiedzenia”: “Jak idziesz w górę to się wszystkim kłaniaj, bo może będziesz wracał tą samą drogą.” Wielu ludzi, którzy odnieśli sukces, ma poczucie swojej wielkiej unikalności, która ma zapewnić pozostawanie w tym “stanie sukcesu” na zawsze, niezależnie od okoliczności. To właśnie jest już ważny zwiastun rychłej porażki.

A więc przeciwieństwem wewnętrznej pokory jawi się arogancja. Arogancja każe palić mosty, po których wspięło się na szczyt bo przynosi ujmę to, że się było niżej. Nie rozmawia się z ludźmi którzy pomogli (w różny sposób) w awansie lub rozmawia się z nimi w sposób arogancki.

Prowadząc zajęcia w ramach Projektu Bohaterskiej Wyobraźni z nauczycielami w szkołach podstawowych, słyszałem przykre historie o uczniach wywodzących się z małej miejscowości, którzy szybko osiągnęli sukces. Odwiedzając z różnych powodów swoją rodzinną miejscowość, gdy taki młody człowiek spotyka nauczycielkę sprzed lat odwraca głowę, żeby się nie przywitać, bądź okazuje wyższość na przykład popisując się swoim pięknym samochodem, podczas gdy ta nauczycielka jeździ wciąż tym samym starym cinquecento jakim jeździła gdy był jej uczniem. Co więcej ta nauczycielka nie jest zazdrosna o ten sukces, nie chce żeby on jakoś się dzielił swoim statusem. Przykrość sprawia jej to, że ten młody człowiek wstydzi się swojej szkoły, nauczycieli.

Arogancja dla wielu osób wydaje się właśnie czynnikiem niezbędnym do szybkiego awansu. Filozofia “po trupach do celu” święci triumfy.

Nie żyjemy w bajce i nie chcę przekonywać, że dobro zawsze popłaca, a zło z pewnością przyniesie zgubę temu kto je czyni, bo to nie tylko infantylne, ale i nieprawdziwe. Faktycznie wielu ludzi zachowujących tę pokorę sukcesu nie osiągnie, a także wielu aroganckich “cwaniaków” swój cel osiągnie. Zdarzenia można podawać różne i na jednostkowych przykładach niczego się nie udowodni.

Jednak uważam, że pójście za radą tak wielkich autorytetów jak Jim Collins, Kevin Murray, Jacek Santorski, Philip Zimbardo, nie wspominając o chińskich mędrcach 😉 i zachowanie w sobie pokory, otwiera znacznie większe możliwości, niż arogancja. Ta druga, zawężając krąg towarzyski człowieka sukcesu tylko do tych, którzy w danym momencie odgrywają ważną rolę w ścieżce kariery, generuje poważne ryzyko w razie zmiany sytuacji. 

Znam co najmniej kilka przykładów osób, które ze skruchą przyznają się do tego, że w swoim czasie byli takimi właśnie ludźmi pozbawionymi zasad i nie potrafili zachować pokory. Spalili za dużo mostów brnąc w skrajną arogancję, ponieważ mieli “patrona”, który zdawał im się niezniszczalny. Potem okazywało się, że bardzo żałowali tego, że w drodze do sukcesu i samym momencie gdy osiągnęli „szczyt” nie zbudowali sobie dobrych relacji z ludźmi, którzy ich jeszcze wtedy szanowali, wierzyli w nich. Być może wracając w dół mieliby zbudowaną przystań gdzieś po drodze i nie musieliby spadać na samo dno. Może nawet budując na zaufaniu i poszanowaniu sieć partnerów nie musieliby wcale spadać z “piedestału”.

Pewność siebie przy zachowaniu pokory wewnętrznej to budowanie znacznie szerszych fundamentów sukcesu, choć wymaga bardziej stoickiej postawy w jego osiąganiu. Arogant to cynik, który robi szybki skok w górę, ale z tym większym hukiem potem spada w dół.

Przykładem takiego przywódcy zachowującego pokorę pomimo piastowania najważniejszych stanowisk jest Jim Mattis, o którym pisałem już wielokrotnie, ale zawsze robi to na mnie ważnie. Jego zdjęciem także zilustrowałem ten tekst.

Jim Mattis w rozmowie prywatnej

Do Blog

Dobro wspólne: czy się opłaca?

image_gallery

Współpraca vs interes własny

Jednym z najczęściej podejmowanych problemów jakimi zajmuje się filozofia, jest pytanie o sens życia. W tym rozważaniu bardzo istotne miejsce zajmują pojęcia dobra i zła. To, co służy realizacji celu jednego człowieka, może komuś innemu uniemożliwiać realizację jego zamierzeń. Biorąc pod uwagę mechanizmy rządzące światem, warto zadać pytanie, czy zasadnym jest w ogóle rozpatrywanie kwestii dobra i zła?

Może znaczenie ma tylko to, ile zyskam i czy będę w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo i rozwój, nie bacząc na los „innych”. Czy „ja” w tym znaczeniu to jednostka, rodzina (klan), naród, czy grupa wyznaniowa, nie ma zasadniczego znaczenia. Chodzi o postrzeganie dobra jako „mojej” korzyści, albo jako dobra ogółu. Niestety zdecydowanie częściej w świecie dominują postawy nastawione na interes partykularny. Już sofiści w starożytnej Grecji uczyli, jak manipulować przekazem społecznym, aby wydawało się, że naszym celem jest dobro ogółu, podczas gdy prawdziwy cel pozostawał nieprzenikniony. Dopiero w razie uzyskania poparcia społecznego i np. objęcia jakiegoś ważnego stanowiska okazywało się do czego w istocie taka osoba zmierza.

Z jednej więc strony w nauce przewija się motyw wspólnego dobra, ale w praktyce politycznej, jest on zwykle pomijany. Szczególnie dzieje się tak na szczeblu międzynarodowym. Mimo więc, że posługujemy się wielorakimi teoriami dowodzącymi korzyści płynących z partnerskiej współpracy, to jednak w najważniejszych kręgach politycznych niepodzielnie króluje myśl Niccolo Machiavellego. Dlatego taka organizacja jak ONZ jest nieefektywna w realizacji swojego pierwotnego i fundamentalnego celu, jakim jest „zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego[1].

Powstało wiele opracowań, koncepcji religijnych, czy zasad etycznych związanych z humanitarnym postrzeganiem świata i mówiących, że trzeba być po prostu dobrym dla drugiego człowieka nie dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że to jest właściwe. Całe systemy religijne zostały uporządkowane tak, aby nie krzywdzić w ogóle lub tylko w akcie obrony przed agresją. Systemy etyczne i prawne mają przecież ten sam cel w założeniu. A jednak znajdujemy tysiące furtek, które pozwalają nam na uzasadnienie agresji i czynienie zła.

Liderzy

Dlatego tak ważna jest rola liderów (nie wodzów), którzy rozumieją szerszy kontekst – widzą kilka kroków dalej. Innymi słowy potrafią posługiwać się strategią, a nie tylko taktyką. Nauka nie jest więc w błędzie dowodząc, że współpraca jest lepsza niż walka o interes partykularny, ale aby to zrozumieć i zastosować, potrzeba ludzi kompetentnych w dziedzinie leadership. Jim Collins wyszczególnia pięć poziomów leadership. Od dołu są to cztery w pewnym sensie tradycyjne ujęcia tej kwestii:

  1. Naturalny przywódca stanowiący przykład dla własnego otoczenia.
  2. Lider niewielkiego zespołu.
  3. Sprawny manager w organizacji.
  4. Lider przełamujący schematy i wyznaczający nowe.

Poziom piąty leadership to lider, który ma wszystko to co na poziomie czwartym, ale też potrafi budować struktury, zespoły zadaniowe, motywować i budować współpracę zarówno wewnątrz jak i z partnerami. Taki lider potrafi przenieść przedsiębiorstwo na zupełnie inny poziom funkcjonowania. Niezbędnym fundamentem takiego przywództwa jest zbudowanie zespołu złożonego z liderów trzech pierwszych poziomów, a więc ludzi potrafiących samodzielnie działać zgodnie z dyscypliną strategiczną wprowadzaną przez przywódcę. Fundamentem jest jednak swoboda działania (operacujna) pozostawiana członkom zespołu i wzajemne zaufanie.

Bardzo istotne jest tu poczynienie jednego zastrzeżenia wynikającego z moich rozmów w portalach społecznościowych gdzie często mylnie rozumie się współpracę lub porozumienie a nawet dialog. Współpraca nie oznacza zawsze pełnej zgody, całkowitej akceptacji, porozumienie nie oznacza jednomyślności a dialog nie oznacza że trzeba sobie jedynie przytakiwać. Czasem potrzeba nawet trudnych kompromisów. Jednak wytworzenie atmosfery zaufania (choć względnego) pozwoli później przekuć kompromis w win-win. Bez tak rozumianego dialogu, porozumienia i współpracy nie ma społeczeństwa a jest tylko wojna.

Rola lidera w państwie 

W przestrzeni państwowej społeczeństwa dobrze rozwinięte cywilizacyjnie posiadają wielu takich liderów poziomu co najmniej pierwszego. Tacy ludzie są w dużej mierze impregnowani na partyjną propagandę i potrafią dostrzec nieprawidłowości także w stronnictwie, które sami popierają. To sprawia, że politycy podlegają społecznej kontroli. Najbardziej wartościowa i efektywna kontrola społeczna płynie z obozu popierającego daną partię.

Społeczeństwa pozbawione liderów, szukają jasnych kwantyfikatorów prawdy/fałszu, przyjaciela/wroga co jest skwapliwie wykorzystywane przez politycznych wodzów (nie liderów). Polityczny wódz nie jest przywódcą, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że dzieląc lub wykorzystując podziały społeczne powoduje nieuchronne i duże straty dla całego państwa ale też regionu, organizacji itd.  Ich interes partykularny jest także często bardzo doraźny i dla nich samych sytuacja może obrócić się w niekorzystnie. Wojna wzmacnia radykalizmy, ludzie radykalni postrzegają interes bardzo specyficznie, zawężając go do najbardziej lojalnych bliskich współpracowników. Prędzej czy później w tak wąskim i radykalnym środowisku ostrze konfliktu kieruje się w stronę wodza lub jego środowiskoa. Takie społeczeństwa bez liderów dając się łatwo podzielić na plemiona toczą nieustanną walkę. Nie może nie być wroga. Jeśli nie ma go realnego to szybko się go tworzy za pomocą propagandy. Najlepiej w jakiejś grupie słabszej, aby łatwo zaakcentować dominację. Potrzeba też wrogów permanentnych i potężnych, aby stan mobilizacji był nieustanny. To nie daje poczucia bezpieczeństwa (wszechobecne wyimaginowane spiski i podstępy), ale daje poczucie siły i dumy oraz misji związanej z „heroicznym” zwalczaniem potężnych sił wrogich.

Wnioski

Jim Collins zauważa, że liderem nie musi być postać z pierwszych stron gazet, czy znana z mediów. Takie dobrze znane osoby to często celebryci sprawnie posługujący się PRem, a nie realni liderzy, choć wśród nich także liderzy mogą się pojawiać. Liderem może też być każdy kto jest otwarty na naukę oraz na rozmowę. Lider zawsze się uczy, ale i też zawsze rozmawia. Nie zamyka się przed innymi opiniami a wręcz przeciwnie, zawsze szuka w nich sensu, którego sam nie rozumie i zastanawia się dlaczego inaczej postrzega rzeczywistość (co nie oznacza konieczności katowania się dyskusjami z ludźmi zamkniętymi na dialog, a nastawionymi jedynie na przekaz partyjnej propagandy). Natomiast wódz w tym miejscu po prostu mówi o spisku, złej woli lub przekupstwie. Oczywiście ludzie kierują się różnymi motywami, ale bez rozmowy nie dowiemy się tego, a więc zamykanie możliwości dialogu – nawet niewygodnego świadczy o braku kompetencji lidera, a co za tym idzie braku kompetencji do działania politycznego. Wszyscy powinniśmy odrzucać proste rozwiązania podzielone na czarno-białe strony konfliktu, podsuwane przez politycznych wodzów i szukać tych polityków, którzy widzą szarą przestrzeń pomiędzy nimi i potrafią dyskutować.

Dobrem właściwym więc będzie tylko dobro wspólne. Szukanie win-win ma wielki sens także dla silniejszego. Win-lose zwykle w perspektywie strategicznej zmienia się w lose-lose. Oczywiście od każdej zasady można znaleźć wyjątki, ale zawsze warto postarać się odrzucić partyjną propagandę. Poznamy ją po tym, że zwykle mówi, iż „inni” muszą przegrać by „nasi” mogli wygrać. Arystoteles określał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A więc win-win. Wszyscy wygrywają gdy rządzą najlepsi, a my – Społeczeństwo Obywatelskie – takich najlepszych powinniśmy wybierać .

[1]     Charter of the United Nations, Principles, art. 1, pkt. 1, 1945.