I po Mattisie. Zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony USA

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Jak ważna jest zmiana na stanowisku Sekretarza Obrony? Jakie ma to znaczenie dla Polski, a jakie dla ładu światowego? Co spowodowało rezygnację gen Mattisa? W jakim kierunku zmierza administracja Trumpa? To pytania ważne fundamentalnie nie tylko dla Prezydenta i Premiera RP, ale także dla mieszkańca Stuposian w Podkarpackiem. 

Niemal dwa lata temu pisałem na #StratLider o nominacji gen Jamesa Mattisa na stanowisko Sekretarza Obrony USA, przedstawiłem jego sylwetkę w tekście, a także pisałem o tym dla „Polska the Times”, mówiłem w TV i Radiu. To był ważny moment dla świata i dla Polski. W Wiadomościach TVP moja wypowiedź na ten temat została zatytułowana: „Wściekły pies na czele Pentagonu” opatrzona paskiem o treści, która sugerowała, że nominacja gen Mattisa to dobra wiadomość dla Polski. To była prawda.

Moja praca naukowa koncentruje się na działaniach Sił koalicji w Iraku, piszę o strategii i przywództwie, jakie USA tam zaprezentowały i problem ten jest znacznie bardziej złożony niż się to najczęściej przedstawia (książka już prawie ukończona). W ramach tych badań uczestniczyłem w stypendium naukowym w Hoover Institution, które jest częścią Uniwersytetu Stanforda, gdzie poznałem gen Mattisa, jeszce przed nominacją do administracji prezydenta Trumpa. Wskutek powyższych przyczyn śledziłem bardzo uważnie poczynania administracji USA i szczególnie działania gen Mattisa, jako Sekretarza Obrony, gospodarza potężnego „państwa w państwie”, jakim jest Pentagon.

Aktywność Sekretarza Obrony

Te niespełna dwa lata gen Mattis spędził niezwykle aktywnie, niemal zawsze był w jakiejś podróży, a to do Azji wschodniej, na Bliski Wschód, Europy, itd. Nie wypowiadał się zbyt często dla mediów, choć także nie unikał kontaktu, gdy było trzeba. Ja w tym czasie miałem z nim sporadyczny kontakt mailowy i choć były to krótkie wiadomości, to jednak także dawały mi pewne pojęcie o jego postawie. Z tych wszystkich powodów wydaje mi się, że w dniu ogłoszenia rezygnacji gen Mattisa z funkcji Sekretarza Obrony, (gdy piszę te słowa, w USA jest wciąż ten sam dzień) należy przedstawić kilka wniosków.

Generał, Mattis przez ostatnie dwa lata był ogromnie aktywny. Kiedyś napisałem do niego, że gdy obserwuję jego aktywność mam wrażenie, że z dwóch frontów, na których się prowadzi działania (wewnętrzny i zewnętrzny wg koncepcji Józefa Piłsudskiego), to ten wewnętrzny zdaje się trudniejszy. W odpowiedzi wcale nie spodziewałem się narzekania, wszystko, co wiem o Generale utwierdza mnie zawsze w przekonaniu jak wielki to patriota, jak niezłomne zasady wyznaje. Odpowiedział, że „All’s well on the Potomac front, no problem” (wszystko dobrze na froncie Potomak, nie ma problemu).

Tarcia pomiędzy SecDef i POTUSem

Niemniej z każdym miesiącem nie tylko widać było coraz więcej tarć, ale też działania i wypowiedzi prezydenta nie zawsze korespondowały z wypowiedziami gen Mattisa. Można było odnieść wrażenie, że obaj panowie prowadzą własną politykę, co nie znaczy, że nie było koordynacji. Z moich obserwacji wyciągam wniosek, że gen Mattis nie zaprzeczając słowom i czynom prezydenta, starał się je wykorzystywać tak, by ich skutki nie zakłócały jego działań realizowanych zgodnie ze strategią, którą zresztą uzgodnił z prezydentem.

Dlatego też, gdy Trup mówił o UE jako wrogu, gdy podważał artykuł 5 traktatu NATO, gen Mattis zapewniał o współpracy i całkowitym poświęceniu USA dla sojuszników. Gdy Trump zdawał się mówić „America First – and only”, Matis zmieniał to w „America First – for world’s good”, Gdy Trump ogłaszał sukces rozmów z Kim Dzong Unem, twierdząc, że problem zbrojeń nuklearnych Korei Płn. jest rozwiązany, Mattis ostrzegał przed tym, jak złożone są relacje wewnętrzne w tym małym państwie. Gdy zaś Donald Trump wikłał się w rozmowy z Władimirem Putinem, po jednej z nich twierdząc, że lubi swój wywiad, ale ufa Putinowi w kwestii wpływu Rosji na wybory w USA, Mattis prezentował zawsze jednolite stanowisko wobec Rosji, polegające na tym by rozmawiać, ale jedynie w twardy sposób. Nigdy nie wykluczył też wpływu Kremla na wybór Trumpa.

Fort Trump

Pochlebstwa, które tak działały na Trumpa, nie robiły najmniejszego rażenia na Mattisie, a wręcz wzbudzały jego ostrożność. Gdy więc pojawił się temat „Fort Trump”, jak nietrudno się domyślić, Prezydent okazywał swoją satysfakcję z faktu, iż baza US w Polsce miałaby być tez jego pomnikiem, a gen Mattis, odpowiadał, że sprawdzimy, policzymy, pomówimy oraz, że nazwa nie jest tu najważniejsza. W dealu pt. „Fort Trump” administracji polskiej chodzi o przekonanie takim pochlebstwem i 2 mld dolarów, by baza była permanentna, podczas gdy Mattis przekonuje, że US odchodzą od takich rozwiązań, że bazy rotacyjne są znacznie bardziej korzystne dla sprawności wojsk US, które muszą się przenosić, co jakiś czas, ćwiczyć w różnych środowiskach, nabierać nowego doświadczenia, a także trenować przemieszczanie wojsk, rozbudowywać logistykę itd. Jednocześnie takie bazy mają identyczne oddziaływanie odstraszające wobec Rosji. Innymi słowy zdawał się sugerować, by nie wyrzucać ogromnych pieniędzy w błoto, a zamiast tego rozbudowywać własny potencjał zbrojny.

Rezygnacja Mattisa

Senator Nancy Pelosi zaraz po infromacji o rezygnacji gen Mattisa powiedziała dla ABCNews: „Yes, I am shaken by the resignation of Gen. Mattis, for what it means to our country, for the message it sends to our troops and for the indication of what his view is of the commander-in-chief.” Można zarzucić, że to demokratka, a oceniając po konflikcie w naszym kraju, to musi oznaczać, że rządzący i opozycja nie potrafią zgadzać się na żadnej kwestii, jednak w przypadku gen Mattisa, głosy krytyczne były bardzo sporadyczne zarówno wśród republikanów jak i demokratów. Oskarżać go mogli jedynie skrajni pacyfiści.

Gra pomiędzy Trumpem i Mattisem musiała jednak dobiec końca, bowiem ani prezydent nie mógł nie słyszeć rozdźwięku pomiędzy jego twittami i wypowiedziami Sekretarza Obrony, ani też Mattis nie był w stanie wszystkich, często bardzo chaotycznych działań Trumpa odpowiednio „zagospodarować”. Stopniowo tarcia były coraz większe, czego potwierdzeniem jest wpis na twitterze prezydenta sprzed kilku tygodni, o tym, jakoby Mattis miał być kimś jakby demokratą – „I think he’s sort of a Democrat, if you want to know the truth.”

Konsekwencje rezygnacji dla Polski

Tak jak rezygnacja Mattisa jest ważnym znakiem zarówno dla republikanów jak i demokratów, tak samo powinna być bardzo istotnym sygnałem do refleksji nad Wisłą, bowiem o ile nad Potomakiem mogą się obawiać kłopotów, które co najwyżej nieco obniżą PKB USA, czy osłabią relacje z Meksykiem i na Bliskim Wschodzie, o tyle pomiędzy Zachodem, a Rosją, mamy do stracenia znacznie więcej. Rosja z pewnością od miesięcy, a w zasadzei od trzech lat miała swoje warianty działania na tę okoliczność. Teraz gdy Mattis przestanie mieć jakikolwiek wpływ na Trumpa, Putin z pewnością będzie chciał przetestować nowy układ sił w USA.

Nie twierdzę, że to, co się stało jest jakąś katastrofą dla Polski, ale to, jak zmieni to naszą sytuację zależy od naszych polityków podejmujących kluczowe decyzje. Od ich doświadczenia i wiedzy o sprawach międzynarodowych, od ich umiejętności myślenia strategicznego, umiejętności negocjacyjnych, ale i koncyliacyjnych, od ich sprytu i mądrości zależeć będzie czy polskie bezpieczeństwo ucierpi, czy polska obronność pozostanie na niskim poziomie czy będziemy potrafili w tej nowej sytuacji się odnaleźć.

W tekście sprzed dwóch lat, pisałem, że ważne jest także by decydenci polscy, zamiast pochlebcami (otrzymującymi dotacje na własne media) otaczali się ekspertami i specjalistami znającymi różne płaszczyzny funkcjonowania administracji USA i potrafiącymi zachować bezstronny krytycyzm. W ten sposób budowanie relacji jest znacznie łatwiejsze, ale też trzeba się zmierzyć z krytyką, co nie każdy jest w stanie przełknąć. Tu jednak kwestie partyjne nie mogą być przeszkodą. Interes Polski wymaga myślenia ponadpartyjnego i to jest sprawa fundamentalna! Tak jest w USA w pewnej mierze, gdzie republikanie nie mają problemu z krytykowaniem własnej administracji, podobnie jak w czasach Obamy wielu demokratów otwarcie krytykowało tamtego prezydenta. Taka postawa jest prawdziwym patriotyzmem, bo zmusza prezydentów, ministrów, urzędników do najlepszej pracy, a nie rozleniwia, gdy „żelazny elektorat” i tak „nas” popiera niezależnie, co robimy.

Zakończenie

Zapewne teraz (niezależnie kto zastąpi Mattisa), prezydent będzie jeszcze bardziej podatny na pochlebstwa, ale wcale nie znaczy to, że tym sposobem doprowadzi się do dealu, który będzie korzystny dla partnera USA. Trzeba mieć stale na uwadze „podejście biznesowe” Donalda Trumpa. Stopniowa wymiana kluczowych osób administracji USA, poczynając od Rexa Tillersona (potem wpisy na twitterze prezydenta o „głupocie byłego Sekretarza Stanu), McMastera i teraz Mattisa każą zachowywać szczególną uwagę w relacjach z USA.

Konieczne jest też odbudowanie relacji z zachodnimi partnerami Polski tak, aby nasza pozycja negocjacyjna nie cierpiała na podejściu ukierunkowanym na jednego tylko partnera i to nieproporcjonalnie silniejszego. Trzeba pamiętać, że dla USA nigdy nie byliśmy i nie będziemy priorytetem, to nasza postawa i umiejętność „Gry na wielkiej szachownicy”, może zapewnić nam powodzenie i rozwój lub zepchnąć nas ponownie w poczet narodów bez własnego państwa…

Nowa rzeczywistość po zwycięstwie Trumpa

z19670178vdonald-trump-wygral-prawybory-w-nevadzieA więc wygrał Trump. I to miażdżącą większością co świadczy o tym jak mocny jest zwrot społeczny zrywający ze starym porządkiem i elitami… lub przynajmniej tak się społeczeństwu wydaje. Zwycięstwo Trumpa można oceniać przez pryzmat USA i relacji wewnętrznych, ale przecież jest to kontynuacja trendu zapoczątkowanego przez Orbana, zwycięstwo PiS w Polsce a następnie Brexit. A zatem dość łatwo wyrysować dalsze zmiany, które wydają się nieuchronne: Marie Le Pen we Francji ze swoim Ruchem Narodowym oraz AfD w Niemczech a w kolejce dalsze zmiany.

Co łączy wszystkie te zmiany? Hasło zrywania z dotychczasowym ładem, skorumpowanymi elitami, nowy ład, nowy porządek, zwane też czasem dobrą zmianą. Ale faktycznie pod tymi hasłami brzmiącymi interesująco, są kolejne, które są już bardziej kontrowersyjne. Jednak uwzględniając anatomię sukcesu takich czasopism jak Fakt czy The Sun wiemy, że to opakowanie wygrywa, to nagłówek decyduje i to hasło jedynie jest przyswajane. Na te treści, które są odrobinę głębiej wielu macha ręką „bo się nie znam”. Dlatego wielu zaklinało rzeczywistość twierdząc, że Trump nie mówił tego co mówił. Dochodziło do dziwnych sytuacji, gdy w rozmowach cytowałem Trumpa, a w odpowiedzi słyszałem, że to złe CNN tak powiedziało, a Trump nie. Zaprzeczamy faktom bo liczymy na cudowną zmianę. Samo myślenie tego typu nie jest niczym nowym. Od zawsze ludzkość liczyła na zmianę, która odmieni ich los. W ostatnich latach przed naszą erą czekano na narodzenie dziecka, które odmieni świat. Część elit widziała to dziecko w Oktawianie Auguście, a inna część społeczeństw w Chrystusie. To samo dążenie do zmiany powodowało powstawanie przepowiedni i zapowiedzi np po jakichś wydarzeniach astronomicznych lub kataklizmach. Chcemy zmiany na lepsze i o tym zapomniały elity myślące, że stabilizacja wygra z niepewnością jako konsekwencją rozbicia sytemu obietnicy „zmiany  na lepsze”. Stabilizacja wygrywa do pewnego momentu, ale procesy stagnacji się pogłębiają jednocześnie oddzielając wygodne elity od coraz bardziej głodnego społeczeństwa.

Nie zamierzam analizować czy Latynosi poszli do wyborów czy nie, czy KKK miał znaczenie dla wyniku itd. Nie sądzę aby to zaważyło. Zaważyła atmosfera awantury, permanentnego konfliktu w całym świecie zachodnim. Ale ten konflikt generowany przez polityków jest jednocześnie efektem frustracji społecznej i musi nieść zmianę realną. Pytanie tylko czy w dobrą stronę, bo na to społeczeństwo wpływu już może nie mieć. A więc znowu elity utraciły kontakt ze społeczeństwem, znowu przyzwyczaiły się do myśli że ład jest niezmienny, znowu społeczeństwa budzą się z letargu wywracając dotychczasowy system. Wcale nie sądzę, żeby Trump chciał ten system wywracać, ale on jest tylko efektem zmian, a nie ich powodem. Jednak to on i jego zapatrywania (wraz z grupą wpływowych ludzi którzy go popierają) nadadzą tym zmianom kierunek. To właśnie kluczowe – na kogo postawią społeczeństwa wymuszając zmianę, z wąskiego grona przedstawionego mu przez elity? To przecież elity decydują na kogo głosują tzw. demokratyczne społeczeństwa zachodnie. To efekt, który nazywam „Dekadencją demokracji”, bowiem faktycznie nie mamy wpływu na to kto będzie kandydował, wybieramy z już wybranych kandydatów. W Polsce Kukiz chciał to zmienić wprowadzając JOWy i nieco odświeżając naszą demokrację, ale chyba już mu przeszło. Dlatego Amerykanie wybierali między dwojgiem kandydatów, których w większości nie chcieli bowiem oboje mieli większy elektorat negatywny niż pozytywny.

Przejawem budzenia się były ruchy „We are 99%”, także „Arabska wiosna” – nawet jeśli nie chcemy tego przyznać bo przecież jesteśmy „wyższą cywilizacją”, ale też nawrót do fundamentów – czyli fundamentalizm przejawiający się nacjonalizmami w Europie, a jednocześnie w opozycji do nich rosnący fundamentalizm religijny – Islamski w postaci Salafizmu w Europie. Co gorsza każdy z tych ruchów widzi wroga nie tylko w elitach, ale w innych (konkurencyjnych) ruchach anty-establishmentowcyh. Konflikt jaki był metodą zarządzania dla elit rozlewa się na całe społeczeństwa zmieniając je bardzo poważnie i wpływając na kolejne wybory. A więc po zmianach Orbana na Węgrzech, zmianie w Polsce, już Brexit był mocnym sygnałem przeciw całemu dotychczasowemu systemowi, a wybór Trumpa jest kulminacją ważnych zmian globalnych.

Ok, zmiany nie będą rewolucyjne od razu, po wyborze Trumpa nie nastąpi trzęsienie ziemi. Ale ten wybór jako efekt zmiany społecznej będzie miał poważne skutki. Jeśli ktoś sądzi, że Trump rozbije te elity przeciwko którym został wybrany to jest w błędzie. Trump jest biznesmenem i jego interesem nie jest rozbijanie elit tylko dotąd lobbowanie, a dziś wymienianie ich na bliskie sobie, które zapewnią mu ważną pozycję trwale i sławę na zawsze 😉 .Niemniej część tych nowych elit będzie już pochodziła spoza dotychczasowego – stabilnego – układu. Nowy układ będzie miał zabarwienie takie jakie nada mu Trump i ludzie go wspierający. Właśnie w tym widzę największe zagrożenie.

Do dalszej części tekstu proszę o wyrozumiałość i ocenę pod kątem scenariuszy bardziej lub mniej możliwych. Istotą analizy sytuacji geopolitycznej mającej kluczowy wpływ na bezpieczeństwo państwa jest badanie konsekwencji wydarzeń i wyciąganie wniosków pozwalających na stawianie diagnoz ale i prognoz zasadniczych dla opracowywanych strategii. Czasem warto też pójść o kok dalej by ukazać absurdalność założeń, które są faktem a które mogą prowadzić do skutków katastrofalnych.

Co jeszcze łączy dotychczasowe i przyszłe zmiany opisane w pierwszym paragrafie? Oczywiście stosunek do Rosji. Oprócz PiS wszystkie wymienione „nowe – rewolucyjne” siły są otwarcie pro-rosyjskie. Zarówno Orban, Farage, Le Pen i AfD stanowią gwarancję zakończenia ograniczania Rosji. Trump jest w tej układance elementem najważniejszym. Prezydent USA jest faktycznym liderem NATO, Wojska USA – największej potęgi militarnej świata, jednocześnie baz i dowództw rozmieszonych na każdym kontynencie, a także monopolistą w dostępie do informacji dzięki systemom takim jak Eszelon, NSA i wielu innym mechanizmom.

 Te mechanizmy jako jedyne mogą skutecznie powstrzymywać Rosję, ale dziś wygrał człowiek, który nie neguje możliwości, dokonywania anschlussu w Europie gdy  na danym terytorium przeważa mniejszość danej nacji. Nie ma więc nic złego w tym że Rosja dokonała anschlussu Krymu, ale idąc dalej tym tropem, dlaczego nie można by teraz przeprowadzić referendum we wschodniej Łotwie? Podobnie dlaczego Polska nie miałaby przeprowadzić referendum w południowo-wschodniej Litwie w tym w części Wilna, tam też jest wielu Polaków, którzy woleli by by ich terytorium zostało włączone do Polski (tak Trump wypowiedział się na temat woli mieszkańców Krymu), a Rosja we wschodniej części tego państwa? Niechże Niemcy dokonają referendum w niektórych powiatach na Śląsku, gdzie mieszka mniejszość niemiecka, a Węgrzy w Słowacji. Niech Albania spokojnie anektuje Kosowo itd. Wreszcie Polska niech dokona aneksji części zachodniego Londynu lub części Chicago! Chyba nie damy rady… ale to siła znów ma o tym decydować? Czy na prawdę nie widać w tym sposobie myślenia niebezpiecznego szaleństwa?

Czy poparcie takiego sposobu rozwiązywania konfliktów, udzielone przez obecnie najpotężniejszego człowieka na świecie (Trump) liderowi, który boryka się z wielkimi kłopotami gospodarczymi i stawiającemu na odtworzenie dawnej strefy wpływów (Putin) niepokoi tylko nielicznych? Ahh zaraz, Trump przecież tak tylko mówił, ale tak nie myśli. Zapomniałem, że być może Trump nawet tak nie mówił tylko CNN podłożyła łudząco podobny głos oszukując społeczeństwo… Niestety w polityce każde zdanie się liczy. Szczególnie wypowiadane przez najpotężniejszego człowieka na świecie. Nic nie da oszukiwanie się, że nie słyszymy wypowiadanych przez Trumpa słów! A wiecie Państwo dlaczego? Bo słychać je świetnie na Kemlu, w Kairze, w Teheranie, w Bagdadzie, w Pekinie, w Rijadzie oraz w mieście Meksyk itd. Słowa mają znaczenie fizyczne – przekładają się na reakcje polityczne, finansowe, społeczne. Po wyborze Trumpa, Łotwa i Litwa powinny na wszelki wypadek wdrożyć plany awaryjne uniemożliwiające dokonanie referendum na ich terytorium. Przy możliwościach oddziaływania propagandowego Rosji (co Trump także otwarcie negował w przypadku wpływania na wybory w USA) w istocie jedynym sposobem jest wysiedlenie mniejszości Rosyjskiej do Rosji… ale czy to nie będzie stanowiło naruszenie jej praw? Czy taki krok nie byłby podstawą do interwencji zbrojnej?

Trump mówił że Art 5 NATO nie musi być obligatoryjny jeśli kraje członkowskie nie zmienią stosunku do swoich powinności względem NATO. Oczywiście dobrze to brzmi oceniając po „nagłówku”, aby pobudzić państwa w Europie do myślenia o obronności na poważnie. Ale z drugiej strony Trump nie powiedział czego oczekuje od tych państw. Nie określił co muszą zrobić dla NATO aby mieć gwarancję realizacji art 5. W każdej chwili można powiedzieć, że cokolwiek zrobią jednak nie wystarczy. Takie stawianie sprawy w kampanii przez Trumpa to w istocie relacje mafijne. Płaćcie za ochronę, ale jak ktoś zapłaci więcej to masz kłopot… zaraz czy to mafijne? A może to myślenie biznesowe (czy jak mawia obrońca Trumpa Max Kolonko – byznesowe), Trumpowi przecież bliskie? Każdy teraz stwierdzi, że przecież nigdy nie ma gwarancji wsparcia sojuszniczego – i to jest prawda, ale właśnie słowa mają znaczenie. Właśnie NATO jest tym co stanowi dla Rosji realną siłę powstrzymującą od ekspansji. Zmieniło się więc sporo bo z niepewności zastosowania art 5 mamy pewność, że nie zostanie zastosowany.

Nacjonaliści polscy powiedzą wreszcie, że to wszystko nieistotne bo przez ostatni rok staliśmy się potęgą z którą musi się liczyć Rosja… tu nie umiem w ogóle dyskutować, bowiem na moje pytania co sprawiło że staliśmy się potęgą odpowiedzi brak… Oczywiście proszę o sugestie, ale realnie przywiązane do faktów, a nie opowieści fantastyczne, które mogą się urealnić za 20 lat jak śmigłowiec naszej własnej produkcji (w kooperacji z Ukrainą).

Na koniec dodam, że mogę być w błędzie i Trump cały czas kłamał i oszukiwał. Oby tak było. Mam nadzieję, że w istocie nic się nie zmieni poza akcentami, bo establishment USA jest zbyt silny by pozwolić na stopniową, ale zdecydowaną zmianę kursu politycznego. Chcę w to wierzyć. Niestety moje kontakty w Departamencie Obrony USA mówią o potężnym nasyceniu USA rosyjską propagandą. O powszechnej sympatii do Putina i Rosji w dużej części kongresu – szczególnie republikańskiej. Dotąd okazywanie sympatii i przyzwalanie na działania Rosji nie były „poprawne politycznie”. Właśnie się to zmienia. Przecież chcemy zmiany. Zmiana to kolejny reset z Rosją, ale tym razem z podważonym zaufaniem do NATO i przyzwoleniem na aneksje w razie pozytywnego wyniku referendum. To istotna zmiana.

Z tej potrzeby zmian wynikają poważne konsekwencje. Czasem mimo tych wszystkich złych sygnałów jednak udaje się uniknąć najgorszego, o czym świadczy nasza historia w i po 1989 roku. Gra na wielkiej szachownicy jest znacznie bardziej skomplikowana niż te parę słów które przedstawiam wyżej. Istnieją potężne siły o których już pisałem na blogu w innym tekście, które pozycjonują różne procesy. W efekcie wypadkowa może okazać się mimo wszystko pozytywna. Jeśli w efekcie takich procesów, w których jednak świat się zmieni na lepsze, Trump zostanie uznany za bohatera to niezależnie od tego jak zły to w mojej opinii wybór będę się cieszył. Trzeba pamiętać też że USA to mimo wszystko nie tylko Prezydent. To także mocno niezależna CIA, to silny Pentagon zachowujący własne procesy decyzyjne i doboru kadr silna własność prywatna do której Trump nie będzie mógł ingerować w najmniejszym stopniu. Trump nie może walczyć ze wszystkimi bo procedura impeachmentu jest zarezerwowana właśnie na takie okoliczności. Jego zmiany będą wynikać z wypadkowej różnych sił i różnych interesów. Gra nigdy nie ma wyniku ustalonego z góry nawet gdy toczy się w złym kierunku. Dlatego trzeba dalej robić swoje, budować potencjał odstraszania w RP i robić to tym szybciej i szybciej zachodzą zmiany w świecie, ale i szukać współpracy dopóki jest jeszcze z kim współpracować.

Trump vs Clinton z perspektywy interesów Europy Centralnej

Screen-Shot-2015-10-07-at-11.11.39-AM

Z pewnością jasne jest już, że do finałowej części wyścigu prezydenckiego w USA kwalifikuje się dwoje kandydatów: Donald Trump i Hilary Clinton. Po stronie Republikanów ostatni broń złożył już Ted Cruz, a po stronie Demokratów raczej pogodził się już z porażką Bernie Sanders. Różnice pomiędzy ostatnią parą kandydatów są jednak znacznie głębsze niż tradycyjny podział na Republikanów i Demokratów. Dorobek, wyrażane poglądy jak i styl zachowani obojga kandydatów powodują, że linie podziału i sposoby argumentacji w obu przypadkach są zupełnie inne niż przy wszystkich dotychczasowych wyborach.  Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę tylko oficjalne wypowiedzi obojga kandydatów to Trump nieudolnie próbuje wpisywać się w retorykę GOP – a raczej neokonserwatywną, mówiąc o wzmożeniu tortur czy rozwiązaniu problemu ISIS poprzez drastyczne zwiększenie ilości nalotów. Z drugiej strony Hillary Clinton gwarantuje kontynuację polityki Baracka Obamy w niektórych kwestiach – jak odprężenie w relacjach z Iranem, kontynuacja ocieplania stosunków z Kubą, a nawet nie neguje bardzo kontrowersyjnej ustawy o powszechnym obowiązku ubezpieczeń zdrowotnych (choć nie wydaje się gorącą zwolenniczką tego pomysłu, który dzieli nawet demokratów). Niemniej jednak, jeśli poddać analizie wystąpienia obojga kandydatów i na przykład zestawić je z kandydatami z ich własnych partii, to okazuje się, że Hillary Clinton ma nastawienie znacznie bardziej „jastrzębie” niż Sanders a Trump jest zupełnym gołębiem w porównaniu do Teda Cruza a nawet łagodnego Marco Rubio.  Trump wydaje się być mistrzem populizmu, który wiedząc że Amerykanie są oburzeni na gigantyczne zadłużenie u Chińczyków, grozi zaostrzeniem relacji z tym państwem, a korzystając z rosnącej fali agresji wobec uchodźców proponuje budowę muru na granicy z Meksykiem. Jednocześnie jako biznesman z pewnością wie, że tak silne powiązanie finansowe Chin i USA wyklucza zaostrzanie kursu wobec państwa Środka (chyba że rozpocząłby otwarty konflikt z Chinami co oczywiście wydaje się niemożliwe).  Jednak „paplanie” o zmasowanych nalotach na Bliskim Wschodzie, czy torturach, nie czyni z niego jastrzębia. To stosunek do Rosji, Chin czy regionalenych potęg na Bliskim Wschodzie jest tu wskaźnikiem ukazującym prawdziwy charakter polityki międzynarodowej. To przecież nie Chiny dziś dokonują aneksji części sąsiedniego państwa wysyłając najemników i destabilizując resztę i nie Chiny niszczą pozostałości rebelii w Syrii wzmacniając reżim Baszara Asada i Państwo Islamskie. Rosja stała się obecnie najbardziej nieprzewidywalnym państwem w naszym regionie i polityka wobec tego państwa jest jedną z kluczowych kwestii istotnych dla całego świata. Struktury mafijne jakie dominują w Rosji wynikające z powiązań biznesu ze służbami wywiadowczymi, wojskiem i milicją tworzą taki układ, w którym zarówno prezydent Putin, aby utrzymać się przy władzy musi (wskutek obranego przez siebie kursu w 2014 roku) podejmować agresywne działania polityczne i militarne, jak i w razie odsunięcia go od władzy ewentualny nowy lider tego państwa może stanowić jeszcze poważniejsze zagrożenie dla Europy i świata. Donald Trump kilkukrotnie wyrażał się bardzo ciepło o prezydencie Rosji, natomiast co ciekawe, prezydent Putin rozpływa się w zachwytach nad Trumpem. Już samo to powinno dać sporo do myślenia Amerykanom, którzy za parę miesięcy będą głosować  w wyborach na najwyższe stanowisko w USA. Propagandowa tuba Kremla – Russia Today nie szczędzi pozytywnych komentarzy dla swojego kandydata. Jednocześnie istnieją przesłanki by sądzić, że Donald Trump korzystając z sankcji rozwija swoje interesy w Moskwie. Jeśli takie oskarżenia się potwierdzą, to może się okazać, że relacje biznesowe i chęć pomnożenia i tak wielkiego majątku w istocie przesłaniają kandydatowi Republikanów interes nie tylko narodowy USA, ale też kwestie polityki światowej i europejskiej.  Informacje o stanie armii niemieckiej, armiach skandynawskich, fatalne konflikty wewnętrzne w Polsce czy bardzo trudna sytuacja wewnętrzna we Francji, a z drugiej strony zdesperowana Grecja, kontrowersyjna polityka Orbana na Węgrzech, czy tradycyjnie konformistycznie nastawione do sytuacji politycznej Słowacja i Czechy – to wszystko w sytuacji wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA nabierze znacznie większego niż dziś znaczenia. Jeśli w ewentualnym następstwie do władzy we Francji doszłaby Marie LePen a w Niemczech ktoś z radykalnej prawicy, to świat jaki znaliśmy będzie przeszłością. Dla Cara na Kremlu szachownica ułoży się w sposób. Obecnie powstrzymywany sankcjami, rosnącą potęgą Chin i jednak potencjałem NATO Putin, straci  w takiej sytuacji większość z obecnych hamulców… co wówczas zrobi?

Z drugiej strony Hillary Clinton, jest dziś łatwym obiektem do atakowania. Fatalna afera z prywatną skrzynką e-mailową, którą wykorzystywała do przesyłania ściśle tajnych informacji, to rzecz nie do pomyślenia na najniższych szczeblach armii USA, a przydarzyła się Sekretarzowi Stanu. Bardzo wiele niejasności powstałych po śmierci ambasadora USA w Libii oraz raz po raz wyciągana kwestia jej pierwszego „sukcesu” jako młodego adwokata, gdy wybroniła osoby oskarżonej o gwałt po czym miała się z dumą przyznać, że obroniła osobę o której wiedziała że jest winna. To tylko trzy najbardziej widowiskowe sprawy, które będą do końca prezentowane przez media – nie tylko popierające Trumpa. Jednak, Hillary Clinton to bardzo doświadczony polityk. Już jako pierwsza dama w czasie prezydentury męża była bardzo aktywna – także w sprawach międzynarodowych. Często miała odmienne zdanie do Baracka Obamy i wyraźnie widać było jej chęć do działań gdy ten skupiał się jedynie na formie swoich (wspaniałych skądinąd) przemówień.  Jako Sekretarz Stanu odbyła rekordową ilość podróży zagranicznych i potrafiła przy tym świetnie się dogadywać z przywódcami europejskimi czym nie może pochwalić się sam obecny prezydent. Na uwagę zasługuje też fakt nieco zapomniany, ale istotny dla obecnej sytuacji międzynarodowej. Hillary Clinton w czasie przesłuchania przed komisją senacką do objęcia urzędu Sekretarza Stanu w 2009 roku, przedstawiła koncepcję Smart Power jako fundament polityki USA. Koncepcja ta została w sposób naukowy opracowana przez profesora Josepha Ney w 2003 roku. Niestety nie została zastosowana zgodnie z zaleceniami profesora pozostając raczej chwytnym zabiegiem marketingowym, za co trudno jednak winić jedynie Panią Clinton. Najważniejszy głos w kwestii polityki zagranicznej ma Prezydent, choć oczywiście część odpowiedzialności spada na Sekretarza Stanu. Wydaje się jednak, że tym razem ta koncepcja mogłaby znaleźć znacznie pełniejsze zastosowanie jeśli wygra Pani Clinton.

Podsumowując, nawet jeśli Donald Trump po wyborach zmieni swoje podejście do spraw międzynarodowych, to samo to co mówi w kampanii wyborczej spowoduje duże komplikacje na arenie międzynarodowej. Trzeba pamiętać, że słowa polityka takiego kalibru jak POTUS mają potężną siłę rażenia. Z kolei wybór Hillary Rhodam Clinton to po części kontynuacja polityki Baracka Obamy – w kwestii poszukiwania porozumienia z Iranem przy utrzymywaniu współpracy z Arabią Saudyjską i Izraelem, a także Turcją i wspieraniu Kurdów (co jest sporą ekwilibrystyką) ale i rozsądne zaostrzenie polityki wobec agresywnej Rosji. Trudno prognozować o krok dalej, jednak ewentualne uspokojenie sytuacji na Bliskim Wschodzie i wzmocnienie współpracy w Europie, spowodowałoby brak możliwości rozgrywania błędów Zachodu przez Rosję, co mogłoby ją skłonić do powrotu do kooperacji. Za takim rozwojem sytuacji z pewnością opowie się rosyjski biznes i część służb. Przeciw będzie wojsko i sam Putin, dla którego wzrost tendencji demokratycznych w obecnej sytuacji gospodarczej Rosji grozi nie tylko utratą władzy ale i życia. Wybory te są więc zasadniczo ważne dla samych Rosjan, którzy raczej nie chcą, tak jak przywódcy Kremla odbudowy imperium, ale raczej poprawy codziennej egzystencji, dalej dla Ukrainy targanej dramatycznymi konfliktami wzmacnianymi przez Rosję, aż wreszcie dla państw Bałtyckich z niepokojem wciąż spoglądających na kolejne ruchy Moskwy. Już nawet tylko z tych względów wybory te będą miały zasadniczy wpływ także na sytuację Polski.