Kiedy zło uderza nożem prosto w serce: o ciemnej stronie natury ludzkiej

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Reklamy

Zło nie jest czymś abstrakcyjnym, jednowymiarowym i nie ma barw narodowych, partyjnych czy lokalnych… Zło jest w nas wszystkich, jest częścią naszej natury, tak samo jak dobro. Wszyscy jesteśmy zdolni do najpiękniejszych czynów, jak i do najpodlejszych. To jak postępujemy zależy od wielu czynników, często niestety od nas niezależnych. Nie jest jednak tak, że przy nawet największej presji do czynienia zła wszyscy ulegamy.

Zawsze są jednostki, które potrafią się oprzeć, pozostać na stanowisku Wartości i Zasad wynikających z przekonań, wiedzy, doświadczenia, które nie ulegają deformacji i degeneracji w wyniku nawet największej presji sytuacyjnej lub ideologicznej.

Ważne jest, by w miarę obiektywnie dostrzegać granice, których przeoczenie staje się niebezpieczne indywidualnie – gdy sami odczuwamy gotowość do czynienia zła (Efekt Lucy Phere) oraz społecznie – gdy całe grupy samonapędzając się dążą do „ostatecznych rozstrzygnięć”.

A zatem ważne, by dostrzec przesuwanie się granicy tzw. normy, która wyznacza to co dopuszczalne, a poza którą uznajemy coś za niezgodne z prawem (norma prawna) lub Zasadami i Wartościami (norma moralna). Obie granice można przesuwać i czynią to kręgi decyzyjne, ale też opiniotwórcze (politycy, media, duchowni itp.). Niestety to przesuwanie norm w stronę agresji,, konfliktu, często jest kalkulowane jako korzystne dla notowań wyborczych, oglądalności, słuchalności, czytalności, klikalności mediów czy wzmacnia mobilizację w imię własnej religii.

Tutaj szczególna rola przypada „autorytetom”, które wyznaczają przesunięcie granicy norm. To ludzie bardzo popularni, na których wzorują się tysiące osób, ale ich cele nie służą dobru wspólnemu, tylko własnemu lub małej grupie ograniczonej do własnego „plemienia”, a faktycznie do jego kręgu decyzyjnego (takie plemię można długo oszukiwać, np za pomocą propagandy, że wyniszczanie przeciwników jest dla nich korzystne). To osoby posługujące się triadą ciemnych cech osobowości. To oni „sankcjonują” to, czy granica normy jest już w nowym miejscu i często zupełnie otwarcie to komunikują, twierdząc, że np. obecnie w Polsce trwa wojna, a więc trzeba nadzwyczajnych działań, innej wrażliwości, można więcej, aż do pokonania przeciwnika, „a potem przywrócimy normy”… To oczywiście część drogi do zła i nic jej nie usprawiedliwia.

Wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczymy, a gdy ktoś ma dość i woła „nie chcę żyć polityką”, jak robił to w swojej piosence Paweł Domagała, spotyka się z ostrą krytyką, że przecież nie jest to postawa obywatelska. Oczywiście racja, społeczeństwo obywatelskie ma się angażować w politykę, ale jeśli z drugiej strony dla wielu cały ten dyskurs podzielonego na „plemiona” społeczeństwa kogoś nie przekonuje, jeżeli ktoś nie znajduje swojej reprezentacji politycznej, nie jest w stanie odnaleźć nawet tzw. mniejszego zła, to czy ma pójść na studia politologiczne, szkolenia z zakresu komunikacji medialnej? Ludzie na różne sposoby szukają dystansu i nie każdy musi potrafić rozpoznawać prawdziwe intencje ukryte za polityczną demagogią. Paweł Domagała być może do wyborów pójdzie, ale zwyczajnie nie chce żyć polityką nieustannie, bo chce poświęcać czas swojej rodzinie i… MA RACJĘ!

To właśnie ci, którzy nawołują do wstąpienia do „plemienia”, chwycenia wirtualnego „noża” w dłonie i „ataku na „zdrajcę narodowego” lub „zapóźnionego cywilizacyjnie” przeciwnika przyczyniają się do tego, że zło zyskuje, że się rozpowszechnia.

To zablokowanie debaty o czynach, wydarzeniach, a w to miejsce wstawianie szkodliwych generalizacji w coraz ostrzejszym tonie, popycha ludzi poza granice wcześniejszych norm! „Autorytety” przybijają pieczątkę z napisem „akceptuję” (np. w formie „nie pochwalam, ale rozumiem”) i wówczas członkowie zradykalizowanych plemion ruszają do szturmu na twitterze, facebooku, forach dyskusyjnych, komentarzach do artykułów, co często przenosi się do domów rodzinnych, czasem nawet przy stole wigilijnym…

Ludzie mają różną odporność na radykalizację, możliwa jest praca nad budowaniem własnego dystansu i oceny zdarzeń (neuroplastyczność), ale im mocniejsze mechanizmy, tym więcej ludzi można przeciągnąć do „plemienia”, a wówczas radykalizacja przyspiesza gwałtownie, bowiem wewnątrz plemienia, odcinany jest dostęp do innych mediów, odpowiednio interpretowane są wszystkie wypowiedzi polityków, nie miejsca na żadne inne wartości spoza „naszego kręgu”. Nasz „wirtualny nóż” może ciąć na lewo i prawo, a także w centrum (zależnie od opcji) i można to robić bez ograniczeń – jeśli zamkną konto otwieramy następne, czasem kilka na raz. Do tego stosowane są techniki wzmacniające negatywny przekaz (fabryki trolli, boty), aby zradykalizować jak najwięcej ludzi i włączyć do „plemienia”. Przecież to tylko twitter, to tylko hejt. Ktoś napisał mi parę dni temu, że hejt to słowo wytrych. To częste usprawiedliwienia, wytłumaczenie, że przecież hejt to ci drudzy, a my zwalczamy ich hejt i musimy agresywnie bo inaczej to nic nie da…

To czy, a raczej kiedy nóż wirtualny zamieni się w stalowy, zależy od naszej odporności i wewnętrznie wpojonych wartości i zasad. Czy naprawdę wierzycie, że za stalowy nóż w takiej sytuacji złapie tylko „wariat”?

Jeśli tak, to zastanówcie się jeszcze raz! Przecież granica tych norm się przesuwa! „Dziennikarze” na okładkach gazet ubierają i wyposażają osoby publiczne w atrybuty jednoznacznie wrogie wobec naszego „plemienia”, często kojarzące się z użyciem broni lub eksterminacją ludzi… Na osobę, która jest poza normą, mówimy „wariat”, ale skąd wiadomo, kiedy jest się „wariatem”? Przecież wewnątrz „plemienia” normy są już zupełnie inne od tego, co wcześniej uznawaliśmy za normę.

Co dzień tysiące osób używają wirtualnych noży z największą brutalnością, a z historii znamy przypadki, gdy w wyniku skrajnej radykalizacji, zamiana, wirtulanych noży na stalowe, dokonała się błyskawicznie i kosztowała życie tysięcy lub milionów. Oczywiście umiarkowanych jest zawsze więcej niż radykałów, ale też radykałowie nadają wówczas ton, oni nie tylko robią wrzawę, ale w sytuacji, gdy pada hasło „ścinamy topole” (jak w Rwandzie), każdy umiarkowany jest traktowany jak zdrajca i dzieli los przeciwników… Podobnie jak w świecie wirtualnym, nie wystarczy przeciwnik pokonać, robi się to w najokrutniejszy sposób.

Rolą wszystkich, ale szczególnie autorytetów – polityków, ludzi mediów, duchownych, nauczycieli, wychowawców, a przede wszystkim rodziców jest to, by nie dzielić na dobrych i złych, by nie budować świadomości plemiennej, ale szukać zrozumienia, współpracy lub chociażby nie zatrzaskiwać furtek, czy nie burzyć mostów do komunikacji. Jeśli powiemy, że z „nimi” nie można rozmawiać, bo są źli i trzeba ich pokonać, a potem „przywrócimy normy”, to droga do „piekła” otwiera się na oścież i żadnego „potem” już może nie być…

Warto także zacząć sankcjonować mowę nienawiści w sieci. Jak to robić można nauczyć się w niektórych państwach zachodnich, ale i u nas np. Pani Agnieszka Gozdyra kilka razy świetnie pokazała, jak upublicznienie hejtera radykalnie zmienia jego postawę. Taka osoba uświadamia sobie, że nie jest anonimowa i żaden „autorytet”, już jej nie usprawiedliwia, bowiem jej czyny idą na jej indywidualny rachunek w ostatecznym rozliczeniu. Warto zrozumieć, że droga od noża wirtualnego do stalowego trafiającego prosto w serce wcale nie jest taka długa jak się może wydawać…

Siedem grzechów PO w opozycji

Ostatni sondaż IBRIS (z 3-4 stycznia 2019), najbardziej w mojej opinii wiarygodnej instytucji tego rodzaju, pokazuje umocnienie się patii rządzącej o niemal 2%, osłabienie głównej partii opozycyjnej o potężne 5%, zniknięcie jej słynnego niegdyś koalicjanta (Nowoczesna poniżej 1% mieści się w granicach błędu statystycznego). W dyskusjach ze zwolennikami PO, często napotykam się na stanowisko zgodnie z którym partia ta nie popełnia i nie popełniała błędów, a to okoliczności niezależne od niej powodują, że nie może przebić tzw. szklanego sufitu, który nie tyle wyznacza jakaś wartość procentowa, co poziom poparcia PiSu. PO zyskuje lub traci, ale zawsze jest niżej w sondażach niż partia rządząca.

Zauważyć należy, że w systemie demokratycznym nieustanne liderowanie PiSu od trzech lat jest fenomenem, bowiem partie zwykle przeżywają kryzys po kilku miesiącach, lub na półmetku pierwszej kadencji, tymczasem w przypadku rządzących, kryzys oznacza liderowanie, tylko z mniejszą przewagą. Po wszystkich „nam się należy”, horrendalnych zarobkach w SSP, które przecież miały być przez „Dobrą zmianę” zracjonalizowane, kuriozalnych wypowiedziach byłego szefa MON i jego dziwacznych decyzjach, kumoterstwie, synekurach i nepotyzmie, gdy cena paliwa jest wyższa niż Niemczech, a cena prądu nie rośnie dzięki centralnemu sterowaniu (co musi mieć fatalne konsekwencje), chaosie w szkolnictwie, który z nieznanych mi przyczyn przez panią minister Zalewską jest nazywany „reformą”, opozycja dawno już powinna przeważać w sondażach zdecydowanie.

Zwalanie wszystkiego na to, że „Ciemny lud” dał się przekupić za 500+, jest zupełnie niepoważne i w samym PO chyba nikt w to nie wierzy. Dlaczego więc PO tak słabo wypada na tle PiS? Niezależnie od sympatii i antypatii politycznych lub też (co ostatnio coraz bardziej powszechne) wiary lub niewiary w danego lidera politycznego, warto analizować mechanizmy jakie prowadzą do sukcesu lub porażki politycznej.

Nie musicie się ze mną zgadzać, rozważcie jednak w spokoju i z dystansem siedem poniższych punktów:

  1. Nieskuteczność Anty-PiS.

„Jeśli liderzy PO mówią, że ich głównym celem jest pokonanie PiS, a liderzy PiS, że dla dobra Polski to oni muszą utrzymać się przy władzy, to przeciętny wyborca, który pochłonięty jest codziennymi obowiązkami, pracą, opiekuje się dziećmi, nie mając czasu na głębsze analizy potencjału partii politycznych, nie widzi między nimi różnicy.”

Gdy piszę o retoryce Anty-PiS stosowanej przez PO, to wielu jej zwolenników odpowiada „przecież mają program”, albo zwyczajnie „to nieprawda”. Ktoś nawet napisał, że słyszy co innego niż ja w wywiadach przedstawicieli PO. Oczywiście, że każdy słyszy to, co chce, ale ja akurat bardzo chcę słyszeć, co PO zamierza zrobić po wygranych wyborach, jak zamierza posprzątać konsekwencje „reformy” pani Zalewskiej i wreszcie faktycznie zreformować edukację, jak chce modernizować Armię, jak ułoży nasze sojusze międzynarodowe po bezprecedensowym zrujnowaniu wszystkich relacji poza USA (i Orbanem) przez PiS. Bardzo chcę o tym wszystkim słyszeć, nawet, jeśli co trzecie słowo ma być przytykiem do obecnie rządzących. Zamiast tego słyszę wciąż, że PiS źle rządzi. To wiem, ale chcę usłyszeć, czy ich następcy będą rządzili lepiej, tak samo, czy jeszcze gorzej.

2. Niemal zupełne ignorowanie własnego programu.

Ależ oczywiście, że PO ma własny program, można nie zgadzać się z jego tym czy innym założeniem, jednak w mojej ocenie to program najbardziej centrowy ze wszystkich partii, do tego o zabarwieniu konserwatywnym, co mi osobiście odpowiada. PO jest wstrzemięźliwa w kwestiach uznawanych za kontrowersyjne w społeczeństwie (jak relacje Państwo-Kościół) i znaczenie lepiej niż np. w N, zrozumiała potrzeby gorzej sytuowanych grup społecznych w Polsce. Nie wdając się w szczegóły, jest to program, który w mojej ocenie nieźle się broni. Wymyślono nawet dobrą i chwytliwą nazwę – PRową – „Sześciopak Koalicji Obywatelskiej”, określany jako „6 kroków do przyszłości”! Wszystkie sześć punktów, to konkretne sprawy, wpadające w ucho. Tylko, że gdy przedstawiciele PO udają się do mediów, to zdają się zapominać o tym programie! Powinni wszędzie od tego zaczynać swoje wypowiedzi, do nich nawiązywać, na nich kończyć, bo takim przekazem docieraliby do ludzi, z których część mogłaby poszukać więcej informacji… Dominacja retoryki „Anty-PiS” powoduje, że niczego nikt nie szuka, nie chce już słuchać, przełącza na inny program w TV i Radiu. Nie chodzi o to, aby nie wskazywać błędów, kolejnych afer, partii rządzącej, ale o to, by proporcje „anty-PiS w stosunku do przekazu nt przyszłości (planów, aktywności, rozwoju) były na korzyść tych drugich.

3. Lider bez zaufania.

Miałem okazję na żywo słuchać lidera PO, pana Grzegorza Schetyny. W jego wypowiedzi także było sporo Anty-PiS, ale poza tym to były bardzo rozsądne treści, z dystansem, bardzo pozytywny przekaz. Jednak, problem braku zaufania wynika z przeszłości. Lider PO nie potrafi się od tego oderwać i wielu mówi, że już tak być musi. Ja uważam inaczej. Gdyby on sam, ale i inni ważni politycy PO zaczęli więcej mówić o tym, co w pkt. 2, gdyby potrafili przyznać, że PiS ma rację w niektórych swoich postulatach, w mojej ocenie zyskaliby na tym, a sam szef PO oderwałby się od negatywnego wizerunku, jaki obecnie przeważa w ogromnej części społeczeństwa. Twierdzenia, że ten wizerunek jest bez znaczenia dla wyborów nie będę komentował, bowiem tak może mówić tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o polityce.

4. Brak rozliczenia się z przyczynami porażki z 2015r

Teraz jest na to już za późno, a niestety w czasie powyborczym PO ten element zupełnie nie wyszedł. To bardzo ważne i gdyby liderzy PO rzetelnie do tego podeszli wkrótce po wyborach, zapewne spowodowałoby chwilowe straty w sondażach, ale jednocześnie położyłoby ważne i solidne fundamenty pod przyszłą retorykę prawdziwej zmiany w Partii, która wyciąga wnioski z błędów. Oczywiście przedstawiciele PO mówili o błędach, ale to były tezy na poziomie „byliśmy za mało agresywni”, „daliśmy się oszukać PiSowi”, „za mało chwaliliśmy się jacy jesteśmy wspaniali”. Takie wypowiedzi nie stanowią rozliczenia się z przyczyn porażki, ale raczej utrwalają i wzmacniają przekaz przeciwnika, który mówił o bucie i arogancji PO. Teraz, gdy partia rządząca nieustannie okazuje butę i arogancję, wyborca odrzuca obie partie, co powoduje wzrost znaczenia polityków spoza tych dwóch obozów (Kukiza, Biedronia, wzmacnia SLD). 

5. Niewypał KO

Zawiązanie Koalicji Obywatelskiej było w moim odczuciu bardzo dobrym krokiem, ale nie tyle na budowanie koalicji, co na PRową zmianę nazwy, którą odtąd mieli kojarzyć wyborcy. PO dla wielu kojarzyła się źle, więc KO może ten obraz nieco zmienić. Dawało to szansę na „nowy początek” dla polityków PO. Tak się nie stało. Moim zdaniem wiele złego dla KO wyrządziła szefowa N, która swoimi wypowiedziami tak drastycznie różniła się od szefa PO (szczególnie w kwestiach socjalnych, dotyczących Kościoła itp.), że cały projekt z daleka wyglądał na prowizoryczny i sztuczny, a przecież KO potrzeba było właśnie wiarygodności i naturalności! Z kolei styl w jakim spacyfikowano N, spowodował, że znów PO wpisała się w retorykę PiSu oskarżającą szefa platformy o autorytaryzm a nawet tyranię ;-). Oczywiście nie wolno bagatelizować tzw. bonusu za współpracę. Otwartość na współpracę, zdolności koalicyjne to przecież miały być znaki rozpoznawcze PO, tymczasem to PiS posiada obecnie koalicję (niezależnie od relacji w jej wnętrzu), a KO po pacyfikacji N pozostała koalicją tylko z nazwy. 

6. Rozmycie tożsamości.

Tożsamość PO jest ważnym punktem odniesienia, bowiem wielu Polaków docenia jak wiele za czasów tej partii zrobiono, niemniej PO popełniła też szereg poważnych błędów, z których nie chciała się rozliczyć w 2015 roku i później (punkt 4). Do tego zupełna rozbieżność wypowiedzi szefowej N i szefa PO metodycznie kompromitowały ciekawy pomysł KO. To powoduje, że przekonani pozostają przekonani, ale zawiedzeni, niezdecydowani, głosujący na PiS jako „mniejsze zło”, nie mają powodu by nawet zastanowić się nad propozycją PO, KO ani tym bardziej POKO. Wciąż pytają, czym jest dziś PO, czy może KO? A może trzeba mówić POKO? To trochę tak jak z Ryszardem Petru mylącym nazwę własnej partii, w przypadku PO też wielu nie wie, do którego bytu się odnosić. Ten chaos widoczny jest też w sondażach. Raz badana jest PO i N oddzielnie, innym razem jako KO, a teraz pojawia się nowy byt POKO i dla wielu obserwatorów sceny politycznej, którzy nie wgłębiają się meandry funkcjonowania klubów parlamentarnych, partii itd., taki stan rzeczy to właśnie rozmycie tożsamości. Do tego dochodzi retoryka „anty-PiS”, która buduje jakieś zręby tożsamości „wojennej”, za którą brak jest widocznej wizji przyszłości. Partia polityczna z samej istoty swego funkcjonowania musi mówić o przyszłości, o współpracy, o budowaniu, a nie tylko o walce, bowiem polityka to sztuka rządzenia, a nie samej walki o władzę. Na początku roku wyborczego, lider powinien zdecydować się na któryś z tych szyldów i zdecydowanie promować go obudowując pozytywnym przekazem. 

7. Aktywność w mediach społecznościowych.

Tutaj sporo się zmieniło. PiS rozleniwiony stale zwycięskimi sondażami zaniechał głębszych działań w sieci zadowalając się poparciem potężnych grup hejterów internetowych. Przekaz pozytywny w tej partii na TT niemal nie istnieje, oprócz propagandy sukcesu, co akurat jest tak toporne, że chyba nie działa nawet na żelaznych zwolenników, niemniej takie zestaw akcentów radykalizuje wielu zwolenników partii rządzącej. Jednocześnie PO wskutek retoryki wojennej zyskała także pokaźne grono hejterów, zwanych popularnie trollami, którzy sądząc, że wspierają swoją partię, tak naprawdę topią ją swoimi bezmyślnymi wpisami. Atakują wszystkich, którzy nie dość euforycznie wypowiadają się o PO i jej szefie. Nie różnią się oni niczym od hejterów partii rządzącej, ale sami się napędzają tym, że przecież są na „wojnie”. Dość zabawnie to wygląda, gdy ci „żołnierze” twitterowi, umazani elektronicznym błotem, unurzani w internetowej krwi, wciskają swoje przekonanie o własnym heroizmie np. żołnierzom, którzy faktycznie na wojnie byli i coś tam więcej niż ich „heroiczny” hejt widzieli. Oczywiście owi hejterzy sprawnie posługują się obelgami, choć nie są w stanie zrozumieć swojej śmieszności. Trudno tu całkiem winę zrzucać na PO, polaryzacja społeczeństwa i jego radykalizacja to efekt większej ilości czynników niż działania partii. Jednakże, jeśli PO chce odróżniać się od PiS, a nowoczesne media to obszar, w którym taka różnica byłaby najlepiej widoczna, politycy PO powinni traktować TT jako część swojej pracy, a nie zło konieczne. Potrzeba tu więcej pozytywnego przekazu, więcej wpisów merytorycznych. To, co mówią w mediach powinno być wzmacniane za pomocą mediów społecznościowych. W tym obszarze warto spojrzeć na działania szefa PSL i oficjalnego konta tej partii. Konta prowadzone z dystansem, humorem, ale też merytorycznie, nawet kampania o nadużyciach PiSu prowadzona przez PSL na TT, była modelowo realizowana. Okazuje się, że nawet „Anty-PiS”, można „uprawiać” lepiej niż robi to PO.

Siedem powyższych punktów wynika z obserwacji życia politycznego. Jest to, owszem krytyka, ale krytyka życzliwa, bowiem zależy mi na dobrej polityce w naszym kraju, na reformach, rozwoju, budowaniu racjonalnej współpracy międzynarodowej, ale też zasypywaniu podziałów w naszym społeczeństwie. O tym wszystkim politycy każdej partii mówią, oczywiście, jednak nie do końca robią cokolwiek w tej kwestii.

[VIDEO] Marzenia Pozytywnego Wojownika

Film o realizacji marzeń. Zasady są uniwersalne, ich przyswojenie pomaga w trudnych chwilach ale też w momentach, gdy poczujemy się zbyt pewnie.

Trzy zasady realizacji marzeń z życzeniami na nowy 2018 rok, oraz niespodzianka w postaci nowej inicjatywy w ramach projektu StratLider!

Film nawiązuje do Vlog6 – realizacji postanowień.

Rozwinięciem tego filmu jest tekst: Jakie możliwości ma człowiek w małej łódce na środku oceanu? Może zostać pozytywnym wojownikiem!

Kolejne dwa,które mówią o potrzebie mobilizacji oraz o tym, że czasem trzeba zaakceptować porażkę:

[VIDEO] Czasem trzeba się wkurzyć by coś zmienić!

Głową muru nie przebijesz

 

Powrót do Vloga

Głową muru nie przebijesz

Nie chwycisz wiatru w garść, podobnie jak głową muru nie przebijesz… Gdy sobie wszystko zaplanujesz, przygotujesz się najlepiej jak potrafisz, a do tego masz stosunek emocjonalny do miejsca wydarzenia i jeszcze wydarzenie jest szczególnej rangi, jest bardzo trudno zrezygnować. 

Tak się złożyło, że pierwszy raz nie dojechałem na wydarzenie, w którym miałem pełnić rolę inną niż widza. Siedząc na dworcu i widząc rosnące opóźnienie pociągu, który utknął zaledwie 30 kilometrów przed Rzeszowem, a który miał mnie dowieźć do Szczecina na promocję książki „Nie chwycisz wiatru w garść” Doroty Kościukiewicz-Markowskiej, przez myśl przelatywały mi kolejne plany, opcje, jak można by tam dojechać jeśli pociąg nie dojedzie w ogóle. Pociąg miał wyjechać o 19.22, i już o tej godzinie miał 90 minut opóźnienia. Usiadłem i cierpliwie czekałem, a opóźnienie rosło… 100… 105… 150… 190… 210 minut, aż doszło do 240 minut, po dwóch godzinach czekania…

Na dodatek jestem przeziębiony i  choroba w takich warunkach zaczęła dawać o sobie znać coraz bardziej. Dokupiłem kolejne paczki chusteczek i byłem gotów dalej czekać… w końcu połowę opóźnienia już odczekałem, a nie zwykłem rezygnować z powziętej decyzji. Jednak, gdy Pani w kasie powiedziała, że to opóźnienie z pewnością się jeszcze zwiększy i nie wiadomo o ile, to cały wyjazd zaczął tracić sens.

Pytania jakie przelatywały mi przez głowę to czy pociąg w ogóle przyjedzie? Ile się spóźni i czy w ogóle zdążę na wydarzenie na które jadę? Nawet jeśli zdążę, to w takich warunkach czy choroba nie skończy się jakimś szpitalem? Czy mogłem coś zrobić by uniknąć takiej sytuacji?

A przede wszystkim – Co spowodowało, że do tego doszło? 

Zapewne doprowadził do tego splot przypadkowych wydarzeń, których nie mogłem przewidzieć. Skutkiem tego mimo, że bilety kupiłem zapobiegawczo dwa tygodnie wcześniej, że spakowany byłem dobrze i całkowicie przygotowany, że na dworzec przyjechałem sporo przed czasem, żeby jakiś nieprzewidziany korek lub wypadek nie pokrzyżował mi planów, przygotowane miałem nawet małe upominki na spotkanie z dziećmi ze szkoły Montessori w Szczecinie gdzie miałem z nimi rozmawiać na poważne tematy, a jednak nie udało się uniknąć porażki.

Być może wahnięcie skrzydeł motyla w Przemyślu spowodowało moją porażkę w Rzeszowie. Tak działa chaos. Nie wszystko da się przewidzieć. Upór jest ważny w osiąganiu celów, ale też trzeba wiedzieć, kiedy upór zmienia się w głupotę. Być może mur w który uderzymy głową okaże się tekturową atrapą i wygramy, ale bardziej prawdopodobne, że rozbijemy głowę. Zatem brnąc w próby kontrolowania chaosu na każdym poziomie można sobie poważnie zaszkodzić.

Może warto dalej czekać w takiej sytuacji, a może nie, jednak ważne by podjąć decyzję. Wprawdzie głową muru nie przebiję, ale może da się przeskoczyć lub obejść. Może pokornie akceptując porażkę wynikającą z chaosu dziś, uda się uzyskać wzór w którym nadal chaos będzie dominował, ale całość ułoży się w piękny obrazek – zwany fraktalem „jutro”. Istotą chaosu jest to, że zawsze znajdzie się atraktor, który go porządkuje. Można na taki atraktor czekać, a można go samemu tworzyć. Im więcej powstaje atraktorów tym wzór robi się pełniejszy, a siły tejże natury tworzą piękno takiego wzoru. Fraktale to samopodobne wzory oparte o tzw. atraktory dziwne.

Telefon do organizatorki i autorki książki Doroty pozwolił na wyjaśnienie sytuacji i znalezienie innych opcji. Rano Dorota miała już świetnego prelegenta, który mnie zastąpi, a my jesteśmy umówieni na kolejne wydarzenie, na koniec stycznia 2018, gdzie będę miał okazję na dłuższe wystąpienie. Realizacja spotkania z dziećmi w Montessori (upominków nawet nie wyciągam z plecaka) także może się odbyć wówczas co umawiam z Panią dyrektor Agnieszką Kowalewską. A więc zrealizujemy wszystko czego nie udało się zrobić dzisiaj. Dorota to co miałem powiedzieć, zilustruje przykładem jaki mi się przydarzył korzystając z tego tekstu.

Czy to już fraktal? 😉 Na razie „tylko” atraktor i to… dziwny 😉

Czy ułoży się fraktal nie wiem, dopiero z dystansu widać wzór. Powiem za rok 🙂

Duchowość niejedno ma imię: budowanie siły wewnętrznej

Pamiętasz tekst o łódce na środku oceanu? Pisałem tam o tym, że zanim pozwolimy, aby sparaliżowała nas świadomość otaczającej potęgi żywiołu, musimy przeszukać pokład i poszukać wszystkiego, co może maksymalnie poprawić nasze położenie. Podobnie z chaosem/mgłą w codziennym życiu. Trzeba zdjąć na moment z ramion „plecak doświadczeń” i przeszukać go gruntownie. Przede wszystkim szukamy mapy z kompasem (strategia) i pochodni (przywództwo), ale też wielu innych elementów potrzebnych w życiu. Koncepcja jeża pozwala na znalezienie i wyznaczenie sobie celu strategicznego (mapa z kompasem). Natomiast jak odszukać pochodnię, która pozwoli rozproszyć ciemność/mgłę i umożliwi skorzystanie z mapy, kompasu oraz wytyczenie azymutu, dostrzeżenie przeszkód i co więcej poradzenie sobie z nimi? W niniejszym tekście o tym właśnie. 

W trakcie konferencji psychologicznej w SWPS Poznaniu wysłuchałem bardzo interesującego referatu nt duchowości i religijności. Ja sam mówiłem na tej konferencji o Efekcie Lucy Phere (Efekt Lucyfera – koncepcja profesora Zimbardo). Zestawienie takich dwóch tematów, skłoniło mnie do refleksji w kontekście koncepcji „Pozytywnego wojownika”, którego charakteryzuję w ramach projektu StratLider. Ideą jest uniknięcie Efektu Lucy Phere dzięki pogłębianiu własnej duchowości. Oczywiście nie chodzi o to, że tylko duchowość nas uchroni przed tym efektem, ale o to , że od niej trzeba zacząć.

W swoich aktywnościach mam okazję kontaktować się z ludźmi z zupełnie różnych środowisk. Często zaskakuje mnie jak bardzo te środowiska są w istocie podobne, a mimo to jak mylne mają pojęcie na temat wszystkich „innych”. Tak więc się składa, że jednego dnia uczestniczyłem w debacie „Pola dialogu”  z Janem Rokitą, organizowanej przez środowiska kościelne, a w drugim rozmawiałem z moimi znajomymi zdeklarowanymi ateistami, którzy w religii nie widzą zupełnie sensu. Innym razem z szefem szkoły walki Savate w Warszawie, a pamiętam też swoje doświadczenie z karate Kyokushin. Świetnie też rozmawiało mi  się z uczonymi muzułmańskimi z Bliskiego Wschodu w czasie konferencji w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Mam też lub miałem przyjaciół rozsianych po Bliskim Wschodzie – od Iraku po Egipt i Turcję, ale też we Francji, Bułgarii, Finlandii czy Wielkiej Brytanii.

Wszystkie te środowiska, na swój sposób szukają bądź rezygnują z duchowości. Co więcej niektórzy mają pokusę kwestionowania „prawdziwości” owej duchowości „innych”, skoro nie opiera się ona na kontekście np „mojej” religijności.

Zatem niejeden ksiądz katolicki powie, że prawdziwa duchowość wynika z religii katolickiej, niejeden ateista powie, że religia to budynki, zepsuci kapłani, instytucja, która utraciła duchowy wymiar. Niejeden muzułmanin powie, że katolik się myli, a skoro odszedł od „prawdziwego Boga”, to nie rozumie duchowości. Jeszcze gorzej wyrazi się na temat ateisty, który wg niego nie ma duszy. Niejeden pasjonat jogi powie, że on właśnie zrozumiał samego siebie i otaczający świat i będzie się naśmiewał z niemądrych kłótni katolika z muzułmaninem.

Wielokrotnie podkreślam, że nie jestem symetrystą. Nie jestem też matematykiem. Nie stawiam więc znaku równości pomiędzy tymi wszystkimi wartościami i nie szukam rachunku matematycznego. Każda z nich jest dla danej osoby najważniejsza i uważam, że nie ma w tym nic złego. Nie będę przekonywał katolika by uznał, że muzułmanin ma tak samo jak on rację, ani vice-versa. Nie chcę przekonywać medytującego ateisty, że musi uznać równość religii z jego postawą. To bez sensu. Chcę przekonać za to ich wszystkich, że warto się tolerować i szanować nawzajem, bo każdy z nich odnajduje swoją wersję duchowości. Jeśli chciałbym czegoś jeszcze, to tego, by przekonywać, że ich  duchowość jest wartościowa – duchowość, nawet jeśli nie akceptują sposobu w jaki do niej dochodzą. To daje płaszczyznę nie tylko do wzajemnego szacunku i tolerancji, ale też współpracy i zrozumienia.

Slajd2
Schemat zestawiający duchowość (środkowy zbiór) z wiarą, medytacją i jogą, które bez duchowości stają się „instytucjonalne”

Zatem można odnaleźć wiele „rodzajów” duchowości, ale w istocie chodzi o to samo. To czego doświadczamy w czasie modlitwy, jogi, medytacji to poczucie transcendencji, pozwalającej spojrzeć na siebie samego i na otaczający świat z innej perspektywy, nabranie dystansu do uwarunkowań i problemów, spojrzenie w głąb samego siebie, a potem lepsze zrozumienie świata jak w Johari window, które otwiera nas na nowe możliwości. Wymienione drogi do Duchowości nie wyczerpują tematu, jest ich znacznie więcej. Duchowość odnajdujemy w poezji, mam znajomego z czarnym pasem karate, który pisze piękne rzeczy i wydaje, często dzieląc się swoją twórczością na Fb. Inni odnajdują duchowość w muzyce poważnej. Dla ilustracji problemu skupię się jednak na wymienionych wcześniej przykładach.

Jeśli spojrzeć na duchowość religijną – katolicką, to czymże/kimże dla katolika jest Bóg? Musimy zdać sobie sprawę, że to nie jest postać z długą brodą w białej szacie lewitująca w chmurach lub gdzieś obok nas. Dzieci na wieść o tym, że Bóg jest wszędzie, często zaczynają dopytywać rodziców o różne niestosowne miejsca wprawiając ich w zakłopotanie 🙂

Kim/czym jest więc Bóg? „Bóg jest miłością” pisał apostoł Jan w swoim pierwszym liście (1 J 4, 7-8. 11. 19), „Bóg jest radością, dlatego przed swój dom wystawił Słońce” – pisał Franciszek z Asyżu. „Tylko Bóg może odpowiedzieć na pytanie o dobro, ponieważ On sam jest Dobrem” pisał z kolei Jan Paweł II (encyklika Veritatis Splendor, 9). 

Czy ten kto medytuje nie szuka w swoim życiu radości? Nie czeka na miłość? Nie chce dobra? To wartości podstawowe, których każdy chce doświadczyć. Może więc niejeden ateista wierzy bardziej niż w „Boga” (zaznaczam obecność cudzysłowia, bo ateista nadal nie wierzy w postać boga, w tradycję związaną z Biblią itd, widzi za to co dla wierzącego jest emacją Boga – czyli Miłość, Radość i Dobro)  niż katolik, który porzucił duchowość i uczestniczy tylko w Kościele instytucjonalnym. Ale z drugiej strony wiele osób chodzi na jogę tylko po to, by pochwalić się przed znajomymi swoją oryginalnością. Często zdradzają, że piekielnie się tam nudzą, ale ktoś im powiedział że tak trzeba. Jest to substytut tatuażu lub kolczyka w powiece czy wardze – dla odróżnienia się od „reszty”. Mówią wtedy, że religia to bzdury bo „ksiądz jeździ drogim samochodem”, ale za to joga jest cool. Samo takie stwierdzenie każe się zastanowić nad rozumieniem Duchowości przez taką osobę.

Wreszcie są też sztuki walki zatracające człon „sztuka” i skupiające się na bijatyce. Trening karate Kyokushin w latach mojej młodości rozpoczynał się od medytacji. Trener podchodził do tego tak poważnie, że szybko znikały kpiące uśmieszki z młodzieńczych ust. Co więcej, trener spokojnym głosem kierował  w trakcie medytacji swoimi uczniami. Mówił o koncentracji na oddechu, wyrzuceniu z głowy wszystkiego innego, spojrzeniu w głąb siebie… Podobnie w czasie treningu często zwracano uwagę na stronę duchową Sztuk Walki. Taka medytacja to nie nie tylko domena Karate. Uderzające są wspomnienia fotografa, który przebywał w czasie niemal godzinnej medytacji przed jedną z walk Marka Piotrowskiego, byłego mistrza świata w kickboxingu. Tak samo najwięksi bokserzy potrafili zawsze przed walką znaleźć wewnętrzną równowagę z której płynęła potem ich odwaga i w dużej mierze siła. Wielu trenerów zapomniało jednak tradycyjnego ducha Sztuk Walki i wystarczy im kilka symboli: pas, karatega/kimono, naszywki szkoły karate, rękawice… „młócka”, w ten sposób mamy „Karate instytucjonalne” – zapominające o duchowej stronie Sztuk Walki. Rodzice nie posyłajcie dzieci na takie treningi!

Każdą najpiękniejszą ideę można w ten sposób zepsuć. Jednak także prawdziwą duchowość można odnaleźć wszędzie. Znam przypadki ateistów lubiących pójść do kościoła by tam w spokoju pomedytować – a może to, co w istocie robią to nic innego jak modlitwa do „Boga”, który nie jest smutnym starcem, ale faktycznie Miłością, Radością, Dobrem? W niektórych szkołach podstawowych z kolei propagowane są plakaty zakazujące medytacji, jogi, a nawet negujące Wschodnie Sztuki Walki. Ponoć w nich wszystkich ukrywa się szatan. Tymczasem to co tam wymienione, to formy duchowości, które autor tego plakatu postrzega jako konkurencję dla Kościoła. Ten ktoś ma jednak na uwadze tylko Kościół instytucjonalny – bo tylko taki może walczyć, negować inność, szkalować i we wszystkim co nie „swoje” dopatrywać się zła. Znamy też ideologię salaficką głoszącą, że tylko islam jest prawdziwy. Ci zapewne chętnie skorzystaliby z tego samego plakatu tylko zmieniliby krzyż na półksiężyc i dorzucili chrześcijaństwo – reszty nie zmieniając. Wszak to salafici zabraniają także medytacji, jogi, wschoidnich sztuk walki! Podobieństwa są uderzające i wcale nie przypadkowe. Mam za to przyjaciół muzułmanów, którzy rozumieją duchowość identycznie jak w pozytywnych przykładach wcześniej wymienionych. Niejeden ateista z kolei będzie chciał usunąć z przestrzeni publicznej i krzyż i półksiężyc, bo ranią jego uczucia. Każdy z nich broni własnej „instytucji”, nie zważając na istotę Duchowości.

Tak na prawdę to ideologie niszczą duchowość. Ideologie są z kolei bardzo chętnie wykorzystywane przez polityków. Religia jest najpotężniejszym narzędziem w rękach ideologów politycznych!

Każdy niech szuka swojej Duchowości nie negując innych, bowiem w istocie wszyscy, którzy ją odnajdą są znacznie bliżej siebie niż sądzą. Odnalezienie swojej drogi do Duchowości daje siłę wewnętrzną, dzięki której będzie łatwiej pokonywać trudności, o wiele łatwiej nawiązywać współpracę. Taka Duchowość pozwoli na dystans potrzebny do przeczytania i zrozumienia mapy, wyznaczenia azymutu i dążenia do naszych celów. Szukajmy tej duchowości i nie negujmy innych jej „rodzajów” bo każdemu w istocie chodzi o Dobro, Miłość i Radość. To właśnie wartości, których poszukuje Pozytywny wojownik.

Do Blog