Category Archives: Bezpieczeństwo Polski

Czy opłaca się być złym? Triada ciemnych cech osobowości.

Do trzech tzw. ciemnych cech osobowości ludzkiej zalicza się: makiawelizm, narcyzm i psychopatię. W skrócie można powiedzieć, że osoba cechująca się wszystkimi trzema atrybutami ciemnej triady jest egocentrycznym manipulatorem, przekonanym o swojej wyjątkowości przy równoczesnym braku szacunku do innych oraz skłonna do zachowań aspołecznych i niebezpiecznych także dla niej samej wskutek zaniku poczucia lęku przy jednoczesnej potrzebie doznań i impulsywności. Problemem jest to, że taka osoba posiada wszelkie możliwości by zrobić największą karierę w hierarchii społecznej osiągając najwyższe stanowiska, np.  polityczne. 

Z powyższego wynika że ciemna triada cech osobowych (za: Paulhus, Williams: The Dark Triad of Personality: Narcissism, Machiavellianism, and Psychopathy. „Journal of Research in Personality” 2002, vol. 36; Wojciszke, “Psychologia społeczna”), jest korzystna ponieważ daje możliwość szybkiego osiągania awansów poprzez cyniczne wpływanie na innych ludzi. Osoby takie traktują Władzę jako fetysz, a jednocześnie sam fakt osiągnięcia władzy usprawiedliwia ich przed nimi samymi z cech powszechnie uznawanych za negatywne.

Jeśli do tego dodać proces, nazywany przeze  mnie Dekadencją demokracji, która jest efektem obniżenia wymagań społecznych wobec rządzących i w ogóle polityków, to pojawia się idealne pole do funkcjonowania i gloryfikacji osób cechujących się właśnie “ciemną triadą”. Dość łatwo przecież wywołać wrażenie powszechnego i wszechogarniającego zagrożenia, przed którym ustrzec może tylko osoba “zdecydowana i radykalna”. Społeczeństwu trudno jest dostrzec, że te zagrożenia będąc po części realnymi, służą w istocie za projekcję “płomienia na ścianie jaskini“, potrzebną li tylko do osiągnięcia władzy przez osobę dla której w istocie nie liczy się zupełnie los osób którymi “włada”.

Pisząc o Dobru wspólnym twierdziłem, że opłaca się ono w perspektywie długofalowej – strategicznej. A więc bycie złym powinno opłacać się tylko w perspektywie krótkiej. Nie zmieniając zdania, co do korzyści płynących z dobra wspólnego, muszę niestety przyznać, że patrząc z punktu widzenia materialistycznego zło może się jednak opłacać w każdej perspektywie. Czy twierdzenia o konflikcie wewnętrznym, wyrzutach sumienia, humanistycznej tendencji do współpracy i pomocy innym, mogą mieć znaczenie w tym rachunku “mieć czy być”? Wszak mówimy o psychopacie, narcyzie z satysfakcją manipulującym innymi.

A więc może się opłacać bycie “złym” także w polityce, podobnie jak może się opłacać bycie złodziejem, który kradnąc majątek osobie ciężko pracującej całe życie odnosi szybki “sukces”. Jeśli taka osoba ma odpowiednie możliwości wpływania na instytucje państwa to “sukces” taki może okazać się permanentny. Rolą instytucji państwowych, ale też, gdy one zawodzą – społeczeństwa jest piętnowanie takiego “sukcesu” i nie pozwalanie na to aby takie “ścieżki kariery” stawały się normą.

Machiavelli uznawał, że człowiek jest z natury zły i silna władza musi go “poprawiać”. Władza natomiast pochodzi od Boga i ludziom nic do tego kto ją sprawuje. Z bardzo podobnego założenia wychodzi wielu polityków, a z pewnością ci cechujący się “ciemną triadą”. Jednakże z drugiej strony system demokratyczny zakłada, że ludzie powinni wyłaniać spośród siebie najlepszych (i dbających potem o dobro wspólne), do sprawowania władzy jako urzędu warunkowo przyznanego przez “suwerena”.

W pierwszym przypadku szczęście społeczeństwa zależne jest więc od tego na jakiego rządzącego “trafi”. W drugim, społeczeństwo zmanipulowane przez osobę cechującą się “ciemną triadą”, może nieopatrznie wybrać taką osobę/takie osoby, które za pomocą propagandy i rozdawnictwa (bez względu na konsekwencje) będą się starały następnie utrzymać przy władzy jednocześnie likwidując filary systemu demokratycznego. Oba przypadki znamy z historii, ale nierzadkie są także współcześnie. Pamiętajmy że Efekt Lucy Phere to proces działający powoli, stopniowo, który po przekroczeniu pewnej niezauważalnej “cienkiej czerwonej linii”, jest trudny do odwrócenia lub nawet niemożliwy bez poważnych ofiar.

Dlatego też świadome społeczeństwa, o wysokim poziomie rozwoju cywilizacyjnego, mają większe szanse na takie kontrolowanie władzy, by nie pozwolić na destrukcję systemu demokratycznego, po której pozostaje tylko liczenie na traf losu który da im “dobrego władcę”. Najlepiej by było, by nie dopuszczać osób niewłaściwych do władzy, ale jest to trudne z uwagi na łatwość manipulacji za pomocą haseł populistycznych. Oczywiście społeczna kontrola władzy nie zawsze przynosi właściwe efekty nawet w przypadku społeczeństw o najwyższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego.

Dlatego potrzeba stałej pracy i aktywności w budowaniu samoświadomości społeczeństw, struktur aktywności społecznej, organizacji pozarządowych. Do tego procesu powinni, dla własnego dobra, włączać się prywatni przedsiębiorcy, którzy osiągnęli już sukces finansowy i dysponują odpowiednimi środkami. Powinni oni pamiętać, że nie osiągnęli tego sukcesu “jednoosobowo”, ale korzystali w różny sposób z pomocy wielu osób.  Profesor Zimbardo mówi w takim przypadku o mecenacie, jako o zwracaniu społeczeństwu części tego kapitału jaki się na nim zarobiło. Wtedy właśnie makiaweliczny i narcystyczny psychopata nie będzie mógł sprawować władzy długo ponieważ zostanie “rozpoznany” przez społeczeństwo.

Geopolityczne “urządzenie mechaniczne”

Geopolitykę można przyrównać do potężnych trybów wzajemnie się zazębiających, ale też trących o siebie i miażdżących wszystko, co nieopatrznie wpadnie pomiędzy nie.

Mniejsze trybiki (średnie i małe) mogą być ważną częścią mechanizmu, ale jeśli nie rozumieją schematów działania i nie umieją znaleźć swojego miejsca, zostają starte na proch.

Jeśli przy tym znajdują się w peryferyjnych obszarach urządzenia, mogą luźno się z nim wiązać, a mimo to przetrwać. Jednak te w centrum i w pobliżu potężnych trybów, nie mają takiego luksusu. Z resztą i te na peryferiach mogą okazać się kluczowe, a wtedy ich poluzowanie zostanie wykorzystane i maszyneria przejmuje nad nimi kontrolę, aby działały tylko na korzyść wielkich.

Średnie, a nawet małe trybiki, nie są zupełnie bezwolne bo buntując się przeciw kierunkowi urządzenia mogą je zdestabilizować a nawet rozsadzić, ale ich samych to nie uratuje. Nie staną się przez to ważniejsze, chyba że wartością jest dla nich “sława Herostratesa”…

Nie twierdzę więc, że te mniejsze, ale położone strategicznie trybiki, mają być uległe i pokorne, ale na pewno muszą być uważne i mądre. Przede wszystkim potrzebują znać schemat całego mechanizmu oraz rozumieć sens jego działania – cel do jakiego zmierza całe urządzenie, jego misję, oraz posiadać własną strategię budowania swojej pozycji w nim. Jeśli natomiast jedno z tych małych kółeczek zębatych, zupełnie nagle, bez planu, przygotowania, bez wizji strategicznej zaczyna obracać się w stronę przeciwną od pozostałych, to czy odwróci pracę całej machiny?

Znajdą się tacy, którzy w tym miejscu odpowiedzą przytaczając opowieść o Goliacie i Dawidzie. Tyle że między interakcjami indywidualnymi z jednej strony a polityką i “urządzeniem” geopolitycznym, z drugiej, różnica jest mniej więcej taka, jak miedzy fizyką kwantową, a klasyczną. Niby nazwa podobna, ale zasady w niej panujące różne. W geopolityce Dawid nie pokonuje Goliata!

Małe i średnie tryby mogą budować swoje znaczenie, wzmacniać relacje i stawać się coraz ważniejszymi, awansując stopniowo. Jednak fundamentalne zagrożenie pojawia się wtedy, gdy średni tryb nie widzi ważnych zależności, albo się nimi nie przejmuje sądząc, że te potężne będą o nie dbać bo tak zapisano w “piątym punkcie” instrukcji obsługi. Przecież “tryby” nie mają sumienia, zasad ani uczuć! Liczy się dla nich skuteczność i tylko to.

Wielkie silne tryby mogą stracić impet w razie zacięć czy silniejszych tarć, ale zwykle przetrwają, nawet gdy popełnią poważne błędy. Średnie i małe powinny być bardziej uważne, bo uporczywe trwanie w błędzie kończy się ich zniszczeniem.

*

Ważne jest też to, że gdy jedno z potężnych kół zamachowych w końcu ulega rozpadowi, pojawia się wiele jego pozostałości, drobin i części żelastwa bezładnie rozsypującego się po całym mechanizmie. Inne tryby działają przez jakiś czas swobodniej, ale muszą być szczególnie uważne, bo mogą trafić na te resztki złomu. Te bezładnie poruszające się w mechanizmie drobiny złomu, a czasem sporych rozmiarów fragmenty żelastwa, pozbawione swojego koła, w którym pracowały w harmonii większej czy mniejszej, stają się bardzo niebezpieczne dla innych zazębiających się trybów. Jeśli się między nie dostaną, mogą zetrzeć im zęby, a nawet zupełnie je połamać.

Jednocześnie w przestrzeni geopolitycznej urządzenia nie może być próżni. Trwa wzmożona praca wszystkich innych kółek, aby miejsce po upadku potężnego trybu zagospodarować. Można wtedy sporo zyskać lub wszystko stracić. Jeśli niewielkiemu trybowi uda się zyskać więcej niezależności, może kręcić się szybciej i bezpieczniej, to nie powinno się czynić z tego zarzutu, że nie stał się od razu największym trybem decydującym o innych. Taki awans wymaga długiej pracy i najczęściej właśnie w ramach dobrze działającej maszynerii. Małe kółko nie urośnie natychmiast tylko dlatego, że obok niego znikło duże. No chyba że wykorzysta części złomu po nim, ale takie “doklejanie” części jest bardzo trudne i zrastanie się ich z trybem długotrwałe i często nastręcza wielu problemów.

*

W maszynie nie ma takich zakątków, gdzie jakakolwiek część mogłaby być zupełnie swobodna – niezależna i zmierzać w jaką chce stronę. Trybik, który tak sądzi, żyje w iluzji która może go popchnąć w kierunku poważnych zagrożeń. Walka rybika z całą maszynerią jest skazana na klęskę. Nawet największe tryby w dużej mierze modelujące działanie maszyny, także nie mają swobody. Muszą być smarowane, serwisowane i nie mogą pokonywać oporu zbyt wielu innych trybów, gdy te chcą zmiany. Mimo więc że mają większy wpływ na całość to jednak także od tej całości są uzależnione. Maszyna nie zawsze działała tak jak dzisiaj. w 1789 jeden trybik mógł wpłynąć na zmianę wszystkich albo chociaż wielu. Wielkie za to miały władzę znacznie większą. Dziś machina się zmieniła. Jest bardzo rozbudowana i skorelowana. Zależności są znacznie większe i znacznie więcej części funkcjonuje wewnątrz. Niektóre są mniej widoczne, ale bardzo ważne, inne głośno działają, ale ich znaczenie jest mniejsze.

Władza jako fetysz

a0549117249_10Do władzy można dążyć z różnych pobudek. Państwowiec będzie chciał za jej pomocą prowadzić politykę, zarówno wewnętrzną i zewnętrzną na jak najwyższym poziomie, dla dobra własnego, jak i wspólnego. Dlaczego? Bo państwowiec wie, że dobro wspólne jest korzystne dla niego samego – długofalowo, strategicznie. Bywa (rzadko) państwowiec altruista, ale to inna kwestia i trudno, aby taka osoba osiągnęła władzę na poziomie państwowym.

Radykał natomiast, we władzy będzie widział narzędzie do zawężania przestrzeni politycznej do własnych ideologii i “wtłaczania” w nią całego społeczeństwa. Radykał mający władzę w swojej grupie (sekta, partia, ruch), może wykluczać z niej osoby nie utożsamiające się z tą grupą ideologicznie, co jest w pełni zrozumiałe.  Problem pojawia się wtedy, gdy radykał przejmuje władzę w państwie, ponieważ wtedy zawęża swoje postrzeganie dobra wspólnego do tej części społeczeństwa, która podziela jego ideologię i tam zaczyna upatrywać “prawdziwych patriotów”.

W takim razie dąży do podziału na tych, których można przekonać, że ta jedna ideologia jest właściwa i wykluczenia ze swojej grupy tych, których się “wtłoczyć” do takiej grupy nie uda. Tylko że w tym przypadku, jako grupę, postrzega całe państwo nie bacząc na mniejszości, inne ideologie, opozycję polityczną itd. Tak określony radykał, nie jest więc z pewnością państwowcem, ponieważ nie dostrzega możliwości funkcjonowania różnorodności, w tym mniejszości narodowych. Co więcej nie jest też narodowcem, bowiem Naród, bez politycznych manipulacji, nie jest jednolity ideologicznie, a z pewnością politycznie.

Także w przypadku radykałów można pokusić się o kolejne rozróżnienie. To zawężanie może radykałowi służyć do ekspansji (np Hitler w czasie II WŚ) lub do po prostu posiadania władzy “po wsze czasy”. W tym drugim przypadku brak jest głębszych ideologii, a wszystko podporządkowane jest utrzymaniu władzy. Wszystko co może zagrozić temu celowi (utrzymanie władzy) jest atakowane za pomocą wszelkich możliwych środków. Władza staje się więc fetyszem – wszystko inne traci znaczenie. Oczywiście, jest w stanie uzasadniać konieczność utrzymania władzy we własnych rękach rzekomymi spiskami – wewnętrznymi czy międzynarodowymi, posiadaniem jedynej recepty na dobrobyt itd.

O ile radykał “ekspansjonista” potrzebuje jednak jakieś współpracy, szuka porozumień międzynarodowych, przynajmniej doraźnych, o tyle “fetyszysta” u władzy będzie się izolował. W najbliższym kręgu będzie chciał mieć ludzi o identycznej ideologii, ale bez ambicji związanej z przejęciem władzy. Będą więc to ludzi bezwzględnie posłuszni i jednakowo myślący. Ich kompetencje mają znaczenie trzeciorzędne. Wskutek tego, rządzący “fetyszysta” nie będzie w stanie ustępować, a nie potrafiąc zawierać kompromisów, otaczając się ludźmi bez kompetencji, ale silnie umotywowanymi ideologicznie, będzie się kompromitował.

Jednakże sam fakt że władzę przejął, świadczy o inteligencji. Potrafi przekonać do siebie wystarczającą do wygrywania wyborów część społeczeństwa, za pomocą najlepiej dobranego zestawu haseł, których wygląd – brzmienie, mają być związane z własną ideologią, ale w istocie sens polityczny czy gospodarczy nie mają żadnego znaczenia. “Fetyszysta” sądzi,  że jego inteligencja wystarczy za kompetencje podwładnych na kluczowych stanowiskach związanych z utrzymaniem władzy a więc związanych z resortami siłowymi (przede wszystkim wywiad, wojsko i policja) oraz wymiarem sprawiedliwości. Szuka za to fachowców w tych resortach, które mogą przeciągnąć do jego obozu większą grupę społeczeństwa ale nie zagrażają jego władzy.

“Fetyszystę” u władzy demaskuje:

  1. brak kompetentnych ludzi na kluczowych stanowiskach (siłowe i szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości) – bowiem trudno jest znaleźć wielu absolutnie wiernych i wyznających tą samą ideologię ludzi o najwyższych kompetencjach.
  2. brak realnej skłonności do zawierania kompromisów, co zawęża pole współpracy do ludzi gorliwie wyznających tą samą ideologię, ale bez ambicji i ludzi gotowych przyjąć każdą ideologię dla kariery, a więc konformistów bez tzw. kręgosłupa, gotowych na wykonanie każdego polecenia.
  3. brak realnego dialogu ze społeczeństwem co przejawia się “przykrywaniem” wszystkich niepowodzeń propagandą sukcesu lub przemilczaniem niewygodnych faktów w usłużnych mediach.
  4. łatwo ten rodzaj władzy rozpoznać po mediach, w których ma kontrolę. Radykał-ekspansjonista  mający szersze cele (jak wspomniano szuka kompromisów) w mediach będzie dopuszczał do innych zdań i przekonywał, że sam ma rację (przykład Russia Today). “Fetyszysta” zawęzi przekaz do (najlepiej) własnej osoby lub osób absolutnie mu wiernych.
  5. obawa, że ludzie spoza najbliższego kręgu  nie rozumieją w pełni ideologii. Będzie więc im mówił do jakich treści mają się ograniczać. W polityce nazywa się to “przekazem dnia”, ale tenże przekaz może być wyjaśnieniem strategii, założeń czy treści z posiedzenia, a może też zwyczajnie zawężać pole wypowiedzi do wybranych tez przywódcy “fetyszysty”.

Rozpoznanie przywódcy “fetyszysty” przez społeczeństwo kończy jego władzę.

Dekadencja demokracji i jak jej przeciwdziałać

democracy

“Dekadencja demokracji” – w ten sposób nazywam sytuację, w ktorej zachodzą dwa procesy powodujące efekt negatywnej synergii:

1. Główne partie polityczne (zarówno rządzące jak opozycyjne), wszystkie swoje działania podporządkowują socjotechnicznym metodom tak dobranym, aby wygrywać wybory i/lub jak najdłużej utrzymywać się przy władzy, bez względu na faktyczne dobro wlasnego Państwa.

2. Społeczeństwo przywyka do powyzszego charakteru polityki przestając wymagać uczciwości, dbania o faktyczny interes narodowy i dobro wspólne (opisane tutaj: https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/03/4219/).

Drugi punkt charakteryzuje się tym, że zamiast kontroli społecznej, obywatele dzielą się na bezkrytycznych zwolenników danych obozów, którzy wszystko wybaczą “swoim”, bo ważniejsza od uczciwości i kompetencji polityków jest walka z innymi obozami.

W to pojęcie dekadencji demokracji wpisuje się bardzo niedobrze brzmiące okreslenie: “postprawda”. Coś co może było żartem niestety dobrze ilustruje problem upadania demokracji bowiem ideowość i jakiś poziom zaufania jest potrzebny dla utrzymania rozwoju cywilizacyjnego i praw człowieka. Postprawda to określenie wskazujące że o jakimkolwiek zaufaniu nie będzie już mowy. A więc i umowy społeczne przestają obowiązywać.

Straty dla całego Państwa są w takim systemie ogromne bowiem większość energii zarówno rządzących, opozycji jak i popierających ich zwolenników wśród społeczeństwa kierunkowana jest na sam konflikt i pokonanie “wroga” a tylko niewiele jej pozostaje na budowanie rozwoju Państwa.

Dlatego też politycy mogą bez skrępowania po wyborach odwoływać obietnice wyborcze – “bo wiadomo, że taka jest polityka”, czy mianować ministrów, których się wykluczało w kampanii choćby nie posiadali kompetencji.

To proces w mojej opinii pogłębiający się w całym świecie zachodnim, ale w Polsce jest szczególnie niebezpieczny z uwagi na sytuację geopolityczną i słabszy rozwój gospodarczy niż państw zachodnich.

Dekadencja to jeszcze nie upadek, ale stopniowe pogarszanie standardów grożące całkowitą zapaścią i zmianą systemu politycznego. Drogą do naprawy jest zwiększona świadomość społeczna i odbudowanie kontroli polityki przez społeczeństwo, które nie akceptuje niedotrzymywania umów polityków ze społeczeństwem. Innymi słowy, wiedząc “jaka jest polityka”, nie ułatwiajmy politykom rezygnacji z działania na rzecz dobra wspólnego.

W odbudowie społecznych mechanizmów demokratycznych ważną rolę odgrywają liderzy. Nie tylko ci poziomu 4 i 5, ale też pierwszego, których powinno być w rozwinietym cywilizacyjnie społeczeństwie wielu. Pisałem o tym tutaj: https://mmilczanowski.wordpress.com/2017/01/03/4219/

Bardzo istotna jest tu rola mediów jako tzw IV władzy. Tak jak społeczeństwo powinno większać świadomość tak media muszą odbudować swoją ideowość m.in. poprzez zwiększenie wymagań zarówno fachowych jak i etycznych we własnym środowisku.

Dobro wspólne: czy się opłaca?

image_gallery

Współpraca vs interes własny

Jednym z najczęściej podejmowanych problemów jakimi zajmuje się filozofia, jest pytanie o sens życia. W tym rozważaniu bardzo istotne miejsce zajmują pojęcia dobra i zła. To co służy realizacji celu jednego człowieka, może komuś innemu uniemożliwiać realizację jego zamierzeń. Biorąc pod uwagę mechanizmy rządzące światem, warto zadać pytanie, czy zasadnym jest w ogóle rozpatrywanie kwestii dobra i zła?

Może znaczenie ma tylko to, ile zyskam i czy będę w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo i rozwój, nie bacząc na los “innych”. Czy “ja” w tym znaczeniu to jednostka, rodzina (klan), naród czy grupa wyznaniowa, nie ma zasadniczego znaczenia. Chodzi o postrzeganie dobra jako “mojej” korzyści, albo jako dobra ogółu. Jednakże w istocie zdecydowanie częściej w świecie dominują postawy nastawione na interes partykularny. Już sofiści w starożytnej Grecji uczyli, jak manipulować przekazem społecznym, aby wydawało się, że naszym celem jest dobro ogółu, podczas gdy prawdziwy cel pozostawał nieprzenikniony. Dopiero w razie uzyskania poparcia społecznego i np. objęcia jakiegoś ważnego stanowiska okazywało się do czego w istocie taka osoba zmierza.

Z jednej więc strony w nauce przewija się motyw wspólnego dobra, ale w praktyce politycznej, jest on zwykle pomijany. Szczególnie dzieje się tak na szczeblu międzynarodowym. Mimo więc, że posługujemy się wielorakimi teoriami dowodzącymi korzyści płynących z partnerskiej współpracy, to jednak w najważniejszych kręgach politycznych niepodzielnie króluje myśl Niccolo Machiavellego. Dlatego taka organizacja jak ONZ jest nieefektywna w realizacji swojego pierwotnego i fundamentalnego celu, jakim jest “zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego[1].

Powstało wiele opracowań, koncepcji religijnych czy zasad etycznych związanych z humanitarnym postrzeganiem świata i mówiących, że trzeba być po prostu dobrym dla drugiego człowieka nie dlatego że to się opłaca, ale dlatego, że to jest właściwe. Całe systemy religijne zostały uporządkowane tak, aby nie krzywdzić w ogóle lub tylko w akcie obrony przed agresją. Systemy etyczne i prawne mają przecież ten sam cel w założeniu. A jednak znajdujemy tysiące furtek, które pozwalają nam na uzasadnienie agresji i czynienie zła.

Liderzy

Dlatego tak ważna jest rola liderów (nie wodzów), którzy rozumieją szerszy kontekst – widzą kilka kroków dalej. Innymi słowy potrafią posługiwać się strategią, a nie tylko taktyką. Nauka nie jest więc w błędzie dowodząc, że współpraca jest lepsza niż walka o interes partykularny, ale aby to zrozumieć i zastosować umiejętnie, potrzeba ludzi kompetentnych w dziedzinie leadership. Jim Collins wyszczególnia pięć poziomów leadership. Od dołu są to cztery w pewnym sensie tradycyjne ujęcia tej kwestii:

  1. Naturalny przywódca stanowiący przykład dla własnego otoczenia.
  2. Lider niewielkiego zespołu.
  3. Sprawny manager w organizacji.
  4. Lider przełamujący schematy i wyznaczający nowe.

Poziom piąty leadership to lider, który ma wszystko to co na poziomie czwartym, ale też potrafi budować struktury, zespoły zadaniowe, motywować i budować współpracę zarówno wewnątrz jak i z partnerami. Taki lider potrafi przenieść przedsiębiorstwo na zupełnie inny poziom funkcjonowania. Niezbędnym fundamentem takiego leadership jest zbudowanie zespołu złożonego z liderów trzech pierwszych poziomów, a więc ludzi potrafiących samodzielnie działać zgodnie z dyscypliną strategiczną wprowadzaną przez przywódcę. Fundamentem jest jednak swoboda działania pozostawiana członkom zespołu i wzajemne zaufanie.

Bardzo istotne jest tu poczynienie jednego zastrzeżenia wynikającego z moich rozmów w portalach społecznościowych gdzie często mylnie rozumie się współpracę lub porozumienie a nawet dialog. Współpraca nie oznacza zawsze pełnej zgody, całkowitej akceptacji, porozumienie nie oznacza jednomyślności a dialog nie oznacza że trzeba sobie jedynie przytakiwać. Czasem potrzeba nawet trudnych kompromisów. Jednak wytworzenie atmosfery zaufania (choć względnego) pozwoli później przekuć kompromis w win-win. Bez tak rozumianego dialogu, porozumienia i współpracy nie ma społeczeństwa a jest tylko wojna.

Rola lidera w państwie 

W przestrzeni państwowej społeczeństwa dobrze rozwinięte cywilizacyjnie posiadają wielu takich liderów poziomu co najmniej pierwszego. Tacy ludzie są w dużej mierze impregnowani na partyjną propagandę i potrafią dostrzec nieprawidłowości także w stronnictwie, które sami popierają. To sprawia, że politycy podlegają społecznej kontroli. Najbardziej wartościowa i efektywna kontrola społeczna płynie z obozu popierającego daną partię.

Społeczeństwa pozbawione liderów, szukają jasnych kwantyfikatorów prawdy/fałszu, przyjaciela/wroga co jest skwapliwie wykorzystywane przez politycznych wodzów. Polityczny wódz nie jest przywódcą, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że dzieląc lub wykorzystując podziały społeczne powoduje nieuchronne i duże straty dla całego państwa ale też regionu, organizacji itd.  Ich interes partykularny jest także często bardzo doraźny i dla nich samych często sytuacja staje się dramatem. Wojna wzmacnia radykalizmy a te postrzegają interes bardzo specyficznie zawężając go do najbardziej lojalnych bliskich współpracowników. Prędzej czy później w tak wąskim i radykalnym środowisku ostrze konfliktu kieruje się w stronę wodza lub jego środowisko. Takie społeczeństwa bez liderów dając się łatwo podzielić na plemiona toczą nieustanną walkę. Nie może nie być wroga. Jeśli nie ma go realnego to szybko się go tworzy za pomocą propagandy. Najlepiej w jakiejś grupie słabszej, aby łatwo zaakcentować dominację. Potrzeba też wrogów permanentnych i potężnych aby stan mobilizacji był nieustanny. To nie daje poczucia bezpieczeństwa (wszechobecne spiski i podstępy) ale daje poczucie siły i dumy oraz misji związanej z “heroicznym” zwalczaniem potężnych sił wrogich.

Wnioski

Jim Collins zauważa, że liderem nie musi być postać z pierwszych stron gazet,czy znana z mediów. Takie dobrze znane osoby to często celebryci sprawnie posługujący się PRem, a nie realni liderzy, choć wśród nich także liderzy mogą się pojawiać. Liderem może też być każdy kto jest otwarty na naukę oraz na rozmowę. Lider zawsze się uczy, ale i też zawsze rozmawia. Nie zamyka się przed innymi opiniami a wręcz przeciwnie, zawsze szuka w nich sensu, którego sam nie rozumie i zastanawia się dlaczego inaczej postrzega rzeczywistość. Natomiast wódz w tym miejscu po prostu mówi o spisku, złej woli lub przekupstwie. Oczywiście ludzie kierują się różnymi motywami ale bez rozmowy nie dowiemy się tego, a więc zamykanie możliwości dialogu – nawet niewygodnego świadczy o braku kompetencji lidera, a co za tym idzie braku kompetencji do działania politycznego. Wszyscy powinniśmy odrzucać proste rozwiązania podzielone na czarno-białe strony konfliktu, podsuwane przez politycznych wodzów i szukać tych polityków, którzy widzą szarą przestrzeń pomiędzy nimi i potrafią dyskutować.

Dobrem więc będzie tylko dobro wspólne. Szukanie win-win ma wielki sens także dla silniejszego. Win-lose zwykle w perspektywie strategicznej zmienia się w lose-lose. Oczywiście od każdej zasady można znaleźć wyjątki, ale zawsze warto postarać się odrzucić propagandę, a poznamy ją po tym że zwykle mówi, iż “inni”muszą przegrać by “nasi” mogli wygrać. Arystoteles określał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A więc win-win.

[1]     Charter of the United Nations, Principles, art. 1, pkt. 1, 1945.

Nacjonalizm a Patriotyzm

W związku z moimi częstymi odniesieniami do ekstremizmu w postaci nacjonalizmu bądź tzw. radykalizmu religijnego, pragnę wyjaśnić jak widzę tę kwestię. W mojej wypowiedzi dla TVP Info z dn. 18.09.2016 stwierdziłem, że radykalizm narodowy tak samo jak islamski jest niebezpieczną drogą, degenerującą wewnętrzne i zewnętrzne funkcjonowanie państwa. Od razu zastrzegam się, że nie deprecjonuję zagrożenia ze strony terroryzmu islamskiego, a jedynie odnoszę się do tezy jakoby nacjonalizm polski był lepszy od nacjonalizmów innych narodów.

 Zacznę od przytoczenia cytatu z Jana Pawła II, który stanowi wyznacznik wartościujący pojęcia patriotyzmu i nacjonalizmu lepiej niż słowniki: „Należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny. Prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych. To bowiem przyniosłoby ostatecznie szkody także jego własnemu krajowi, prowadząc do negatywnych konsekwencji zarówno dla napastnika, jak i dla ofiary. Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego «fundamentalizmu»”.

(Jan Paweł II, Przemówienie Ojca Świętego do Zgromadzenia Ogólnego ONZ, Nowy Jork, 5 października 1995, w: L’Osservatore Romano (edycja polska), 11-12/1995, s. 7.)

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że tylko radykalizm prawicowy może się “pozbyć” radykalizmu islamskiego, ponieważ wszelkie inne drogi już zawiodły. W związku z tym każdy kto nie jest nacjonalistą, musi być lewakiem planującym zniszczyć kulturę narodową albo islamskim terrorystą. Nie ma więc już miejsca na patriotów o innym niż nacjonalistyczne nastawieniu.

Taki konstrukt myślowy jest czystą demagogią, niemal wprost przeszczepianą do  świadomości społeczeństw za pomocą politycznych propagandzistów. Cały nasz dorobek kulturowy, wiedza i edukacja będąca konsekwencją całej myśli filozoficznej, socjologicznej czy psychologicznej w takiej narracji traci zupełnie na znaczeniu, bowiem jest wrzucana do “worka” z napisem “zła poprawność polityczna”. Ja nie mam pewności, czy ten proces prowadzący w prostej linii to ostatecznych podziałów na radykałów różnych odcieni i otwartej konfrontacji (czytaj wojny domowej w skali europejskiej) jest odwracalny czy już nie, jednak dopóki otwarta wojna między “prawakami”, “lewakami” i “islamistami” i Bóg wie kim jeszcze nie wybuchła, trzeba wołać o rozsądek, ponieważ cała nasza wiedza cywilizacyjna opiera się na nauce, która mówi że radykalizm jest przyczyną nieszczęść. Niestety jak widać ani faszyzm, komunizm ani czystki etniczne w byłej Jugosławii niczego nie nauczyły części społeczeństwa, która niebezpiecznie rośnie w siłę.

Znów słyszę z ust Pana Terlikowskiego, (w programie red Pospieszalskiego sprzed kilku dni), że nasz – polski nacjonalizm nie jest porównywalny z hitlerowskim, bo jest oparty na patriotyzmie i chrześcijaństwie. Jest więc pozytywny, choć sam redaktor Terlikowski szybko dodaje że go nie popiera. Dlaczego nie popiera skoro widzi same pozytywy? Czy to przejaw poprawności politycznej? Może jednak wie, że Hitlerowcy całą swoją ideologię opierali właśnie na uskrajnionym patriotyzmie – który przerodził się w faszyzm i w dużej mierze także na Chrześcijaństwie (mimo że narodowy socjalizm nie zawierał bezposrednich odniesień do religii, to jednak w warstwie propagandowej wykorzystywano wiarę zapewne w kontrze do m.in. Komunizmu lub po prostu dla motywacji części społeczeństwa, a szczegolnie wojska). Red Terlikowski jest zbyt inteligentnym człowiekiem, aby nie wiedzieć jak mroczne i niebezpieczne demony wywołuje. Zapewne po prostu, tak jak większość polityków na świecie jest przekonany, że “nasza” – dobra władza utrzyma ogień radykalizmu pod kontrolą. Jednak trzeba wiedzieć, że tego ognia kontrolować się nie da i może on przynieść zgubę narodom i państwom. Zofia Posmysz, która przeżyła pobyt w obozie Auschwitz, obserwując wzrost agresji przestrzega, że Auschwitz może się powtórzyć. Ludzkość nie zmieniła się niestety wiele przez ostatnich sto lat.

Jeśli do tego dodać łatwość infiltracji najbardziej radykalnych środowisk przez czynniki wrogie z zewnątrz, obraz chaosu powodowanego przez nacjonalizm staje się bardziej klarowny. Im więcej konfliktów wewnętrznych i im ostrzejsze tym łatwiej na nie wpływać z zewnątrz. To prawda tak oczywista, że niemal aksjomatyczna. Warto mieć tego świadomość nawet będąc obozie radykalnym i dobrze rozeznać swoje otoczenie, a nie podchodzić do liderów bezkrytycznie.

Około rok temu za zaproszenie Pana Krzysztofa Bosaka, miałem okazję odbyć spotkanie z grupą Młodzieży Wszechpolskiej w Rzeszowie, które zapoczątkowałem wykładem o moim udziale w misji ONZ pomiędzy Izraelem i Syrią oraz w Iraku. Mimo iż zdaję sobie sprawę z postaw tej młodzieży, nasza rozmowa przebiegała w świetnej atmosferze. Nie zgadzaliśmy się, ale zachowaliśmy wzajemny szacunek. Dla wielu osób z zewnątrz, sama przynależność do MW świadczy o nacjonalizmie, gdy tymczasem wielu z tych młodych ludzi jest prawdziwymi patriotami. Nie widzą często innego sposobu manifestowania swojego przywiązania do Ojczyzny. Natomiast przy niewłaściwych liderach łatwo jest ich popchnąć w stronę ekstremizmu, dlatego tak ważne kto z tą młodzieżą rozmawia i jakie treści jej wpaja.

Moja wypowiedź w TVPInfo dotyczyła zamachów w Nowym Yorku z 17 września 2016 roku. Wielu chciałoby wmówić społeczeństwu, że islamski terroryzm jest dziś jedynym prawdziwym zagrożeniem, a strona prawa – obojętne jak radykalna – jako jedyna może obronić społeczeństwo. Warto więc spojrzeć na statystyki zaczerpnięte z Washington Post (When should a shooting really be called ‘terrorism’?)

imrs-1

Takich statystyk jest bardzo dużo i trzeba sporej zręczności manipulatorskiej żeby odwrócić ten obraz i przyznać palmę pierwszeństwa radykałom islamskim. Organizacji neo-faszystowskich, rasistowskich i wszelkiego typy innych skrajnych radykalizmów jest w USA bardzo wiele.

Jednocześnie wiele jest też organizacji radykalnych islamskich. O Salafitach w Europie pisałem także (Państwo Islamskie: wojna ideologii, a nie religii) i uważam, że to oni i posiłkujące się ich ideologią organizacje terrorystyczne są największym zagrożeniem dla Europy jeśli chodzi o zamachy. Jednak radykalizm prawicowy (czytaj nacjonalizm) jest równie niebezpieczny bo dzieli społeczeństwa i nie szanuje innych grup społecznych. Nie cierpi tolerancji, jest ksenofobiczny.

A więc nacjonalizm TO NIE JEST PATRIOTYZM!

Patriotyzm to postawa ukierunkowana na dobro ojczyzny, a nie jednej grupy społecznej. Patriotyzm to postawa budująca dialog między partiami (zaznaczam że nie zgodę – tylko dialog) dla dobra całego kraju, a nie niszcząca opozycję – jak dzieje się to np. w Turcji ale też na Węgrzech. Patriotyzm to też pokora, pozwalająca zrozumieć, że nie mam monopolu na rację, nie wiem wszystkiego, część racji mogą mieć przeciwnicy polityczni (tak zawsze jest), a więc trzeba rozmawiać, trzeba uśredniać poglądy, bo to istota demokracji. Ta średnia nie ma być arytmetyczna – a raczej polegająca na “Złotym środku” Arystotelesa, i to demokratycznie wybrana władza w wyniku dialogu ze społeczeństwem i opozycją decyduje ile tez innych od ideologii partii wykorzystać.

Wreszcie patriotyzm to zdolność do samokrytycyzmu pozwalającego na ciągłe doskonalenie. Oczywiście już słyszę, i czuję złość prawicowych czytelników, że przecież samobiczujemy się ciągle i stąd nasze kompleksy. I to racja! Jesteśmy zakompleksieni przez edukację i myślenie o porażkach. Wychowani jesteśmy na martyrologii. Trzeba więcej husarii, więcej Sobieskiego pod Wiedniem, więcej bitwy Warszawskiej, więcej zwycięstwa Solidarności kosztem porażek w lekcjach naszej historii. Ale też zakrzykując, negując własne winy historyczne, a jedynie z pełną siłą piętnując cudze wobec siebie, nie budujemy “Silnej Polski”, lecz małą, zakompleksioną, skłóconą i w dużej mierze śmieszną. Taka postawa, połączona z agresywnym hejtem pelnym przerzucania sie linkami do najbardziej skrajnych stron internetowych (czym można udowodnić dokladnie każdą tezę) powoduje, że nasze awatary na twitterze czy facebooku z husarią a nawet marszałkiem Piłsudskim czy kotwicą urągają ich znaczeniu i pamięci. W oczywisty sposób wypaczając historię dajemy świadectwo naszej degeneracji cywilizacyjnej, a zatem urągamy samemu patriotyzmowi. Znów zaznaczam że nikt tu nie mówi o równowadze. Jeśli z całą mocą zaakcentujemy nasze cechy narodowe, dzięki którym odnosiliśmy i wciąż odnosimy sukcesy, ale i potrafimy przyznać się do błędów to to dopiero będzie świadczyło o naszej wyjątkowości i wielkości. To prawdziwy PATRIOTYZM. Patriotyzm to szacunek dla symboli ale i polskiego munduru, to szacunek dla urzędu Prezydenta (niezależnie kto nim jest), szacunek dla Sejmu (niezależnie kto w nim zasiada). Szacunek oczywiście nie uniemożliwia krytyki – ale krytyki jednostek a nie partii, działań i czynów, a nie stanowisk.

Jeśli ktoś twierdzi, że polski naród jako jedyny na świecie i w całej historii nigdy nie dopuścił się niczego niegodnego, naraża się na śmieszność i ostracyzm. Ośmieszając własną ojczyznę nie stajemy się patriotami. Patriotyzm nie jest w kontrze do poziomu cywilizacyjnego – jest więc w takim sensie przeciwnością nacjonalizmu, bo ten neguje dorobek nauki promując mitologię – kosztem wiedzy i brutalizując relacje wewnętrzne kosztem dialogu.

Wśród zwolenników PiS jest wielu wspaniałych patriotów, z którymi nawet o najtrudniejszych tematach i bez zgody, można jednakże rozmawiać. Nie zgadzam się więc gdy ktoś ze środowisk tzw. liberalnych  twierdzi, że nie ma w PiS rozsądnych ludzi, podobnie jak nie zgadzam się z niektórymi zwolennikami PiS, że po stronie np PO są sami zdrajcy. Całe szczęście zdecydowana większość społeczeństwa to ci, którzy nie patrzą na Rzeczpospolitą tylko przez partyjne okulary choć przyznaję że radykałowie są najgłośniejsi.

Jeśli ktoś doczytał aż do tego miejsca to już jak sądzę jest świadectwo wystarczającej cierpliwości dla nawiązania dyskusji.

Na koniec przedstawię wpis na twitterze obecnego Prezydenta RP, Andrzeja Dudy: “Zadaniem polityków powinno być niedopuszczenie do tego, by krzywdzące stereotypy na temat imigrantów burzyły spokój i ład społeczny” – PAD.

Wojna z terroryzmem: radykalizm vs “strefa umiarkowana”

Police escort Islamist demonstrator marc
Police escort Islamist demonstrator marching to protest outside the US embassy in London on September 11, 2011 before a ceremony to mark the 10th anniversary of the 9/11 attacks on the United States. Around 50 people brandished anti-US banners, chanted slogans and burnt a small piece of paper with a picture of the US flag on it. AFP PHOTO / CARL COURT (Photo credit should read CARL COURT/AFP/Getty Images)

Seria zamachów jakie w ostatnich miesiącach przeszła przez zachodnią Europę mocno zradykalizowała poglądy wielu Europejczyków. Czytając propozycje osób opowiadających się za radykalnymi rozwiązaniami zwykle napotykamy się na stare dobre “coś”. Trzeba więc “coś” zrobić z tymi Muzułmanami – na pewno “coś” strasznego. Trzeba ich “gdzieś” wywieźć. Trzeba ich “gdzieś” zamknąć by nie mogli dokonywać zamachów. To “coś” i “gdzieś” są zupełnie zrozumiałe, bo ludzie się boją i oczekują widocznych działań.

Gorzej gdy osoby korzystające z tego strachu, świadomie, lub nie znające się na rzeczy, starają się wskazywać bardziej konkretne rozwiązania pozując na ekspertów. Tak więc na twitterze pewien osobnik poradził (niestety zwracając się do mnie) by zastosować politykę Izraela. Oczywiści nie mając pojęcia o tej polityce stwierdził, że to oznacza wyselekcjonowanie WSZYSTKICH Muzułmanów w Europie i zamknięcie ich w gettach otoczonych murami… sugerował chyba coś więcej, ale nie miałem już cierpliwości-nie chciałem tego słuchać i go zablokowałem. Pojawił się też donośny głos jednego z “ekspertów” twierdzącego, że dość już poprawności politycznej – musimy działać radykalnie  i rozpocząć wojnę totalną z… Muzułmanami.

Tego typu glosy nie są rzadkością i nawet jeśli wiele osób publicznie tego nie mówi to po cichu po każdym kolejnym zamachu przyznają, że już dość i że trzeba z “TYMI Muzułmanami” zrobić porządek. Mile dla ucha brzmią wtedy radykalne hasła o zniknięciu tych “złych ludzi” z Europy. W Europie po każdym zamachu rośnie liczba tzw. poważnych głosów nawołujących do radykalnych rozwiązań i także wojny totalnej.

To właśnie stan jakiego oczekuje tzw. Państwo Islamskie!

Spróbujmy więc obiektywnie (i abstrahując od humanitaryzmu – czysto pragmatycznie) nakreślić obraz takiej wojny totalnej jaką proponują radykałowie prawicowi i jakiej pragnie IS (w skrócie od Islamic State). Mówiąc o wojnie, musimy rozumieć znaczenie tego określenia. Żadne deportacje na masową skalę, czy getta z milionami mieszkańców często czwartego czy piątego pokolenia Muzułmanów mieszkających w Europie, nie zostaną zrealizowane bez ich masowego oporu. Wtedy nie będzie już umiarkowanych i radykałów, wszyscy będą razem. Trudno powiedzieć jaki los wg prawicowych radykałów miałby spotkać tzw. konwertytów, a więc osoby które bez korzeni bliskowschodnich przeszły na Islam, a były lata że w USA takich osób było po 300 tys rocznie. Nie potrafię więc do końca wyznaczyć linii podziału jaka by wówczas zaistniała z uwagi poziom szaleństwa takich nawoływań. Mając świadomość o liczbie Muzułmanów w Europie i ewentualnego wsparcia jakie otrzymają od liderów politycznych na Bliskim Wschodzie, którzy w razie takiej wojny włączą się po właściwej sobie stronie, oraz łatwości dostępności broni, oznacza to totalną wojnę DOMOWĄ w skali Europy. Taka wojna spowoduje śmierć wielu ludzi z obu stron i nieopisany chaos w Europie. Lokalni liderzy i żołnierze obu stron będą zmotywowani do bezwzględnej walki, ale pamiętajmy, że we współczesnych konfliktach proporcje ofiar to 99% cywili wobec 1% żołnierzy, nie mówiąc już o stratach materialnych i cywilizacyjnych. Taka wojna miałaby charakter partyzancki czy terrorystyczny mogłaby więc trwać latami a polaryzacja społeczeństw stałaby się trwała. Byłaby realizacją życzenia radykałów z obu stron, ale i zagładą takiej Europy jaką jeszcze mamy.

Wiemy z wielu źródeł, że liderzy polityczni stojący za IS oraz z samego Państwa Islamskiego, oczekują totalnej wojny między wschodem a zachodem. Do tego właśnie dążą by wyżej zarysowany apokaliptyczny dla Zachodu obraz się ziścił. Chodzi więc o likwidację grupy umiarkowanych. Radykalizacja przebiega w sposób zorganizowany w całych dzielnicach Londynu, Brukseli czy Paryża. Osoby sprzeciwiające się indoktrynacji są zastraszane lub nawet zabijane. Oczywiście w takiej sytuacji nie złożą doniesienia na policję ponieważ zapewne nie doczekają prawomocnego wyroku skazującego dla osób ich szantażujących… Nie mając dowodów łamania prawa ani świadków Zachodni wymiar sprawiedliwości, a więc i służby bezpieczeństwa są bezradne. Radykalni propagandziści mogą więc swobodnie szerzyć swoje radykalne ideologie. Za tym nieuchronnie idą zamachy co powoduje radykalizację drugiej strony. Po zamachach na Cherlie Hebdo nie wypadało pisać o rewanżach bojówek prawicowych wrzucających granat do meczetu czy napadających na Muzułmankę odprowadzającą dziecko do szkoły Charlie Hebdo: Islam vs islamism. Nie wypada też mówić o protestach Muzułmanów przeciwko aktom terroryzmu: Muzułmanie przyszli na niedzielną mszę (http://www.tvn24.pl). Zupełnie znaczenia dla wielu z nas nie ma jak funkcjonują dzieci Muzułmańskie w szkołach. Wiele się buntuje i zbliża do radykalizmu co znów łatwo znaleźć na YT.

Ja nie zamierzam więc bronić i zgadzam się że trzeba uderzyć, tyle że w “TYCH” Muzułmanów (a nie “TYCH Muzułmanów”) – którzy podżegają do nienawiści, budują mentalność dżihadysty w młodych ludziach, i którzy czerpią z tego korzyści. Korzyści oczywiście polityczne, a na niższych szczeblach materialne. To nie są “CI Muzułmanie” ponieważ 99% boi się tak samo terroryzmu jak i nie-muzułmanie. Ale wśród tych 99% jest wielu sfrustrowanych niepowodzeniami, zderzeniem kulturowym (inna rola kobiety inny status bezrobotnego itd.), czy traumą wojny, która toczy się w ich krajach – wskutek czego stają się łatwymi obiektami indoktrynacji prowadzonej przez radykałów związanych z IS.

Tymczasem co także ważne, nawet fanatyzm tzw. Państwa Islamskiego to obrazek będący częścią propagandy mającej nas zastraszyć. Widać to wyraźnie w Mosulu, z którego zarówno liderzy jak i żołnierze IS uciekają do Syrii w obliczu nadciągającej ofensywy koalicji. Nie jest to przegrupowanie, ani żaden inny fortel wojenny, ale zwykła paniczna ucieczka dla ratowania życia. Fanatykami są często dzieci i młodzież poddana “praniu mózgu” albo chorzy umysłowo lub będący w stanie silnej depresji spowodowanej wyżej wymienionymi czynnikami. Przy kontakcie ze świetnie przygotowanymi rekruterami, a czasem jedynie tylko (np. w razie choroby umysłowej) materiałami propagandowymi IS  takie jednostki czy grupy są narzędziem dla dokonywania zamachów terrorystycznych. Ich celem jest zastraszanie i polaryzacja społeczeństw. Liderzy nie są fanatykami, a politykami potrafiącymi na chłodno kalkulować zyski i straty. Budować strategie i chować się – znikać gdy los się odwraca.

Wnioski

Przedstawię je najbardziej klarownie jak potrafię, aby łatwo można było odróżnić ten teks od nawoływań “ekspertów” do zrobienia “czegoć” i “gdzieś”.

Musimy wyróżnić trzy poziomy działania przeciwnika którego należy zwalczyć:

  1. Największy bo strategiczny problem stanowią liderzy PI.
  2. Taktyczny to cała sieć propagandzistów (czasem zwanych imamami choć uważam że nimi nie są faktycznie) i rekruterów, którzy z bezpiecznych mieszkań czy domów inspirują młodych do brutalnych działań.
  3. Poziom operacyjny – jako jedyny dotąd na poważnie brany pod uwagę w działaniach antyterrorystycznych to ci, którzy zostali zindoktrynowani bowiem stanowią bezpośrednie zagrożenie i właściwie nie da się ich wszystkich wykryć.

Powstrzymywanie terroryzmu na poziomie operacyjnym bez taktycznego i strategicznego to przysłowiowa “walka z wiatrakami” prowadząca do dalszego zaostrzania sytuacji i radykalizacji po obu stronach. IS chce takiego właśnie postępowania. Chce wojny totalnej, w której giną zamachowcy nie przedstawiający dla IS żadnej wartości, podczas gdy ich cele taktyczne (dalsze rekrutowanie i zastraszanie Muzułmanów “umiarkowanych”) i strategiczne (zastraszanie społeczeństw Zachodnich, dążenie do wojny totalnej i chaosu w Europie) są realizowane lub przybliżają się.

Mądra polityka powinna zniszczyć cele strategiczne, jednak jest to bardzo trudne. Tocząca się operacja  koalicji na Bliskim Wschodzie dociera do Mosulu, a do zimy powinna upaść także Rakka obracając IS z państwa z powrotem w organizację terrorystyczną. Niemniej bez rozwiązania problemu milionów sunnitów pozostawionych bez własnej reprezentacji politycznej w Iraku i Syrii, problem na poziomie strategicznym będzie trwał. W miejsce IS musi więc powstać nowe rozwiązanie polityczne. Są tu dwie możliwości:

  1. Rządy jedności narodowej w Syrii i Iraku.
  2. Nowe państwa stworzone z terytoriów zamieszkanych przez Sunnitów.

Pierwsze jest chyba nierealne do realizacji, ale wskutek obecnie panujących mechanizmów międzynarodowych będzie dalej forsowane. Drugie rozwiązanie jest łatwiejsze z poziomu ludzkiego, ale trudniejsze z politycznego – tak samo wskutek mechanizmów międzynarodowych. Do tego podziały państw najczęściej także skutkują kolejnymi wojnami.  W mojej opinii przy odpowiednim nadzorze międzynarodowym (ONZ wreszcie mógłby spełnić swoją rolę), wariant drugi mógłby w dłuższej perspektywie się powieść. Tak więc poziom strategiczny to problem, który nie zostanie szybko i wystarczająco rozwiązany nawet jeśli upadnie IS.

Pozostaje zatem poziom taktyczny. W krótkookresowej polityce to powinien być cel uderzenia – bezwzględnego i szybkiego. Do tego potrzeba jednak zmiany prawa w Europie na którą będzie bardzo trudno zdecydować się demokratycznym społeczeństwom. Potrzeba bowiem do zakazanych ideologii dołączyć tzw. Islamo-faszyzm. A więc zbrodniczą ideologię nawołującą do zniszczenia innych kultur i w to miejsce wprowadzenie w Europie państw opartych na Szariacie. Demonstracje wzywające do tego są w Wielkiej Brytanii ochraniane przez policję a we Francji ignorowane. Do takiej wersji “Islamu” (w mojej opinii należy używać właśnie określenia “Islamo-faszyzm” w czym nie ma moim zdaniem ani odrobinę przesady) nawołują ideolodzy powiązani z IS, ale też z Salafitami czy Wahabitami. W mojej opinii należy ją uczynić nielegalną na gruncie europejskim, a osoby jawnie czy skrycie głoszące taką ideologią (zgodnie ze zmienionym prawem) powinny być izolowane od społeczeństwa albo jeśli to możliwe deportowane do krajów pochodzenia.  Zaznaczam, że izolowanie takich jednostek jest koniecznością. Przykład Andreasa Breivika, który wygrał w tym roku proces oskarżając państwo właśnie o izolowanie go pokazuje, że w Europie terrorysta, który zabił dziesiątki ludzi ma mieć nadal PRAWO do inspirowania swoich naśladowców.

Trudności na poziomie strategicznym niewątpliwie utrudnią zniszczenie terroryzmu na poziomie taktycznym, ale  z kolei sukcesy Europy na poziomie taktycznym zadadzą duży cios ideologom i politykom powiązanym z IS. Ale to zależy od polityków Europejskich.

Jestem przekonany, że niniejszy tekst mocno wzburzy obrońców praw człowieka  i swobód obywatelskich bezwiednie sprzyjającym IS. Wzburzy też radykałów nie chcących dostrzegać umiarkowanych Muzułmanów a więc spychających ich wszystkich na margines radykalizmu. Ja jednak mam na celu wbrew IS pracować nad umacnianiem umiarkowanych w których jako jedynych jest nadzieja.

Controversial Dutch Politician Geert Wilders Arrives In The UK
LONDON, ENGLAND – OCTOBER 16: Protestors hold placards outside a press conference being held by right-wing Dutch MP Geert Wilders on October 16, 2009 in London. Mr Wilders was allowed into the UK after he overturned a previous ban by the UK immigration authorities. About 20 protestors gathered outside the building where he held a press conference. (Photo by Peter Macdiarmid/Getty Images)